„BŁOGOSŁAWIONE GODZINY ODPOCZYNKU POZA ŚWIATEM”

Ale wciąż poszukując czegoś sensownego nadającego się do czytania, udałem się do mojej piwnicznej biblioteki, skąd wytaskałem cały oberemek nieczytanych albo dawno przeczytanych książek.

Ale jak zawsze zacząłem odkładać książka po książce. Ale jak bowiem można czytać Andrzeja Szczypiorskiego, kiedy już po kilku stronicach wieje nudą. Ale także samo jest i z innymi współczesnymi autorami, bo przecież – według Tomasza Burka (1938-2017) – „Tokarczuk to muchomor imitujący prawdziwka”. Czytaj dalej

KILKA TEMATÓW PODCZAS KOLEJNEJ FALI EPIDEMII

Motto:

„ – Nauczmy się tańczyć” –

Ryszard Shrewsbury (1477-1483?), książę Yorku.

„ – Nauczmy się raczej umierać” –

Edward V (1470-1483?).

(Ryszard i Edward: synowie Edwarda IV Yorka,

króla Anglii w latach 1461-1483)

 

W środkach masowego przekazu nie ma innego „tematu” oprócz migrantów. Jedni są za tym aby ich wpuścić, drudzy, żeby absolutnie nie wpuszczać nikogo. Ci, którzy są za, podają jako argument, że przecież Niemcy, Szwecja, Anglia poradziły sobie z migrantami. Dlaczegoż by więc Polska nie mogłaby sobie z nimi dać rady. Czytaj dalej

MASZKARY

Czekałem kilka tygodni na zapowiadany western pt. Zemsta rewolwerowca (The Harder They Fall – 2021), 139 min., reż. The Bullitts.

Ach, western (łezka się w oku kręci kinofila jakim jestem od wielu lat), cóż to były za filmy, nierzadko nawet ocierające się – piszę to naprawdę bez przesady – o arcydzieła sztuki filmowej. Współcześni widzowie karmieni najczęściej jakąś papką dla oczu, w dodatku ogłupiani „efektami specjalnymi” oraz ogłuszani rykiem kinowych głośników, nie wiedzą co to western, suspens w kinie, film noir… A nawet ci co wiedzą wzruszają – na samą nazwę: western – ramionami, że to niby nudne i staroświeckie.

Może to i staroświeckie, ale jakże się trzyma. Jakże chce się to oglądać bynajmniej wcale nie z sentymentalnych przyczyn. O tym jednak za chwilę. Najpierw kilka słów o tak wyczekiwanym westernie, czyli  Zemście rewolwerowca.

Właściwie ten film mógłbym określić jednym wyrazem, czyli… „maszkary”. Bo brzydcy aktorzy grają brzydkie charaktery, a tak poza tym wszystko to już było. Po tym filmie w mojej pamięci nie zostanie nic poza owymi „maszkarami”, o których wolałbym czym prędzej zapomnieć. Słowem okropny zawód. Jeszcze jeden zawód.

Przykro mi o tym pisać, ale na Netflixie nie ma nic do oglądania. Bo nawet te filmy, które wybieram nie są warte by tracić na nie czas. Przykłady? Niemiecki film Zwierzyna, francuski Północy bastion, angielski Wtargnięcie, francuski Je Suis Karl, angielski Lighthouse itd.

Nie ma ani jednego takiego filmu, który chciałoby się obejrzeć drugi raz oraz w ogóle zachować w pamięci.

A przecież na westerny chodziło się po kilka razy. I to bynajmniej wcale nie dlatego, że innych filmów, ani tzw. „rozrywek” nie było. Lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte dwudziestego wieku to przecież „złoty czas” nie tylko kina, ale i literatury, w ogóle sztuki, w tym szczególnie teatru. Dlatego też nie mogę znieść tego narzekania na tamte czasy, a zwłaszcza na… „komunę”: że było wtedy szaro, beznadziejnie, że nie było wolności, że panował zamordyzm itd. itd. A teraz od tej „wolności” aż „się przelewa”, co widać po coraz bardziej absurdalniejącej rzeczywistości.

Nigdy nie należałem do żadnej partii politycznej. Nie popieram żadnej partii politycznej. (Kiedyś należałem do Związku Literatów Polskich, ale oddałem legitymację, ponieważ nie mogłem znieść głupoty, zawiści i absurdów. Zresztą w innych organizacjach literackich wcale nie jest lepiej).

