Opinie o twórczości literackiej i wydawniczej

Jana P. Grabowskiego

(wybór)

 

1. Przeciętnego czytelnika, który nigdy nie zagłębił się w tajniki staroirańskich wierzeń religijnych zwieść tytuł tej książki, obiecując sensację i egzotykę. Dobrze się więc stało, że na okładce zamieścił wydawca również krótką informację o autorze i zawartości tej niewielkiej książeczki. Dzięki temu ma ona szansę trafić do rąk czytelnika, który zechce zagłębić się w refleksje nad sytuacją człowieka w świecie współczesnym i w ogóle nad ludzkim losem, ubrane najczęściej w struktury paraboliczne i przekazane językiem silnie przesyconym poetycką metaforą.

Książka Grabowskiego składa się z dziesięciu opowiadań, które nie tworzą jedności jednorodnej tematycznie i chronologicznie. Pisane są w różnych konwencjach narracyjnych, od osobistej relacji pierwszoosobowej bohatera-narratora, poprzez swoistą rozmowę z bohaterem, aż do obiektywnej relacji w trzeciej osobie. (Wygląda to trochę na wprawki debiutanta, ale przynajmniej nie nuży). Mimo tych różnic formalnych opowiadania mają jednak wiele elementów wspólnych. Scala je postać bohatera, który choć nazywany jest przez autora różnie, najczęściej Stanisławem lub po prostu S., bywa to malarzem, to znów tłumaczem pozostaje ciągle tym samym młodym wrażliwym człowiekiem (potrafi szukać śladów ptaka w powietrzu albo dróg ryby w wodzie), samotnym z wyroku losu, a może i własnego wyboru, niezmiennie wędrującym po ścieżkach życia z książką w kieszeni.

Sytuacje, w jakich nasz bohater najczęściej się znajduje, to nieustanne wędrówki po ulicach miast i parkowych alejach, niekończące się podróże pociągiem, wizyty w urzędach, których kompetencje nie są wyraźnie określone. Nie należy brać dosłownie ani tych wędrówek, ani sytuacji zdarzających się w ich trakcie. W intencji autora zdają się one wyrażać metaforycznie LUDZKI LOS.

Wśród parkowych alejek można wybrać tylko jedną, rezygnując z penetrowania pozostałych, u kresu każdej wędrówki czy podróży pragnie się spotkać owo NIESPOTYKANE, które zazwyczaj nie następuje, a tymczasem nas zagarnia zwyczajna codzienność, która jest czekaniem…

Usiłujemy, każdy na swój sposób bronić się przed beznadziejnością i bezsensem czekania, ale okazuje się, że zakładamy tylko maski, by w ten sposób zdystansować się od powszechnej, unifikującej zależności czasu i miejsca, by odróżnić się od siebie, uczynić lepszymi wobec innych. Nie osiągamy jednak zamierzonego celu. „Każda maska mimo to wyrażała to samo: tę trudną do zdefiniowania powszechną „odrębność”, jednakowość w różnorodności, schematyczną „indywidualność”, wyobraźnię zasznurowaną przez codzienność” – tak oto szary obraz tłumu widzi nasz bohater.

Skąd takie właśnie widzenie? Wyjaśnia to może w pewnym stopniu dyskusja o osobowości w sztuce współczesnej w opowiadaniu Trompe l’oeil, w którym bohater jest malarzem. „Osobowość? Człowiek? – raczej pewna ilość podpatrzonych i przeanalizowanych wzorów, pewna ilość rozszyfrowanych i zapamiętanych sytuacji stoi za każdym obrazem, jeżeli to w ogóle można nazwać obrazem…”.

No cóż, jeśli nawet tak jest, to nasz bohater usiłuje odciąć się od tego, broni własnej indywidualności. Nie chce utożsamiać się z tymi, pośród których żyje. Dystansuje się od owego tłumu szarych przechodniów, nieciekawych konsumentów jednakowej strawy codziennej, „zahipnotyzowanych zielonym okiem telewizora”. Najbardziej jaskrawo widać to w opowiadaniu Szepty ciemności, szczególnie w zbudowanej w konwencji groteski świetnej scenie w kawiarni (nawiązującej do tytułu) i w następnych.

Czy jednak owa postawa człowieka, którego stać na świadomy wybór samotności wśród ludzi i patrzenie na mrówczy tłum z pozycji outsidera jest na dłuższą metę do utrzymania? Tłum (taki, jakim ukazał go autor) nie znosi indywidualności, jest im wrogi, usiłuje stłamsić je i wchłonąć. Walka z nim jest trudna, a może nawet beznadziejna. Bohater Grabowskiego przegrywa ją. W zamykającym zbiór opowiadaniu Ananke zakłada maskę.

Niezbyt klarownie tłumaczy się w kontekście opowiadań owo wyeksponowane nawet w tytule nawiązanie do mazdaizmu. Może kryje się za nim tęsknota do prostych hierarchii wartości, które niestety zatarły się we współczesnej rzeczywistości, do pełnych autentycznej mądrości starych ksiąg, w których kiedyś znajdowano odpowiedzi na pytanie, jak żyć.

W opowiadaniach Grabowskiego więcej jest takich momentów wymykających się jednoznacznej interpretacji. I może właśnie, dlatego warto sięgnąć po ten debiutancki tom młodego autora, zagłębić się w ów świat przedstawiony, którego zwodniczy realizm nagle załamuje się pod presją bogatej wyobraźni, kształtowanej w dużym stopniu przez poetykę snu.

