List otwarty do Dyrektora Instytutu Literatury

Uważamy, że przeznaczone na kulturę pieniądze publiczne

powinny trafiać do tych, bez których polska literatura by nie istniała

 – czyli do twórców i animatorów życia literackiego.

Świadomie wspieramy ich materialnie, skupując teksty i

wypłacając godziwe honoraria autorskie.

Staramy się zapewnić twórcom odpowiednie warunki pracy,

wspomóc materialnie ich wysiłek i praktycznie docenić kreatywność”.

Misja Instytutu Literatury

 

Czytaj dalej

PRZEŻYLIŚLMY

Czym się różniły ostatnie dni starego tj. 2020 r. od nowego tj. 2021 r. w pogodzie, nastroju itd.? Kompletnie niczym. Gdyby nie wymiana kalendarzy, medialna wrzawa związana ze zmianą daty nikt by nawet nie zauważył, że cokolwiek się zmieniło. Czytaj dalej

NA WYROST

Tym razem będzie to zapisek… na wyrost. Przeczytałem właśnie, że Europejską Nagrodę Filmową otrzymał obraz Thomasa Vinterberga pt. Na rauszu z Madsem Mikkelsenem w roli Martina, tj. w roli głównej. (Zapewne każdy kinofil ma w pamięci arcydzielny film tego duetu z 2012 . pt. Polowanie). Premiera w Polsce ma być na początku przyszłego roku. Czytaj dalej

DYKCJA I IMPOSTACJA ALBO… MAMROTANIE I BEŁKOT

Motto:

„Każdy aktor potwierdzi, że dykcja i impostacja (emisja),

to dwa najważniejsze przedmioty na studiach aktorskich,

bez których trudno uprawiać ten zawód.

Wiedzą to śpiewacy i lektorzy, a także wykładowcy i nauczyciele”.

 

Małgorzata Przedpełska-Bieniek Po pierwsze dykcja.

„Magazyn Filmowy”, nr 6 (106) czerwiec 2020, s. 72-75 Czytaj dalej

„TO LUDZI POWINNIŚMY SIĘ BAĆ”

Motto:

 

„Nie boję się ciemności.

Powiedziałabym nawet,

że to żaden powód do strachu.

Gdziekolwiek.

Najsilniejszy człowiek to taki,

który nie boi się samotności.

To ludzi powinniśmy się bać”.

 

Beth Harmon Gambit królowej

 

Istnieje takie powiedzenie, że „kino bywa sztuką”. To znaczy uważa się, że kino jest rozrywką, a tylko niekiedy bywa sztuką”. Mnie od razu mrozi słowo „rozrywka”, ponieważ Sztuka (także ta przez duże S) traktowana jest jako rozrywka.

(A już przysłowiowa „cholera mnie bierze”, gdy życie jest traktowane jako… rozrywka. Stąd też uważam za krańcowo głupie wszelkie zachęty operatorów telewizyjnych typu „oferujemy 300 kanałów rozrywki”. Czym się mam „rozrywać”? Głupimi reklamami? A może „debatami” o koronawirusie bełkocących i mamroczących jakichś nieogolonych jegomościów?).

Reymont zatem „się rozrywał” pisząc 1794. „Rozrywała się” i Kossak pisząc Krzyżowców. „Rozrywał się” i Fellini Osiem i pół, i nawet Siódmą pieczęcią Bergman także „się rozrywał”.

Do kina przestałem chodzić chyba z rok temu. Nie dosyć, że nie było co oglądać (znaczy: „rozrywać się”), to na domiar złego musiałem słono płacić za bilet i siedzieć dwie godziny, i dłużej, w potwornym ryku głośników.

Kina zapewne na skutek epidemii upadną. Pozostaje tzw. telewizja streamingowa, oferująca tysiące godzin… „rozrywki”, czyli tłuczonych na jedno kopyto „kryminałów”, „komedii” „thrillerów” itp. Zdarzają się jednak filmy warte uwagi, jak znakomity rosyjski serial Ku jezioru, czy Gambit królowej, o którym można powiedzieć, że „kino bywa sztuką”.

Dawno bowiem, oj dawno nie widziałem tak bardzo dobrego serialu jak właśnie Gambit królowej, czyli siedmioodcinkowy serial produkcji amerykańskiej w reżyserii Scotta Franka, z Any’ą Taylor-Joy w roli Beth Harmon.