Jeden z moich kolegów, z którym siedziałem w licealnej ławce na Biały Kanion (The Big Contry – 1958), reż. William Wyler, chodził co dzień. Ja także oglądałem ten western wiele razy. Uważam go bowiem nie tylko za mój ulubiony film, ale w ogóle za jeden z najlepszych,  jakie widziałem. Wszystko bowiem, w tym filmie jest, moim zdaniem na najwyższym poziomie: począwszy od bardzo ciekawej fabuły, a skończywszy na drugoplanowych aktorach.

Bo Gregory Peck jako James McKay, Jean Simmons jako Julie Maragon, Carroll Baker jako Patricia Terril, Charlton Hesto jako Steve Leech, Burl Ives jako Rufus Hannassey, Chuck Connors jako Buck Hannassey, Alfonso Bedoya jako Ramon Gutierrez – to aktorzy i postaci niezapomniane.

A kogo i co warto zapamiętać z Zemsty rewolwerowca?

Jeśli western to także muzyka filmowa. Niezapomnianą muzykę do Białego Kanionu skomponował Jerome Moross. A ja także uwielbiam słuchać tzw. „warstwy muzycznej” m.in. i Elmera Bernsteina z filmu Siedmiu wspaniałych (The Magnificent Seven – 1960), 128 min., reż. John Sturges oraz Hugo Friedhofera z filmu Dwa oblicza zemsty (One-Eyed Jacks – 1961), 141 min., reż. Marlon Brando.

Czwarte miejsce zajmuje u mnie western pt. Pewnego dnia na Dzikim Zachodzie (C’era una volta il West – 1968), 165 min., reż. Sergio Leone, muzyka Ennio Morricone.

Natomiast piąte: Tańczący z wilkami (Dances with Wolves – 1990), 236 min., reż. Kevin Costner.

To, że western wcale nie przebrzmiał, udowodnił po raz wtóry w 2003 r. Kevin Costner reżyserując bardzo dobry obraz pt. Bezprawie (Open Range), 139 min.

A poza tym na Netflixie dla kinofila straszna posucha. Wziąłem się tedy na sposób i odświeżam sobie na You Toube… dawne polskie filmy i seriale.

Zacząłem od  „Tulipana” z 1986 r. w reżyserii Janusza Dymka z bardzo dobrym Janem Monczką w roli głównej. Sprawnie zrealizowany serial, który z przyjemnością można obejrzeć nawet i teraz. A poza tym nie sądziłem, że Urszula ma taki ładny głos śpiewając piosenkę Sweet Sweet Tulipan. Doprawdy to niesłychane, bo można zrozumieć wszystkie słowa tej piosenki. Bo teraz polscy piosenkarze coś mamroczą lub pohukują „po angielsku”.

Zestarzał się, moim zdaniem serial 07 zgłoś się (1976-1989), reż. m.in., Krzysztof Szmagier. A poza tym ten Sławomir Borewicz w każdym odcinku taki sam.

Lubię aktora Leszka Teleszyńskiego (zresztą mój rówieśnika, a poza tym świetnie przeczytał moją powieść Strefa nocy).  Nie wiem dlaczego „dał się wrobić” w beznadziejnego „polskiego Bonda”. Bo serial Życie na gorąco (1978 itd.) jest, moim zdaniem kompletnie nieudany. Począwszy od niewiarygodnych historii, poprzez beznadziejną aktorkę kreującą Annę Roche, a skończywszy na… „pierdzącej” muzyce wydmuchiwanej bezustannie na jakichś hałaśliwych trąbach, trąbkach, czy tez puzonach. No i jeszcze nie mogę znieść maniery podkreślania szczególnie dramatycznych chwil na jakichś cymbałkach, czy też grzechotkach albo bębenkach.

Ponieważ polskie filmy można odbierać tylko na słuchawkach (to po aby zrozumieć, co ci aktorzy w ogóle mamroczą) jestem uwrażliwiony – „że tak powiem” – na warstwę dźwiękową tych filmów.

Ostatnio zatem oglądałem także Pułapkę z 1970 r., 98 min., w reżyserii Andrzeja Jerzego Piotrowskiego. W roli majora Jana Rajnera występuje Andrzej Kopiczyński. No i tu także w chwilach szczególnego napięcia słychać jakieś kołacące cymbałki, grzechotki i bębenki. Zastanawiam się: po co?

Ostatnio Netflix uraczył widzów także starymi filmami skandynawskimi. A jeśli chodzi o warstwę dźwiękowa jest jeszcze ciekawiej. Bo oto – przykładowo – jeden z bohaterów wędruje przez las, przechodzi obok strumienia, a bezustannie słychać „muzykę” naśladującą i las, i strumień i ptaki. Zastanawiam się: po co?