Satysfakcję sprawi czytelnikowi również język tych opowiadań, pełen poezji i malarskich (mniej w sensie barwności, bardziej w sensie plastyczności) opisów świata oglądanego oczyma bohatera. Jest to już coraz rzadsze w młodej literaturze. I to nic, że teksty Grabowskiego noszą ślady licznych lektur autora. Debiutantowi trudno tego uniknąć. Autor Zabójstwa Ahuramazdy może nawet świadomie nie zacierał owych śladów, bowiem usprawiedliwiają ich obecność upodobania bohatera, częste obcowanie z książką oraz wspomniana już dyskusja na temat osobowości w sztuce. Rozszyfrowanie zasygnalizowanych tropów literackich pozostawmy jednak czytelnikowi.  

Krystyna Czyżak, Czekanie na… Niespodziewane [rec.: Jan P. Grabowski, Zabójstwo Ahuramazdy, Gdańsk 1979], „Kujawy”, 9 stycznia 1980, nr 2, s. 9.

 

2. Wiersze Jana P. Grabowskiego zebrane pod wspólnym tytułem Dotknięcie mroku, ukazały się całkiem świeżo w Bibliotece Literackiej Gorzowskiego Towarzystwa Kultury, prezentując nam poetę ciekawie zapowiadającego się, o dość dużej już dozie oryginalności. Utwory jego posiadają głęboki oddech, roztaczają rozległe krajobrazy liryczne zarówno własnego duchowego wnętrza poety, jak i otaczającego go zimnego i surowego świata. Oba komponenty tego krajobrazu tworzą spójny, dynamiczny i refleksyjno-dramatyczny obraz poetycki.

Przypatrzymy się choćby, jak wielka rolę odgrywa w tej poezji dotyk, barwa powonienie – są smutne i nostalgiczne, wywołujące wspomnienia, przywołujące nadzieje, złudzenia i niespełnienia. Pobrzmiewa tu co prawda młodopolski ton rozdarcia wewnętrznego poety i jakby romantycznego skłócenia z tym światem, ale dobrze to świadczy o talencie młodego poety, zwłaszcza iż próbuje on znaleźć własny ton, dość już wyraźnie określający ramy jego osobowości, typ bogatej wyobraźni i nieskrywanej uczuciowości lirycznej.

Już także same tytuły, niektórych wierszy, jak choćby: Tamten wczesny krajobraz; Jeszcze wczoraj; Będziesz odchodził; Miałeś zobaczyć są niezwykle symptomatyczne i symboliczne, mówiące wprost o niespełnionych oczekiwaniach i marzeniach, utraconych nadziejach i złudzeniach, tęsknocie za przeszłością i daremnych próbach jej utrwalenia, zatrzymania.

„Topnieje przestrzeń, a czas / staje się niepochwytny” – pisze poeta w wierszu Dwa ogrody, a w utworze Chciałem zatrzymać powiada: „chciałem zatrzymać jaśniejący koloryt / drzew i ścieżek / zaplątanych w gąszczach ciemnego powietrza”. W utworze pt. Będziesz odchodził kulminację osiąga uczucie osamotnienia: „Na koniec zostaniesz sam / … / zostawiając za sobą / obszar / pomniejszającej się przestrzeni”.

Ciekawą i niebanalną konstrukcję mają te wiersze, w których tak istotną rolę spełnia gra barw, tworzących nowe znaczenia bądź wyrażających symbolicznie powszechnie przyjęte. Oto np. w otwierającym tomik utworze Czarne jaśminy – a wiadomo, że istnieją tylko barwy tych kwiatów białe, żółte lub różowe – poeta celowo dobiera ten czarny kolor, aby następnie skontrastować go umiejętnie z „kłębem białej woni”. I w tym wierszu są też takie strofy: „Szukam miejsc po dniu / który odszedł / zostawiając pustkę / wyścieloną czarnymi sensami”. Jak więc widać „czarne jaśminy” konsekwentnie łącząc się tu z „czarnymi sensami”, nabierają innego znaczenia.

Jeszcze inny interesujący utwór pt. Ślad garroty jest zmetaforyzowanym, piętrowym obrazem okrucieństwa i dramatyzmu świata, bowiem przecież „garrote” z hiszpańskiego oznacza narzędzie barbarzyńskich tortur i kary śmierci przez uduszenie. I tutaj także barwy odgrywają znaczącą rolę: „Horyzont / podnosił się coraz wyżej – / pod białym okiem / nierozumiejącego nieba”. A więc „zadławianej obecności” – w sensie symbolicznym i ponadczasowym – człowieka towarzyszył horyzont, który zaciskał pętlę wokół białego nieba. Piękne, przejrzyste obrazowanie! Podobnie zresztą jak i w innym utworze poety, w Posłuchajmy jeszcze, gdzie motywy: muzyczny i wspomnieniowy współgrają ze sobą i zostały ubrane w zgrabną melodyczną szatę.

Zenon Łukasiewicz, Rozległe krajobrazy liryczne [rec. Jan P. Grabowski, Dotknięcie mroku, Gorzów Wielkopolski 1982], „Gazeta Lubuska”, 15–17 stycznia 1982.

 

3. Dotknięcie mroku stanowi kolejną pozycję wydawniczą w dorobku twórczym Jana P. Grabowskiego.

Jest to tym razem debiut poetycki. Do tej pory bowiem autor zajmował się głównie prozatorskim opisem świata. O dorobku twórczym Grabowskiego świadczą więc takie pozycje jak: Zabójstwo Ahuramazdy (tom opowiadań)  i Ukryte spojrzenie (powieść).

