ZNAKOMITY SERIAL I BEZNADZIEJNA POWIEŚĆ

To wielka radość, satysfakcja i zdumienie, że w zastraszającej ilości beznadziejnych filmów i seriali czasami można jeszcze trafić na serial tej rangi, co Babylon Berlin. To zachwycający – pod każdym względem – serial. I wcale nie amerykański, wcale nie hollywoodzki, lecz produkcji niemieckiej.

Przyznam, że gdzieś tam czytałem i słyszałem coś o tym serialu. Im jednak bardziej jakiś film lub serial jest chwalony, tym bardziej jestem sceptyczny wobec takich pochwał. Nie raz bowiem i nie dwa przekonałem się, że owi recenzenci filmowi albo chwalą dla samego chwalenia (bo zapewne realizują jakieś z góry narzucone zadanie), albo – najczęściej – piszą co im się żywnie podoba. I w dodatku takim stylem, który bardziej przypomina język polskawy niż język polski. Zdarzało mi się wiele razy czytać takie recenzje i omówienia, a potem okazywało się, że nic lub prawie nic z tego, co opisane, w filmie lub serialu nie ma.

Dawniej, w tzw. zamierzchłej przeszłości była „instytucja” pod nazwą „dziewięciu gniewnych ludzi” i ocenom tych recenzentów można było (lub nie) wierzyć. Ja wierzyłem, chociaż czasami z opiniami owych „gniewnych” się nie zgadzałem. A teraz o filmie pisze, kto chce. A przecież i film… „jaki jest, każdy widzi”.

Babylon Berlin urzeka już do czołówki, od pierwszych scen, od pierwszej sekwencji. Gdyby tak – oglądając ten serial – zastanowić się (chociaż tak, prawdę mówiąc nie ma na to czasu, bo film bardzo wizualnie… „wciąga”), o czym on jest, to można by powiedzieć, że o… niczym. To znaczy „o niczym” w tym sensie, że historie w nim przedstawione już gdzieś się widziało, już gdzieś o nich się słyszało, już o nich nie raz się czytało. Jakże jednak wspaniale zostało to obrazami – właśnie obrazami, a nie gadaniną – opowiedziane.

Bo we współczesnej sztuce – także filmowej – zostało już prawie wszystko opowiedziane. Bezustannie „w kółko” powtarzane są te same historie urozmaicane tylko coraz bardziej wymyślnymi „efektami specjalnymi” oślepiającymi, ogłuszającymi i ogłupiającymi widza. Widz zamiast – jak to bywało w dawnych czasach filmów np. Federico Felliniego – wyjść z kina uduchowiony, z nowymi doznaniami, teraz wychodzi z kina – mówię to na własnym przykładzie – z potwornie bolącą (od „efektów specjalnych”) głową i mocnym postanowieniem, że nie da się więcej nabrać na „arcydzieło” (jak np. Faworyta), na które szkoda czasu i pieniędzy.

W sztuce (także filmowej) ważne jest nie tylko „co”, ale, nade wszystko „jak”. I to owe „jak” zostało zastosowane w serialu Babylon Berlin w sposób niemal doskonały.

Kinofilowie zapewne pamiętają filmy np. Kabaret, czy też Mefisto. W serialu Babylon Berlin podobna tematyka została zwielokrotniona, poszerzona i rozbudowana o wiele innych, dodatkowych wątków. I mnie jako kinofila z długim – i jeszcze dłuższym – stażem wcale nie przeszkadza, że niektóre z tych wątków pozostają jakby w zawieszeniu, że niektóre są przedstawione tylko fragmentarycznie, albo się nie kończą itd. Na tym właśnie polega wielki urok tego serialu, że znakomicie pod względem m.in. scenograficznym przedstawiona rzeczywistość filmowa dosłownie… „płynie” wspaniale przedstawiana obrazami. Wielki „szacun” – mówiąc kolokwialnie – dla realizatorów także za to, że prawie nie ma zdjęć kręconych „z ręki”, czego ja osobiście bardzo nie cierpię (odrzucam zdecydowanie wszystkie filmy kręcone „z ręki”).

Osobna sprawa to klimat i atmosfera tamtych czasów. Wydawałoby się, że nazizm, że Hitler itd. pojawili się jakby ni stąd ni zowąd. Serial przedstawia, jakże ciekawie, kulisy tamtych działań, tamtych zabiegów. Jest to oczywiście interpretacja ówczesnej rzeczywistości widziana oczyma realizatorów. Pod względem filmowym przedstawiona jest znakomicie. Zapewne znajdą się wybrzydzacze, którzy będą próbowali ten film rozczepiać – jak ów przysłowiowy włos – na czworo i doszukiwać się jakichś politycznych niekonsekwencji. Mnie interesuje film jako dzieło sztuki, a nie to, czy polityka została przedstawiona w taki czy inny sposób. (Faktami historycznymi można, jak się okazuje, dowolnie manipulować).