I nie wiem co jest gorsze: czy tamta muzyka, czy też jakieś pochlapywania, pobzykiwania albo potworny huk współczesnych filmów.

Do „maszkarów” zaliczyłbym także opowiadanie Jarosława Iwaszkiewicza pt. Martwa Pasieka z 1970 r. Nie dosyć tego, że traktuje o homoseksualistach, to na domiar złego jest napisane nieporadnie z wręcz zastraszającą ilością „Ale…” na początku zdań. A poza tym w Martwej Pasiece nie ma prawie w ogóle muzyki, mimo, że opowiadanie wchodzi w skład Opowiadań muzycznych.

Aż nie chce mi się rozpoczynać lektury następnych opowiadań z tego zbioru. Co zatem czytać, jakie filmy oglądać, aby się nie rozczarować?

W dawnych czasach, gdy wyświetlano np. Biały Kanion, Rio Bravo, czy Dwa oblicza zemsty, to te dni były niemal świętem dla kinomanów i kinofilów.

Na ul. Długiej w Gdańsku, gdy istniało nade wszystko kino „Leningrad” zawsze coś się działo. Teraz, kiedy nie ma ani jednego kina (były cztery) nie ma nic. Kina zostały przeniesione do centrów handlowych i przemienione na bary z cuchnącymi kukurydzianymi chrupkami i sosami tak, że z chwilą rozpoczęcia seansu rozpoczyna się powszechne żarcie. 

I obyczaje i kino jako sztuka strasznie upadły. Co można stwierdzić po chociażby takich produkcjach jak western Zemsta rewolwerowca.

4 listopada 2021 r.

Ps. Western Dwa oblicza zemsty ma już sześćdziesiąt(!) lat, ciągle zachwyca. Z okazji tego zapisku o westernach obejrzałem go jeszcze raz. Nic się nie zestarzał. Wniosek jest jasny: to arcydzieło filmowe!

„HOSTIE SZKLANEK” ALBO „OSIEROCONE NIEDOPAŁKI”

Po wielekroć pisałem i podkreślałem, że w życiu literackim chyba nic już mnie nie zaskoczy, chociaż coraz częściej można dostrzec coraz większe i coraz częstsze absurdy. Mogę, oczywiście na te absurdy, zwłaszcza literackie, nie reagować – bo wiadomo, absurd jest absurdem – ale milczenie oznacza zgodę. A zgody na owe absurdy być nie może.

Notuję ten zapisek jako polonista, jako autor przeszło dwudziestu książek (w tym kilkunastu książek poetyckich), a nade wszystko jako mieszkaniec Gdańska. Albowiem to także z moich podatków jest przyznawana Pomorska Nagroda Literacka „Wiatr od Morza”, w tym także Literacka Książka Roku (plus oczywiście jakieś kilkanaście, a może nawet więcej tysięcy złotych z kieszeni podatnika).

W Gdańsku liczącym około pół miliona mieszkańców, jest chyba nie mniej niż stu poetów. W tzw. dużym Trójmieście (Gdańsk, Sopot, Gdynia wraz z przedmieściami) liczącym chyba z milion mieszkańców jest tych poetów około trzystu. A w całym Województwie Pomorskim zapewne nie mniej niż tysiąc.

Nie znam ani rzeczywistej ilości pomorskich poetów, ani ilości wydanych przez nich książek. Co roku jednak owi poeci wydają, w różnej postaci tzn. i szeleszczącej (tzn. na papierze) oraz elektronicznej (tzn. w Internecie) wiele książek.

Dokonanie zatem selekcji, wyboru najlepszej książki poetyckiej jest, moim zdaniem, naprawdę bardzo trudną czynnością. Inna sprawa, że tych tomików poetyckich w gdańskich księgarniach najzwyczajniej nie ma. A w Internecie natrafia sią na nie przypadkowo.

W tym roku nominacje do Literackiej Książki Roku otrzymały następujące pozycje: Barbara Szczepuła za W domu wroga, Dariusz Filar za Szklanki żydowskiej krwi, Tadeusz Dąbrowski za Scrabble, Antoni Pawlak za Ale bez rozgrzeszenia.

Literacką Książką Roku został tomik Antoniego Pawlaka, liczący 430 wersów i 34 utwory, a więc trochę więcej niż pół arkusika autorskiego. No tak – mógłby ktoś powiedzieć – ważna jest nie ilość, lecz jakość.