Grabowski należy, bo jest to pisarz ciągle jeszcze młody, do tego rodzaju twórców, którzy poszukują swej zasadniczej drogi artystycznej. I mimo, że nie zawsze potrafi zachwycić czytelnika, to jednak żarliwość, z jaką traktuje własne rzemiosło, pozwala nam sądzić, że jest to autentyczny pisarz, po którym można spodziewać się utworów coraz to dojrzalszych.

Jest to twórca ukierunkowany na dogłębny, bardzo wielostronny zapis człowieczego uwikłania w świat. Niekiedy dzieje się nawet tak, że próba przekazania skomplikowanej rzeczywistości oddala autora od jakiejś zasadniczej myśli, którą zamierza wyrazić.

Dotknięcie mroku pokazuje nam zatem, że Grabowski jest również poetą. Pisze wiersze zdradzające, potwierdzające dużą wrażliwość osobową autora. Zasadniczym tematem, jeśli tak można powiedzieć, tych wierszy, jest przemijanie; przemijanie uczucia, przemijanie młodości, piękna, krajobrazu, dzieciństwa. Najogólniej – życia, którego chwile pragnie się zatrzymać na jak najdłużej, pragnie się to uczynić przy pomocy medytacji, przy pomocy rozmów z drugą, ukochaną osobą, ale świadomości, że ucieka nam to życie gdzieś obok, że ucieka nam ono w nas samych, że zmieniają się nawet te najprawdziwsze, najpiękniejsze chwile, ułamki czasu, nie można zagłuszyć niczym. Można stworzyć piękny świat poezji, arkadię wzruszeń, ale i poezja nie jest realnie w stanie niczego więcej, poza głębszym poznaniem istoty egzystencji zapewnić.

Czesław Sobkowiak, W okolicy mroku [rec.: Jan P. Grabowski, Dotknięcie mroku, Gorzów Wielkopolski 1981], ,,Nadodrze”, 9 maja–22 maja 1982, nr 4, s. 10.

 

4. Są to wiersze zdecydowanie dobre, świadczące o dość wczesnym osiągnięciu przez autora kunsztu poetyckiego, będącego nie tylko werbalnym. Wymienię tu takie wiersze jak: Jesteś ze mną, więc jesteś moim światłem; Strefa turmalinu; Nad nocnym ogrodem morza.

Wiersze te są nie tylko metafizyczne swoimi treściami. Jest w nich owa szczególna, może nie dla wszystkich odbiorców uchwytna fraza, muzyczność, tak bliska utworom Persea, Oskara Miłosza, a wreszcie i w jakimś stopniu „naszego” Czesława Miłosza.

Wzdrygam się trochę przed stwierdzeniem, że wiele wierszy Grabowskiego to wiersze świetne. Ale to będzie tylko pewna przekora krytyka. Bo są one rzeczywiście świetne i pozwalają uwierzyć czytelnikowi, że słowo poezja nie stało się fikcją.

Zbigniew Dolecki, Wznosimy głowę ku niebu…. [rec.: Jan P. Grabowski, Deszcz i płomień, Gdańsk 1988], „Kierunki”, 9 października 1988, nr 41.

 

5. Jest to poezja długiej frazy, rozlewna i wielosłowna, która dziś jakby wyszła z mody wśród twórców i koneserów, ale niekoniecznie u wszystkich czytelników. Można nie gustować w takiej poetyce, a jednak trzeba dostrzec w twórczości Jana P. Grabowskiego pewne walory.

Pulsuje w niej dramatyzm, nie jest mimo wszystko sielankowa, ociera się o tragizm istnienia. Dominuje poczucie (czy raczej: przeczucie) nieskończoności Kosmosu, w którym człowiek jest wprawdzie pyłkiem, ale niepozbawionym dumy i godności.

„Ja” liryczne świadome tego, że jest nieuchronnie skazane na nieistnienie, zdaje się wykorzystywać każdą szansę zintensyfikowania swoich odczuć, ich zwielokrotnienia, tak, żeby stały się partnerem kosmicznych przestrzeni.

Wzrusza je zarówno kwiat i motyl, jak szerokie, bezkresne horyzonty, czy odblask dalekich planet.

Na uwagę zasługuje obrazowanie. Posługuje się ono nieoczekiwanymi i niezwykłymi efektami światła walczącego z ciemnością. Chwilami „akcja” rozgrywa się jakby w przestrzeni między Ziemią i Kosmosem, który fascynuje wyobraźnię, niczym światło lampy owady.

Zagubienie i samotność podmiotu lirycznego równoważy jego niemal mistyczny związek duchowy z otaczającą rzeczywistością i z wszechświatem.

Jan Pieszczachowicz, recenzja wydawnicza. Jan P. Grabowski Łaska widzenia. Wiersze z lat 1983–1988. Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”. Warszawa, 1990 r.

 

6. Jest to poezja kameralna, wyciszona, pełna zachwytu nad urodą życia oraz zastanowienia nad jego przemijaniem. Autor wpisał w nią poczucie wspólnoty ludzkiego losu i swą wiarę w istnienie wyższego, Boskiego ładu. Dobra poezja wspierana równie spokojnymi uporządkowanymi grafikami Andrzeja Krzemińskiego.

Ryszarda Socha, Nakładem sponsora [rec. Jan P. Grabowski, Wiersze wybrane, Duszniki-Zdrój 1991], „Wybrzeże”, 1991, nr 48.