Serial powstał według powieści Waltera Tevisa (1928-1984), autora m.in. następujących (także sfilmowanych) powieści jak:

Bilardzista (1961 r.,  reż. Robert Rossen, z Paulem Newmanem), Człowiek, który spadał na Ziemię (1976 r., reż. Nicolas Roeg, z Davidem Bowie), Kolor pieniędzy (1986 r., reż. Martin Scorsese, z Paulem Newmanem). Wszystkie te filmy, oczywiście, widziałem.

Gambit królowej to wielowątkowa, arcydzielnie wyreżyserowana i sfotografowana opowieść o nade wszystko samotności oraz o… szachach.

Nie wiem jaka jest powieść Tevisa. Można ją zresztą kupić w księgarniach. Obawiam się jednak o tłumaczenie. Rzadko bowiem, bardzo rzadko, tłumaczenie nadaje się do czytania, albowiem i tłumacze posługują się niemal wyłącznie  językiem polskawym

Poza tym tylko ktoś bardzo odważany, nie wspominając o talencie, potrafiłby sfilmować tak przecież nie filmowy… sport jak rozgrywki i turnieje szachowe. Amerykanie się odważyli i wyszło filmowe – nie waham się użyć tego słowa – cudo. Film niemal ocierający o – tu także nie waham się użyć tego słowa – arcydzieło.

A Ci wszyscy, którzy czytają te moje filmowe zapiski i wspomnienia, wiedzą, że byle czym – jako kinofila – nie można mnie zadowolić. Chałę bowiem, bzdety i wszelkie produkty filmopodobne (oraz literaturo i poezjopodobne) wyczuwam na odległość moim instynktem, którym obdarzyła mnie Natura, a może kilkudziesięcioletnia rutyna, a może sam Pan Bóg.

Bo siedem godzin projekcji Gambitu królowej ogląda się niemal „jednym tchem”, zapominając o całym bożym świecie, a nade wszystko o tym, że w telewizji(!) trwa straszliwa epidemia.

(To zastanawiające, że także w mojej dzielnicy życie toczy się w miarę normalnie, chociaż niektórym ludziom wyraźnie „odbija” i zachowują się durnowato, omijając siebie nawzajem szerokim łukiem. Tak, tak „to ludzi powinniśmy się bać”).

Od dłuższego czasu zapowiadano także jako wydarzenie października film pt. Rebeka (Rebecca – 2020), reż. Ben Wheatley, z Armie Hammerem oraz Lily James w rolach głównych. Oprócz niemal identycznej fabuły ten film jest bardzo słaby (wręcz nieudany) wobec niemal arcydzieła pod tym samym tytułem z 1940 r. w reżyserii Alfreda Hitchcocka z Laurence’m Olivierem oraz Joan Fontaine. Film Wheatley’a to tylko piękne widoczki oraz Lily James przypominająca zarówno z urody oraz diapazonu możliwości aktorskich jako żywo naszą Joanne Brodzik.

To zastanawiające, że dotąd jakoś nikogo nie podkusiło aby nakręcić nową wersjąp Obywatela Kane. Jest wiele arcydzieł, które warto co jakiś czas przypominać sobie w oryginale. Po co zatem produkuje się produkty filmopodobne?

24-25 października 2020 r.

„NIE WSZYSTKO CO MA OKŁADKI JEST KSIĄŻKĄ”

„Mam swoją zaprzyjaźnioną od czterdziestu lat maszynę do pisania, »Olympię«. Jest podręczna, wszędzie mogę ją zabrać, a moje refleksje nie wymagają ciągłych korekt… i tak nie będą doskonałe. Wystarczy mi ta przeszkoda, jaką jest każda nowa kartka czystego papieru. To przecież jest takie gwarzenie… Ot tak, by się lepiej poznać, coś o sobie wiedzieć.

Poczułam się zawstydzona, czytając książki, które są wspomnieniami, dziennikami. Solidnie poukładane myśli, spisane chronologicznie wydarzenia same układały się w całość. Zwątpiłam w swój zbiór refleksji i wspomnień. Nie wszystko co ma okładkę jest książką. Ja spisałam to, co pamiętałam, a czego nie spisałam, a pamiętam, nie chciałam ubrać w zdania, bo za długo chroniłam swoją prywatność, by dziś umieć przejść ową barierę – niewidoczną, lecz silnie we mnie tkwiącą”. Czytaj dalej