Tomik Ale bez rozgrzeszenia przeczytałem w całości w ciągu… kilkunastu minut, bo tyle – nie więcej – zajmuje lektura tego dzieła nagrodzonego jako Literacka Książka Roku. I każdy utwór opatrzyłem odręczną notatką albo kilkoma znakami zapytania.

Zawartość bowiem nagrodzonej książki to nie jest literatura, nie jest poezja, to są jakieś dyrdymały. (To najdelikatniejsze określenie).

Bo gdzież jest literatura, gdzież poezja, gdy Pawlak pisze:

„niech pan pojedzie do Francji – powiedział mężczyzna siedzący / przy sąsiednim stoliku obok dudnił świat kłębił się / kosmos gwiazdy wirowały mężczyzna pił piwo / biała gołębica wydziobywała mu / oczy;” (Muszę wyjechać do Francji, s. 7);

„moja ojczyzna to podpity żołnierz / lejący w zaułku Hradec Kralove” (Moja Ojczyzna jest I, s. 8);

„podniosłem się od stołu: napisałem / wiersz że nasza / miłość umarła / uśmiechnęła się; skoro / już wstałeś / to zaparz herbatę” (Sceny małżeńskie z północnej Polski, s.9);

„w Nowy Jorku jest ciepło światła ulicznych / latarń przebijają brzuch nocy wypełzającej z parku / z dala łka policyjna syrena zbliża się północ…” (Nowy Jork 8 grudnia 1980 r, s .12);

„Polska… kurwa / jego mać – mówi rzucając / gazetę na podłogę / jak każdego ranka” (Jak każdego ranka Ewa przegląda gazetę, s . 19);

„kiedy wyjeżdżasz nie sprzątam / popielniczki z osieroconymi / niedopałkami ona daje mi złudzenie / że jesteś że zaraz wejdziesz / uśmiechniesz się coś powiesz / i zapalisz papierosa” (Tęsknota niedopałków, s 38).

To zastanawiające, że spośród kilkuset książek i tomików jury wybrało akurat cienki tomik o „mężczyźnie, któremu biała gołębica wydziobywała oczy”, o „brzuchu nocy wypełzającej z parku”, o „kurwa jego mać” czytaniu codziennych gazet (kto teraz czyta papierowe gazety?), o „podpitym żołnierzu lejącym w zaułku”, o „osieroconych niedopałkach” (czy czujecie ten smród kilkudniowych niedopałków?) itd.?

W Internecie na Trojmiasto.pl, „Kultura i rozrywka” można znaleźć następującą informację:

„Jak podkreśla Elżbieta Pękala – przedstawicielka kapituły nagrody podczas laudacji – poezja ta jest »wielkim społecznym rachunkiem sumienia«.

Potwierdził to niejako sam zwycięzca w podziękowaniu.

– Mój towarzysz rozchwianej młodości, Olo Jurewicz, powiedział że jestem chory na Polskę. To taka wstydliwa choroba i w związku z tym chciałbym o coś państwa prosić. Jest taka wieś w Polsce, nazywa się Usarz, i w tej wsi narodził się faszyzm. Mam nadzieję, że nie pozwolimy na to, żeby on rozlał się po całym kraju – powiedział Antoni Pawlak”.

Kto to jest Elżbieta Pękala? – można by zapytać. – I jak to się dzieje, że osoby, które niczego nie dokonały w sztuce i literaturze oceniają innych?

Ale bez rozgrzeszenia to… „wielki społeczny rachunek sumienia”. Ludzie, trzymajcie mnie, bo pęknę ze śmiechu. Zresztą, gdy czytam znajomym przez telefon utwory z tego tomiku reakcja jest taka sama: najpierw jest zdumienie, „że coś takiego można było nagrodzić”, a potem śmiech do rozpuku. Już dawno nie udało mi się tak rozśmieszyć znajomych.

A to, że w Usarzu narodził się faszyzm nie chce mi się nawet komentować. Pawlak bowiem bredzi nie tylko w swoich wierszach. A poza tym jeśli jest aż tak litościwy, to dlaczego nie zadeklarował, że przyjmie do siebie chociażby jedną rodzinę migrantów.

Jestem niemal pewien, że w Województwie Pomorskiem są naprawdę utalentowani literacko ludzie, którzy co jakiś czas wydają intersujące książki. W takiej jednak sytuacji jaka istnieje, przy takim składzie kapituły, nie mają jednak absolutnie żadnych szans na jakąkolwiek nagrodę, nie tylko na Literacką Książkę Roku Województwa Pomorskiego.