 

7. W czasach, gdy wielkie oficyny zupełnie zaniechały wydawania poezji, liczba zbiorów wierszy – o dziwo – wcale się nie zmniejszyła. Przeciwnie, wbrew głoszonym opiniom o nieopłacalności, trudności ze sprzedażą, ukazują się nowe tomiki i to niekiedy w kształcie edytorskim, o jakim wcześniej nie można było nawet marzyć. Znajdują się wydawcy i sponsorzy (i chwała im za to), którzy rozumieją, że pewne prawdy mogą być wyrażone jedynie w słowie poetyckim.

Mam przed sobą taka właśnie książkę, która ukazała się dzięki Hartwigowi, znanemu na całym świecie Przedsiębiorstwu Spedycji Międzynarodowej z Gdańska. Są to Wiersze wybrane Jana P. Grabowskiego, pięknie wydane na papierze ręcznie czerpanym, pochodzącym z Zabytkowej Papierni-Muzeum w Dusznikach Zdroju.

Z Janem P. Grabowskim przed laty studiowałem polonistykę na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, toteż z ogromnym zainteresowaniem śledziłem rozwój jego twórczości, najpierw prozatorskiej – zbiór opowiadań Zabójstwo Ahuramazdy (1979), powieść Ukryte spojrzenie (1980), później poetyckiej, od skromnego arkusza Dotknięcie mroku (1981) po normalne już tomy – Żółta poczekalnia (1984) i Deszcz i płomień (1988). W latach osiemdziesiątych Grabowski wiele publikował w prasie katolickiej, a jego wiersze były wyróżniane i nagradzane.

Jego poezję wypełnia światło, światło płynące od Boga, a więc takie, które potrafi pokonać każdą ciemność. Nie oznacza to, że jedynie Bóg jest przedmiotem tych wierszy. Autor wydaje się wierzyć za ks. Twardowskim, iż „ktokolwiek nas spotyka, od Niego przychodzi”. W jednym z utworów pisze: „Jesteś ze mną, wiec jesteś moim światłem”.

Wierszach wybranych znajdujemy utwór, który trudno nie czytać bez głębokiego wzruszenia. Poeta z ogromna miłością i pokorą dziękuje Bogu za „łaskę widzenia”:

 

Dałeś mi Panie wszystko, co najlepsze.

Abym tutaj – na podobieństwo Twoje – istniał i

abym mógł doczekać

szczęśliwej godziny spotkania z Tobą.

 

Dałeś mi wzrok, abym mógł widzieć

obraz rzeczy stworzonych przez Ciebie.

 

Dałeś mi wzrok, abym w dalekich krajach i

w opromienionym widoku najbliższego wzgórza

mógł odszukiwać i utrwalać w sobie barwę

przemijających wrażeń. Dałeś mi wzrok,

 

abym każdego dnia

mógł układać wielki poemat jasności

zrodzony z przestrzeni. Abym mógł zawierać

przymierze ze światłem,

które wyprowadza pragnienia i myśli

na drugą stroną ciemności… Tam,

gdzie istnieje wciąż nie odkryty i

stąd niewidzialny świat niebiańskich łąk.

 

Dałeś mi wzrok, abym tutaj i teraz

nie czuł się samotny i zagubiony w mroku.

 

Dałeś mi panie łaskę widzenia.

Abym w słowach dostrzegł wszystko to,

czego nie ogarnia jasność światła.

 

Abym znowu zobaczył

jak kwiaty uwodzą lekkość kolibrów.

Jak poza szkarłatem świtów

rozwija się przeźroczystość wody.

 

Abym wiedział, że ponad kwarcem gór

czuwają oczy niedotykalnych przestrzeni.

 

Dałeś mi Panie łaskę widzenia,

abym próbował

– idąc na wskroś rozrastającego się mroku –

dotrzeć do Ciebie.

I abym mógł czekać na dotyk Twoich dłoni

przywracający Blask.

(Łaska widzenia)

 

Każda wielka metafora, raz jeszcze przywołam tu słowa Anny Kamieńskiej wyrasta z konkretu. I tak właśnie jest w poezji Grabowskiego, który nieomylnie na ogół podnosi własne doświadczenie do poruszających odbiorcę obrazów jak choćby w tym fragmencie:

 

Teraz wiem, że światło z myślą o mnie

wodzi dłonie moje po wypukłościach gwiazd,

tego świętego pisma nieba…

 

Poeta przyjmuje swój los, bo wie, że otrzymał od Pana łaskę innego widzenia, które pozwala „w słowach dostrzegać wszystko to, czego nie ogarnia jasność światła…”.

Wiele wierszy Jana P. Grabowskiego odznacza się tą pełnią, jaka pojawia się jedynie u twórców naprawdę dojrzałych. Zaliczyłbym do nich przede wszystkim utwór Dom otwierający Wiersze wybrane.

Wydać by się mogło, co jeszcze, po tylu znakomitych poetach, można napisać dzisiaj o domu. A przecież Grabowski wnosi do tej swoistej antologii wieków ton bardzo własny, wybrzmiały do końca w pełnych, niespiesznych poetyckich frazach, o krystalicznej wręcz czystości:

 

Wszystko jakby zmniejszone

przez odległość czasu,

kiedy patrzę za siebie albo niespodzianie

odwiedzam dawne miejsce,

w którym przeżyłem pół – być może – życia.

(…)

To tylko ta krótka chwila staje się wiecznością,

bo – niekiedy – wiecznością jest także i chwila.

 

Każdy wrażliwy czytelnik z pewnością zapamięta też głębokie słowa kończące ten znakomity utwór:

 

Oto cała wieczność i nieskończoność

jest w tym jednym wspomnieniu, w tym jednym obrazie

zawsze, kiedy wracam ulicą pod starymi lipami.