Babylon Berlin nie jest filmem ani politycznym, ani historycznym. Jest wspaniale zrealizowanym kryminałem.

No, a Aktorzy – właśnie pisani z dużej litery – jeden wielki zachwyt i to od roli tytułowej i aż po epizody.

Natomiast wielkie rozczarowanie przyniosła mi lektura nagrodzonej m.in. nagrodą „Angelusa” książki Georgi Gospodinowa Fizyka smutku. Przeczytałem sześćdziesiąt stron, a więc jedną piątą i doprawdy nie mogłem dociec, o czym ta chaotyczna książka w dodatku przetłumaczona jakimś koślawym językiem polskawym jest.

No bo jakże to nie przeczytać takiej nagrodzonej ponadto nagrodą literacką im. Jana Michalskiego (50 tysięcy franków szwajcarskich, plus trzymiesięczny pobyt stypendialny w Szwajcarii), powieści? Ba! według informacji na okładce książka ta „została uznana przez Pen Club amerykański za jedną z pięciu najlepszych książek obcojęzycznych w 2016 r.”.

Po takich zachętach oraz rekomendacji samej Olgi Tokarczuk postanowiłem zatem tę powieść kupić. No bo jakże takiego dzieła nie mieć w swojej domowej biblioteczce.

Od pewnego czasu jestem jednak bardzo nieufny, co do kupowania zachwalanych „bestsellerów”, w tym nade wszystko obsypywanych nagrodami powieści i tomików poetyckich.

Ileż to bowiem razy dałem się już nabrać. Nie dosyć, że zapłaciłem kilkadziesiąt złotych, to zawsze (zawsze!) okazywało się, iż książka najzwyczajniej nie nadaje się do czytania. Bo jest albo potwornie nudna, albo traktuje o sprawach, o których już przeczytałem gdzie indziej, albo jest napisana na chybcika, byle jakim stylem, albo już od pierwszych zdań widać w niej zadęcie na nie wiadomo co, że niby – jak właśnie w przypadku Fizyki smutku – przedstawia, według Olgi Tokarczuk, „przejmujące studium mitu, który dzieje się zawsze i wszędzie”, czyli nigdzie.

Sprawdziłem zatem czy książka ta jest dostępna w bibliotekach. Znalazłem jeden (jedyny) egzemplarz, który akurat był na wystawie biblioteki. Po pewnych ceregielach udało mi się tę książkę 19 lutego br. wypożyczyć. Natychmiast także po przyjściu do domu postanowiłem zabrać się do lektury. Zasiadłem więc  do czytania – jak zawsze z ołówkiem i lupą – no i… nic. Jakaś historia o dziadku-wnuczku, pomieszanie w czasie i zadęcie na nie wiadomo co. Pomijam standardowe „Ale…” na początku zdań. (Ciekawym czy owo „Ale…” jest również w oryginale?).

Czytam i czytam, i zastanawiam się: po co, i dla kogo to zostało napisane? No, ale przecież: międzynarodowe nagrody, „jedna z pięciu najlepszych obcojęzycznych książek 2016 r.”, „ostatnia powieść świata”… doprawdy, jestem czytelnikiem od kilkudziesięciu lat, przeczytałem masę najprzeróżniejszych książek, więc albo nie znam się na literaturze, albo gust, raczej widzimisię, jurorów m.in. „Angelusa” diametralnie różni się od mojego.

Bo to, że nagrody, stypendia itd. przyznawane są wyłącznie według widzimisię, sprawa jest jak najbardziej oczywista. Jeśli grupka kilku lub kilkunastu osób bardziej lub mniej (raczej mniej) znających się na literaturze twierdzi, że jakiś utwór jest arcydziełem albo wart jakiejś prestiżowej (czytaj: finansowej) narody literackiej, to niech sobie tak uważa.

Czytelnicy a nade wszystko czas, bardzo szybko to zweryfikują. Albowiem czytelnicy, to nie frajerzy, którym można wcisnąć jeszcze jeden czytelniczy bubel z zadęciem na „ostatnią powieść świata”. Przeczytawszy zatem jedną piątą Fizyki smutku już nazajutrz, czyli 21 lutego br. tę książkę do biblioteki oddałem.

A co wypożyczyłem? Po zachwyceniu się powieścią Ziemia obiecana Władysława Stanisława Reymonta, tegoż autora… Rok 1794. I to jest powieść!

Ileż bowiem jest polskich wspaniałych powieści (z m.in. dwudziestolecia międzywojennego i „dawniejszych”), które warto czytać lub ich lekturę sobie przypomnieć.

20-22 lutego 2020 r.