(Tekst ten jest skróconą i złagodzoną wersją większej całości).

29-31 października 2021 r.

Ps. Na zdjęciach opublikowanych z tzw. gali Pomorskiej Nagrody Literackiej widać, że nominowani postanowili zaprezentować się byle jak, czyli na tzw. „luzie”. Moim zdaniem wyjście na scenę w dżinsach, w koszuli wyrzuconej na wierzch i, nie wiedzieć po co, w szaliku to jest brak szacunku dla literatury, dla czytelnika, dla osób zgromadzonych na owej gali.

Artyści, literaci nie muszą wdziewać garniturów, krawatów itd. Traktując jednak byle jak odbiorców tak samo będą traktowani.

 

ZA KAŻDYM RAZEM…

Za każdym razem, gdy udaję się na tzw. ryneczek po owoce i warzywa, obserwuję następujące zjawisko: otóż przeważnie starsze panie (ale także i prawie wszystkie inne osoby) przewalają, przewracają a nade wszystko grzebią i grzebią, i grzebią tak jakby gdzieś na dnie skrzynki znajdowały się bardziej świeże warzywa albo bardziej dojrzałe owoce.

Te wszystkie warzywa i owoce zdaniem kupców są „świeżutkie”, bo przecież przywiezione bardzo wczesnym rankiem. Tak  naprawdę są one nie pierwszej świeżości a zazwyczaj zwiędnięte, sparciałe, bez smaku, nadgniłe.

Obserwując takie, i podobne scenki, myślę za każdym razem, że zamiast tracić czas na przyjście na ryneczek, na stanie w kolejce, a nade wszystko na grzebanie po stoiskach i skrzynkach, ten czas owe osoby mogły przeznaczyć na pielęgnowanie swojego ogródka.

Nigdy nie zapomnę widoku, a nade wszystko zapachu i smaku owoców i warzyw z naszego, na Poznańskiej, przydomowego ogródka. Bo ja pół mojego dotychczasowego życia spędziłem w takim domku z przydomowym ogródkiem. Jak się bowiem jechało pociągiem z Malborka do Warszawy to zaraz za Malborkiem jest osiedle zwane teraz (nie wiedzieć czemu) Międzytorzem, a dawniej (także nie wiedzieć czemu) Nową Wsią.

Przedmieście to dawniej całe skąpane w sadach i ogrodach nic nie miało wspólnego ze wsią. Położone jest między torami prowadzącymi na Warszawę, a torami prowadzącymi na Toruń. Z tym, że teraz połączenia torowego na Toruń nie ma (więc jakie to Międzytorze?). Z oddali widać było czerwone dachówki naszego domu i jego białe ściany. Był to niemal przysłowiowy „mały, biały domek”.

(W 1999 r. domek ten moi Rodzice sprzedali i przenieśli się, by mieszkać „po pańsku” do miasta. Nowi właściciele tak go przebudowali, że po „małym, białym domku” nie został nawet ślad. Zresztą po Poznańskiej moich czasów niewiele zostało. Wszędzie pojawiły się mury, druty, ogrodzenia. Za przydomowymi ogródkami powstały tzw. „ogródki działkowe”.

Sadzawka zarosła, Rzeczka przemieniła się w jakiś ściek, tzw. Spalony Majątek zabetonowano.

Dawniej za ogrodem otwierała się otwarta przestrzeń pól i można było iść aż do jeziora na Dąbrówce, na Południe, gdzie się tylko chciało).

A warzywa? Smak rzodkiewek czy cebulki albo młodego czosnku wyrwanych prosto z ziemi i umytych pod kranem nad beczką w ogrodzie był niepowtarzalny. Pomidory pachniały powietrzem i Słońcem. Pomidory kupowane teraz np. w biedronce nazywam „pancernymi”, ponieważ są zawsze twarde, bez smaku, a nade wszystko nawet po oparzeniu gorącą wodą nie chce z nich zejść skórka. Prawdziwy smak ogórków zerwanych z grządki jest lekko słodkawy, a same ogórki jędrne i chrupkie. A te kupowane na ryneczku są gorzkie i sparciałe.

No, a przykładowo jabłka: czy ktoś słyszał o cytrynówkach? Była to niewielka jabłonka rosnąca w tzw. „szyjce”, czyli przestrzeni ogrodu między domem a leszczyną. Niewielkie jabłka dojrzewały zazwyczaj późnym latem. A smak wygrzanych w Słońcu cytrynówek niezwykły. Były bardzo soczyste, winne i można było je jeść i jeść. A papierówki? Te sprzedawane w mieście, zazwyczaj są zielone i kwaśne oraz jakby nadwiędnięte, nie nadają się praktycznie do jedzenia. Bo nasza tzw. „poniemiecka” papierówka była ogromna. Jej jabłek, szczególnie na tych najwyższych gałęziach trzeba było pilnować przed szpakami. A potem okazało się, że jedno jabłko, jedna papierówka, ważyła nawet… pół(!) kilograma.