 

Waldemar Smaszcz, Przez odległość czasu [rec.: Jan P. Grabowski, Wiersze wybrane, Duszniki-Zdrój 1991], „Gwiazda Morza”, 27 grudnia 1992 r. nr 27.

 

8. Świat poety jest funkcją światła. Ono jest siłą tworzącą kształty, odległości, barwy i w konsekwencji jakość świata. Maryniści w morzu odnajdują obraz i metaforę życia. Jan Piotr Grabowski świat i życie wyprowadza ze światła. „Dotykanie światła” – jest takie sformułowanie w tym zbiorze – byłby to dobry tytuł dla całego tomu. Tym właśnie są te wiersze – dotykaniem światła, które wyjmuje zarys każdej rzeczy z ciemności i promiennymi ścieżkami prowadzi nas w blask życia i świata pozaziemskiego.

Poetą jest ten, który czuje więcej. Jan P. Grabowski czuje najdrobniejsze molekuły światła. Czuje je tam, gdzie dla zwyczajnego obserwatora jest jeszcze noc albo już wieczór i także tam, gdzie nasze oczy już nie mogą wytrzymać intensywności blasku.

Jego wiersze „dzieją się” w strefach podczerwieni i ultrafioletu. I to jest druga osobliwość tej poezji, jej wyróżnik tak dobitny, że nawet pojedyncza kartka już na pierwszy rzut oka zdradza przynależność do tej konstelacji. Przy uduchowieniu, przy niewątpliwej religijności jest to poezja zmysłowa: węch, smak, słuch są tu zawsze czujne, stale na warcie, nieustannie gotowe wspomagać najcenniejszy zmysł wzroku.

Świat tych wierszy zbudowany jest z tworzywa delikatnego, ze szmerów ledwie słyszalnych, z woni niemal nieuchwytnych. A wszystko to we wciąż zmiennym i zmieniającym obraz ziemi migotaniu.

Wędrowiec po tym świecie musi zachowywać ostrożność i skupioną uwagę, żeby nie popsuć, nie zburzyć owych misternych katedr świetlnych, ale też może być nagrodzony przeżyciami niezwykłymi i skierowany w nieprzeczuwane regiony doznań i zauroczeń.

Regina Witkowska, Urodzaj światła – uwagi nad wierszami Jana P. Grabowskiego. Sopot, 1 października 1993 r.

 

9. Wyłaniający się z wierszy podmiot liryczny to człowiek wrażliwy, czujący, kontemplujący, czuły na uroki ziemi, wtopiony w jej pejzaż, ale jednocześnie mający poczucie własnej odrębności i możliwości wyboru. Nie pragnie on jednak zmieniać świata, nie walczy ani z wyimaginowanymi, ani rzeczywistymi siłami zła, ale żyje jakby spolegliwie w otwartej przestrzeni jasności i światła, która z rzadka bywa nieprzychylna, złowroga. Eden jest nieomal na wyciągnięcie ręki łaskawego, czekającego Boga, często w wierszach uobecnionego (Dziękuję, dziękuję; Prośba przed adwentem; Nostalgie ciotki Anny).

Sensualistyczny stosunek autora do otaczającej rzeczywistości powoduje, że wiele utworów można odebrać, jako impresje determinowane chwilą przeżywania, nasycania się otoczeniem w określonym czasie. Stąd tytułowe pory roku i dnia (Błękitny maj: moment uwznioślenia; Wrzesień: powietrzność; Listopad; Z nocy w noc, z ciemności w ciemność; Wieczór pod Czantorią).

Nie są to tylko postimpresjonistyczne wariacje, bowiem poetyckie obrazy odczytywać można, jako metafory odnoszące się do filozoficznego zrozumienia losu człowieka próbującego znaleźć odpowiedzi na pytania dotyczące fenomenu życia, jego intensywności.

Człowiek poszukuje tego, co go uszlachetnia, a symbolem dotknięcia dobra w układzie wertykalnym staje się wszechobecny błękit (Błękitny maj: moment uwznioślenia). Metafizycznego znaczenia nabiera błękit w wierszu Strefa turmalinu:

 

Pierwszych słów

znaczenie było błękitem i

blaskiem, otwierającą się bramą

wśród niespodziewanie zapadających

półzmroków dnia. Pierwsze słowa

nauczyły mnie wiary tak wzniosłej i

tak bliskiej naturze przestworzy,

że gotów byłem pojednać się z nią…

dla wiary samej. Wspinałem się coraz

wyżej. Każdy mój krok był bliżej

wieczności.

 

Nade wszystko najwięcej jest światła („naręcze blasków”, „ocean światła”, „światło zgęstniałe i lepkie słońcem”, „błyszczące szelesty”, „urodzaj światła”), które uzyskuje wymiar mistycznego Blasku, jak w Łasce widzenia:

 

Teraz wiem, że światło

wodzi dłonie moje po wypukłościach gwiazd:

tego świętego pisma nieba…

To jest ten alfabet stworzony przez Ciebie.

Abym odczytywał słowa na chwałę światłości,

która jest przedłużeniem każdego tutaj dnia.

Każdej słonecznej chwili utrwalającej obrazy

widzialnego świata i niewidocznych doznań..

(…)

Dałeś mi Panie łaskę widzenia,

abym próbował

– idąc na wskroś rozrastającego się mroku –

dotrzeć do Ciebie i

abym mógł czekać na dotyk Twoich dłoni

przywracający Blask.