Pisząc o grzebaniu niektórych osób po stoiskach z warzywami i owocami jako żywo zawsze wydaje mi się, że i ja… „grzebię” wśród książek bezustannie poszukując, wyczekując literackiego arcydzieła.

I tak jak co jakiś czas odnajduję w internetowych muzeach, wspaniałe niepowtarzalne, lecz zapomniane malarstwo (np. impresjonizm amerykański), tak intuicyjnie wyczuwam, jako czytelnik z długim, i jeszcze dłuższym, stażem, że gdzieś po bibliotekach, ba! może nawet w księgarniach, istnieją nadające się do czytania książki a może nawet arcydzieła.

Tymczasem wciąż spotyka mnie rozczarowanie za rozczarowaniem. Mógłbym tu podać tytuły przynajmniej kilkunastu książek, które ostatnio próbowałem czytać. Niestety, nie nadają się do czytania. (Po zagięciach, czyli tzw. „uszach” widzę, że któryś z czytelników nie zdzierżył także ssącej nudy i nieporadności takiej czy innej „powieści”).

A współczesne tomiki poezji? Tu już nawet nie zdumiewa brak „myśli i uczuć”, brak jakiejkolwiek formy i treści, lecz bezdenna wręcz głupota, gdy „poeta” pisze (cytuję w całości): najpierw tytuł, czyli Jak każdego ranka Ewa przegląda gazetę. A treść utworu brzmi następująco: „Polska… kurwa / jego mać – mówi rzucając / gazetę na podłogę / jak każdego ranka”. Mało tego, tomik zawierający takie i podobnej treści utwory, został nominowany do poważnej nagrody literackiej.

A w zbiorku znanej poetki można znaleźć taki oto utwór: „znudzoną krowę / ze znudzonym wzrokiem / wklejono w pastwiska / żuławskich pejzaży / mleczna dama / z wdzięczności / bąki zbija / ogonem”.

Uważam, że współczesna polska poezja została definitywnie pogrzebana (to a propos… grzebania, a poza tym brzmi jakby funeralnie, a więc na czasie) przez taką, jak wyżej podałem, przykłady twórczość poetycką.

21-27 października 2021 r.

PAŹDZIERNIK

Jakże nie nazwać zapisku o październiku, jak nie właśnie… „październik”. Bo zaiste październik – jeśli chce – może być najpiękniejszym miesiącem roku. Teraz właśnie doświadczamy – piszę „my” myśląc o mieszkańcach dzielnicy Chełm i tych na południe od Gdańska – od prawie dwóch tygodni piękna października.

Ja osobiście podziwiam cuda barw – niewysłowione – krzewu pigwy tuż za moim oknem. Trochę tylko mi doskwiera ten mroźny wiatr wiejący z południa. Słońce jest jednak jeszcze gorące, szkoda, że w tym roku nie ma zdaje się szans na ciepłą „złotą polską jesień”.

Korzystając zatem z przepięknej październikowej pogody w niedzielę (10 bm.) wybrałem się na długi spacer do Parku Oruńskiego, a potem dalej, jeszcze dalej na południe i zachód. I znowu jacyś durnie (no bo jak ich nazwać) popozostawiali hulajnogi na środku chodników. Uważam, że służby sprzątające powinny te wszystkie porzucone hulajnogi wywieźć na śmieci. Kto w ogóle pozwala na porzucanie hulajnóg byle gdzie?

A skoro już jestem przy absurdach, od jakiegoś czasu obserwuję przedziwne zjawisko. Otóż zauważyłem przed szkołami babcie i dziadków czekających na swoich pierwszaków. A potem babcie i dziadkowie niosą tornistry.

Któregoś razu nie wytrzymałem i zapytałem jakiegoś dziadka:

– Dlaczego niesie pan tornister wnuczka?

– A bo, panie ciężki jest – usłyszałem w odpowiedzi.

– A pamięta pan by ktoś za nas nosił tornistry? – dalej pytałem.

– Panie, no ciężki taki tornister jest. Książek tyle. I zeszyty.

– To po co brać wszystkie książki. Wystarczy tylko te, które są w tym dniu potrzebne.

– Wisz pan co, idź pan sobie, no idź – opowiedział poirytowany dziadek.

Innego dnia przysiadłszy na ławeczce, zauważyłem jak jakaś mamuśka obładowana siatkami i tornistrem pociechy szła obok zadowolonego, wcale nie pierwszaka, synka, który popisywał się jazdą na hulajnodze.

Jeśli już jestem przy książkach, to – z jednej strony – nie mogę nadziwić się ich ilości. A z drugiej strony stwierdzam – ja, czytelnik z bardzo, bardzo długim stażem – że coraz więcej książek nie nadaje się do czytania. Mógłbym tu wymienić co najmniej kilkanaście(!) książek, które ostatnio próbowałem czytać i nie mogłem zdzierżyć nikłej treści i byle jakiej formy.

A poza tym po co i dla kogo te książki są pisane i wydawane. Okazuje się bowiem, że nakład „poczytnej”(!) książki to teraz… 300 (trzysta) egzemplarzy. A 5000 (pięć tysięcy) to nakład „olbrzymi”, dostępny co najwyżej niektórym noblistom lub autorom kryminałów.

A przecież nakład podstawowy(!) mojej debiutanckiej książki (i następnej), wynosił  po 10.000 (dziesięć tysięcy) egzemplarzy. Mało tego, autor otrzymywał wcale nie takie małe honorarium. To działo się podczas tzw. wyszydzanego… „komunizmu”. A teraz mamy ten tak wytęskniony „kapitalizm”, w którym chodzi tylko o to aby autora oszukać, a nade wszystko aby na nim zarobić. Liczy się wyłącznie zarobek dla wydawcy (wydawnictwa). Autor otrzymuje ochłapy nawet wtedy, gdy wyda książkę własnym sumptem.

(Dostrzegłem, że niektórzy m.in. literaci szczycą się w swoich życiorysach „walką z komuną”, „walką o wolność”, w ogóle swoim kombatanctwem w postaci roznoszonych „wolnościowych” ulotek, za co zostali obwieszeni orderami i medalami. Czy walczyli o tę pokraczną, absurdalną rzeczywistość, którą teraz można dostrzec na każdym kroku?).

A teraz małe porównanie dziwów polskiej „kapitalistycznej” rzeczywistości.

Za cztery opowiadania liczące sześćdziesiąt stron znormalizowanego maszynopisu otrzymałem honorarium w wysokości 800 (osiemset) zł brutto. Opowiadania te pisałem kilka miesięcy.

Podczas niedawnego małego remontu kuchni pan hydraulik tylko za robociznę i dwugodzinną wizytę zażyczył sobie… 800 (osiemset) złotych na rękę.

W czasie pobytu w Światowym Centrum Słuchu w Kajetanach dobrano mi, do stanu mojego słuchu, aparaty, których koszt wynosi, jak się okazuje… 16.000 zł (szesnaście tysięcy złotych). Moja emeryturka to 1.409,69 zł (jeden tysiąc czterysta dziewięć złotych i sześćdziesiąt dziewięć groszy). Nawet gdybym napisał i wydal bestseller, to w polskiej wydawniczej rzeczywistości honorarium w wysokości 16.000 zł jest niemożliwe do otrzymania. (Zresztą tzw. bestsellerami są teraz zawalone księgarnie).

Co pozostaje? Póki co zachwyt październikiem. Wciąż szukam książek nadających się do czytania. Telewizji nie oglądam, bo tam tylko piąta (a może już szósta) „fala epidemii”, bezustanny bełkot i reklamy.

Wczoraj wprawdzie włączyłem telewizor na mecz Polska – Albania (Na Netflixie nudy tj. filmy z „gunami”, kopulacją i narkotykami).

Zastanawiałem się – oglądając ten mecz – czy może być coś bardziej beznadziejnego niż taka gra w piłkę nożną.

– Panie, wczoraj wziął mnie taki wkurw, gdy oglądałem grę tych naszych orłów, że wyłączyłem w cholerę telewizor – usłyszałem od napotkanego znajomego.

Póki co trwa jeszcze, wprawdzie coraz bardziej zimny, październik

13 października 2021 r.

Ps. 1. Na Netflixie tak naprawdę nie ma co oglądać. Trzeba tygodniami czekać na coś nowego. Ostatnio pojawiły się – po szwedzkich i rumuńskich – filmy… belgijskie. Jako kinofil z długim – i jeszcze dłuższym – stażem radziłbym aby te dzieła sobie „odpuścić”.