 

W utworze tym pełnym humanistycznego pogodzenia i harmonii podmiotu lirycznego z istotą boską, jak w hymnie Jana Kochanowskiego Czego chcesz od nas, Panie…, jest jednak pewna nieśmiałość człowieka końca XX wieku wyrażającego swoją wiarę w zjednoczenie się z Bogiem.

Ten metafizyczny lęk zawarty jest w wielu wierszach tego tomiku, a wyraźny jest zwłaszcza wtedy, gdy autor pisze o przemijaniu, na przykład w liryku Tamten wczesny krajobraz:

 

Ten krajobraz przypadkiem zapamiętany

wraca do mnie jakieś sypkie chwile,

które niegdyś przeszedłem

ani zastanawiając się, że zostaną moimi

na zawsze.

(…)

Dzisiaj staram się odszukać te

miejsca krążące we mnie wspomnieniem.

(…)

Zanim jednak zgaśnie

niewidzialny horyzont i

po raz ostatni

spojrzę na ten wczesny krajobraz…

zobaczę go jeszcze

– przez dziurawe niebo parku –

w kolejnym

przypomnieniu-oświetleniu.

 

Krajobraz zapamiętany nosi prawie każdy z nas. W poezji Jana Piotra Grabowskiego jest to temat dominujący, a wciąż powracające motywy przyrody wnoszą dużo ciepła i atmosferę nostalgii.

Na drzewa – lipy, brzozy, buki – człowiek może patrzeć ze zdumieniem, że są starsze od niego, że trwają na ziemi dłużej. Nieoczekiwany zachwyt budzić może kwitnący głóg, a oszałamiać bez. W wierszach pojawiają się pasikoniki i egzotyczne kolibry, a bociany symbolizują upływ czasu, wyrażają nadzieję powrotu, „przenoszą powab wolności”.

Liryka Jana Piotra Grabowskiego przypomina czytelnikom, że warto dostrzec to, co wokół nas jest, warto przyjrzeć się imponującemu bezmiarowi przestrzeni, zatrzymać się, nacieszyć doznaniami najprostszymi, przeżyć je. Poezja ta w sposób nie wydumany pisana zdaniami jak rzadko jest komunikatywna i powinna być bliska współczesnemu czytelnikowi.

Bożena Cichocka, Szkarłat i błękit [rec.: Jan P. Grabowski, Szkarłat i błękit, Pelplin 1994], „Tytuł”, nr 4 (16) s. 204–206.

 

10. Szkarłat i błękit – to zestawienie, bardzo malarskie, nawiasem mówiąc, przywodzi na myśl inne pary pojęć. Szkarłat to oczywiście ogień, błękit – powietrze, ale poza tym: cielesność i duchowość, ziemia i niebo, czas i wieczność, a między tymi, podporządkowanymi kolorom pojęciami – chwila, która nie ominie nikogo z nas. Czasami przybierająca formę zwykłego przejścia (wiersz Drzwi), czasami antycznej, ale przywoływanej często, aż po współczesność, szczególnie w poezji, rzeki Styks (Znajomi poeci w zanikającej jasności). Autor do tego właśnie tematu – przejścia między światłem doczesnym i niewiadomym, a także do upływu czasu, odczuwanego wszystkimi zmysłami i wyglądającego zza każdej myśli, zza każdego niemal odczucia – powraca w każdym swoim wierszu.

U Jana P. Grabowskiego nie ma jednakże lęku przed wiecznością, jest natomiast wyciszenie, pogodna, czasami smutna rezygnacja. Każde opisywane przeżycie, każde spostrzeżenie i przemyślenie przenika świadomość ulotności wszystkiego, co nas otacza, a jednak nie wiąże się z tym bunt, niezgoda. W tych wierszach nie ma poczucia zła, poczucia, że coś jest nie w porządku. Domyślać się można, że postawę taką umożliwia poecie wiara, ale jednocześnie w zawartych w zbiorze utworach jest coś, co pozwala przypuszczać, iż oprócz wiary pomocą w znalezieniu harmonii może być wiedza – ta nagromadzona przez wieki, przez różne cywilizacje, jej przyswajanie i własne, wynikające z niej przemyślenia.

Jarosław Kurek, Wiara, nauka, wiedza [rec.: Jan P. Grabowski, Szkarłat i błękit, Pelplin 1994], „Sopot”, 10 czerwca 1994, nr 23.

 

11.  Olsztyński konkurs poetycki „O Laur Liścia Akantu” przetrwał, a nawet ma się dobrze. Głównym organizatorem jego jest Miejski Ośrodek Kultury reprezentowany przez niestrudzoną w wynajdowaniu sponsorów i innych atrakcji dla młodych poetów Iwonę Łazicką-Pawlak. Tym razem sam – obok A. Bykowskiej-Salczyńskiej i W. Kowalewskiego – byłem jurorem i przejrzałem kilka setek, najczęściej beznadziejnych utworów. Od razu jednak dodaję, iż wierzchołek tej góry lodowej był naprawdę malowniczy i niepowtarzalny. Miejsca było na nim faktycznie mało, bo zmieściło się zaledwie siedem osób, lecz każda z nich w pełni zasłużyła na to wyróżnienie, na to słońce poezji odbite od lodu wierszy przypadkowych, nieporadnych, pierwszych. Wszyscy laureaci okazali się być poetami wyraźnie zindywidualizowanymi, a zdobywca I nagrody – Jan P. Grabowski z Gdańska – uradował jurorów czystością stylu i autentyzmem doświadczenia wewnętrznego.