Natomiast obejrzałem Hiacynta, wokół którego ostatnio jest tyle szumu. No cóż: oglądałem z, oczywiście, napisami (polski film!), bo nie dało się zrozumieć co aktorzy bełkoczą. A poza tym jest to jeszcze jeden film z serii: ciemno, nuda i kopulacja (no i „kurwa” na „kurwie” w odzywkach).

Nudny, naprawdę nudny film. A poza tym nie mogę zrozumieć dlaczego te wszystkie „mocne” albo o trudniejszej tematyce filmy muszą koniecznie dziać się prawie po ciemku.

I jeszcze ta „muzyka”: jakieś pochlapywanie, poklapywanie. To ma być muzyka filmowa?     

A poza tym nie rozumiem dlaczego we współczesnej kinematografii jest aż tyle scen z kopulacją, czyli aktami płciowymi, czyli spółkowaniem.

Ani to nie jest pokazane w intersujący sposób, ani nie wiadomo do czego służy. Gdyby z filmów powycinać sceny z: myciem zębów, dyskoteką i właśnie kopulacją, to niewiele by z nich zostało.

Chciałbym wreszcie zobaczyć film o uczuciach, o miłości bez kopulacji co dziesięć minut.

Za to podobał mi się niemiecki miniserial pt. Kod wart miliard dolarów. Intersująco i sprawnie nakręcony serial o ciekawej tematyce. Bardzo dobrze mi się oglądało. A te różne straszliwie nudne i rozwleczone Kasztanowe ludziki chciałbym potraktować milczeniem.

Ps. 2.

Dzisiaj rano aby sprawdzić prognozę pogody włączyłem telewizor. Akurat trafiłem przedtem na wypowiedź jednej w ważnych osób,  która na pytanie o sytuację na granicy polsko- białoruskiej tak oto perorowała:

„…eee ciężko eee powiedzieć co tam się eee yyy eee dzieje. Kluczowa eee yyy eee wydaje się eee yyy eee sytuacja eee yyy eee gdy zaczną eee yyy eee wkraczać eee yyy eee chłody. Na razie eee yyy eee nie wykraczamy eee yyy eee poza eee unijne yyy przepisy. Codziennie eee yyy eee staramy się eee yyy eee wkraczać z kluczowymi lekarstwami. Ciężko eee yyy eee zrozumieć eee yyy eee dlaczego eee yyy eee migranci nie chcą eee yyy eee takiej pomocy.”

Ps. 3. A co do owego „wkraczania”, czy też „wykraczania” albo „przekraczania”, to Słownik Języka Polskiego proponuje następujące rymy: „przekracza okracza sracza”.

14 października 2021 r.

NAD GDAŃSKIEM ROZKRACZA SIĘ WICHURA

Motto:

 

„…interesuje go tylko złoty medal,

a brąz to po prostu »It’s a shit«.

 

Vital Heynen w rozmowie z Marianem Kmitą.

„Polska pewna siebie, Słowenia harda”,

18 września 2021, godz. 9.25.

 

No i Vital Heynen wraz z polską drużyną siatkarzy ma ten „shit”. Trzeba wreszcie powiedzieć, że polska drużyna siatkarska to są jak najbardziej przeciętni gracze. Te bezustanne zapowiedzi o „złotych medalach” trzeba między bajki włożyć. Jak gra bowiem polska drużyna każdy widzi. Jeden jedyny Wilfredo León Venero to klasa światowa, a reszta to, niestety już siatkarscy emeryci. Najwyższy czas dać szansę młodym: Fornalowi, Śliwce, którzy podczas Mistrzostw Europy tylko „grzali ławę”. Czytaj dalej

LATO, KAJETANY I LEKTURY

Zawsze mnie śmieszą, irytują dziwią ci, którzy obwołują „koniec lata z dniem 31 sierpnia”. Słowem: kiedy kończą się wakacje według niektórych osób jest to także ostatni dzień lata. A przecież… wystarczy wyjrzeć za okno by 11 września Anno Domini 2021, czyli w chwili, gdy piszę te słowa, naocznie stwierdzić, że w Gdańsku, nad Zatoką Gdańską lato trwa w najlepsze. Czytaj dalej

RYSZARD III… „CROOKBACK”?!

Z północy dmie lodowaty wiatr. Chmury takie, jakby za chwilę miał spaść śnieg. Gdyby nie zieleń na drzewach mogłoby się wydawać, że oto nagle zapanował najbrzydszy miesiąc roku ze wszystkimi swoimi fanaberiami i uprzykrzeniami, czyli marzec. Czytaj dalej