Kazimierz Brakoniecki, Poeci-laureaci. Artykuł wydrukowany w „Gazecie Olsztyńskiej” w nr 247 z 21 grudnia 1995 r.

 

12. Zwrot ku metafizyce jest u Grabowskiego także zwrotem ku codzienności, ale codzienności, która podlega nie tyle rejestracji, co wyjaśnieniu poprzez szereg odniesień do stanu psychofizycznego autora. Sam podtytuł zbioru: Wiersze religijne i metafizyczne narzuca już pewien sposób postrzegania rzeczywistości. Poza tym umiejscawia w określonej tradycji literackiej. Nie chodzi o tradycję pieśni religijnych, chociaż w plebiscycie gatunków literackich niektóre z tekstów Grabowskiego bez zastrzeżeń funkcjonować by mogły w zbiorach hymnów. Jednak nie o to tu chodzi. Ta poezja wpisuje się w tradycję poezji metafizycznej poprzez nie tylko sam podtytuł, lecz przede wszystkim poprzez przyjęty sposób postrzegania świata. Religijność Grabowskiego jest tą samą religijnością poprzez zachwyt i zadumę nad życiem, która wpisana została w teksty Kochanowskiego, Donne’a, Crashawa. Jednak to nie tylko sprawa religijności, chociaż na niej można by zbudować cały szereg odniesień: kulturowych, literackich, antropologicznych. Poza tą religijnością, czy też w jej ramach, Grabowski utrwala, zapisuje swoje życie jako poddane nie tylko władzy Boga, lecz także władzy przypadku, przypadkowości i jednocześnie konieczności istnienia w określonym miejscu, czasie, sytuacji.

Piotr Siwecki, Zmysł życia Jana Piotra Grabowskiego [rec.: Jan P. Grabowski, Szkarłat i błękit, Pelplin 1994], „Borussia”, 1996, nr 13, s. 250–251. 

 

13. Chryzopraz to minerał, odmiana chalcedonu. Zawiera związki niklu nadające mu charakterystyczny delikatny, morskozielony odcień. Ten półszlachetny kamień ujawnia swą prawdziwą barwę dopiero wtedy, gdy rozłupać brązową, chropawą, niekoniecznie efektowną skorupę. Nad dotarciem do prawdziwych kolorów chryzoprazu należy trochę popracować. Myślę, że tytuł wyboru wierszy Jana Piotra Grabowskiego został właściwie dobrany. To po pierwsze.

Tom gromadzi starannie przesiane wiersze z lat 1986–1995. Myślę, że autor już samym wyborem chce czytelnikowi coś powiedzieć, coś zakomunikować. To po drugie.

Zbyt bowiem wiele wie o sztuce składania wyrazów, by decydować o postawieniu tego lub innego słowa pochopnie albo chaotycznie.

Spotkamy się za chwilę nie z nowicjuszem, zapaleńcem poezji, naiwnym entuzjastą. W drodze, przez stronice książki, towarzyszyć nam będzie twórca dojrzały, doświadczony, wprawiony w reguły okrutnego rzemiosła polegającego na pilnym budowaniu wież Babel z cegiełek – pojedynczych strof. A rzemiosło owo, mogę solennie zapewnić, bywa naznaczone radością pospołu ze stygmatem cierpienia. Myślę, że Grabowski gotów jest płacić za trud wierszowania niezbędną cenę. To po trzecie.

Tej poezji można zaufać. W tym sensie, że autor daje czytelnikowi gwarancję jakości robiąc co trzeba piórem świadomym reguł obowiązujących w fachu poetów. Nie warto się zatem głowić, czy Grabowski zapisując kolejne strofy Koloru chryzoprazu orientował się, jaka materia mu kipi w tyglu wiersza. Nie, to staje się jasne od pierwszego spotkania ze strofami Koloru chryzoprazu – on wiedział. Postanowił dać czemuś świadectwo, podzielić się aktem pewnej – świadomości, podszepnąć czytelnikowi własną wizję. Jak sobie postanowił, tak uczynił. Właściwie czegóż trzeba więcej?

Tadeusz Lewandowski, Poeta z fotografii. Refleksje o książce Jana P. Grabowskiego Kolor chryzoprazu. Liryki wybrane z lat 1986–1995. Warszawa, w październiku 1996 r. 

 

14. Jan P. Grabowski jest znanym już i cenionym w środowisku literackim poetą i prozaikiem, autorem nagradzanym na licznych konkursach, stale twórczo płodnym. W werdykcie jury olsztyńskiego konkursu poetyckiego „O Laur Liścia Akantu” (1995) przyznanie pierwszej nagrody umotywowano walorami „bogactwa poetyckiej wyobraźni”, umiejętnością „uchwycenia świata realnego w jego wymiarze codziennym i metafizycznym”. Zachwycała „uroda i harmonia przedstawionego świata” oraz „plastyczność języka poetyckiego”. Ta zwięzła i trafna ocena może odnosić się do wydawanych obok tomów prozy zbiorów wierszy; przypominam je w kolejności chronologicznej: Dotknięcie mroku (1981), Żółta poczekalnia (1984), Deszcz i płomień (1988), Łaska widzenia (1990), Wiersze wybrane (1991), Szkarłat i błękit (1994). Krytyk Jan Pieszczachowicz puentuje: „Zagubienie i samotność podmiotu lirycznego równoważy jego niemal mistyczny związek duchowy z otaczającą rzeczywistością i z wszechświatem”.

Wybór liryków z lat 1986-1995 Kolor chryzoprazu, podobnie jak wcześniejsze książki, cechują: nastrojowość, refleksyjność, harmonijna płynność poetyckiej frazy.    

Nastrój uduchowionego spokoju udziela się podczas lektury kolejnych wierszy. Sprawia estetyczną przyjemność, satysfakcję, wciąga w swoisty trans. Podmiot liryczny kreuje obrazy-sytuacje, w których kameralne bezpieczne miejsce nawiedzane jest przez światła i śpiew morskiej przestrzeni. Właśnie morze wyzwala i jako topos spaja wyobraźniowe konstrukcje. Używam świadomie słowa „konstrukcje”, gdyż wrażeniowa przestrzeń nie jest wizualno-przedmiotowa, a zdecydowanie abstrakcyjna.

Dzięki abstrakcyjnemu charakterowi liryka Jana P. Grabowskiego przeniknięta jest refleksyjnością, rządzącą się własną logiką emocjonalną. Przypływy fal emocyjnych sprzyjają metafizyce myśli. „Logikę” wynikania jednej sekwencji z drugiej nadają frazom spójniki „zatem”, „więc”, „dlatego”, „wówczas”, itp. itd.

Emocje i refleksje przenikają się wzajemnie, krzyżują nie do rozdzielenia w wrażliwej świadomości podmiotu. Oto zakończenie wiersza Zadziwiający maj:

 

Istnieję – zatem,

po doznaniu przeźroczystej granicy – i Tam,

gdzie bezszelestnie płynie rzeka świateł.

Idę więc po orzeźwiającej powierzchni blasku,

który z wolna nabiera – jak chryzopraz –

bladojabłkowozielonej barwy podwodnych jasności.

 

Jedną z myślowych obsesji, które nurtują podmiot, jest kompleks tymczasowości istnienia t u t a j. Intuicyjne przeświadczenie, jak doskonałe jest T a m, nakazuje tęsknić i marzyć. Przestrzeń T a m jest zwielokrotnioną światłością. Tutaj promienie słońca, blask księżyca są wciąż zagrożone przez ciemność. Tutaj trwa się w niepewności, światłocieniu, w ciągłym napięciu między nadzieją a zwątpieniem.   

Drugą obsesyjną opozycją jest ustawiczne dystansowanie się wobec miasta, przytłaczającego człowieka pośpiechem i hałasem. Wyprawy nad jezioro, zatokę, morze koją, przywracają spokój i równowagę. Serce zaczyna bić zgodnie z rytmem natury. W ustroni rodzą się strofy poetyckiej modlitwy do Pana wszelkiego stworzenia. W ustroni nabiera się sił i wiary jak wiatru w żagle dla koniecznego trwania.

Stanisław Nyczaj, Kreacje Jana P. Grabowskiego [rec.: Juan P. Grabowski, Kolor chryzoprazu, Pelplin 1997], „Świętokrzyski Kwartalnik Literacki”, 1997, nr 2 (2), s. 130–131.

 

15. Poeta jest tu tym, który zaprasza, by czytelnik poszedł za nim, jeśli – oczywiście – ma na to ochotę. A czyni to z całkowitą szczerością i może dlatego tak silna jest wymowa jego słowa. Jeśli więc pójdziemy za nim, poeta odsłoni przed nami świat jakby zaczarowany, w którym – prawie jak w bajce – zobaczymy „nową ziemię i nowe niebo” naznaczone pięknem spowitym w kolor chryzoprazu. I to jest niezwykłe. Bardzo rzadko zdarza się przecież odkrycie tak niezwykłej w przyrodzie barwy, a czytelnik patrząc na nią coraz bardziej doświadcza jasności, która silniejsza jest od ciemności. Doświadcza też spokoju emanującego z tej poezji.

Każdy więc, kto otrze się o atmosferę tego tomiku, będzie usiłował nauczyć się patrzenia oczyma autora na ukazany przez niego świat. Po dłuższej zaś wędrówce opisywany tutaj świat każdemu czytelnikowi wyda się dziełem jakby w chwilę po stworzeniu, światem nieskończonym, który sam w sobie jest wielkim poematem.

Idąc dalej, za myślą autora, odzyskuje się czystość spojrzenia i czystość serca, wartości, które – choć najbardziej cenne – współcześnie najczęściej gubimy. Poezja ta jest w pewnym sensie nietypowa, zwłaszcza, co do formy. Nie jest ona jednak pod żadnym względem naiwna i taka, która podążałaby za jakąkolwiek modą.

Jan P. Grabowski to rasowy poeta, o poetyckiej duszy i takim spojrzeniu. To także samotnik przed Bogiem. Jednak samotnik, który wie, od kogo otrzymał dar widzenia. I jeszcze jedno: umie być za ten dar wdzięczny. Wie też, że piękno i radość mogą być tylko tam, gdzie wśród ludzi jest Bóg.

Ks. dr Tomasz Czapiewski, recenzja wydawnicza liryk wybranych z lat 1986–1995 Jana P. Grabowskiego pt. Kolor chryzoprazu. Gdańsk-Oliwa, w lutym 1997 r.

 

16. Autor tomu zatytułowanego Kolor chryzoprazu. Liryki wybrane z lat 1986–1995 debiutował, jako literat dwadzieścia lat temu. W ciągu tych dwóch dekad jego twórczość, zarówno ta nieco wcześniejsza, a więc prozatorska, jak i poetycka ewoluowała. Lektura licznych publikacji, jakie ukazały się w tym czasie, w renomowanych czasopismach ogólnokrajowych, periodykach regionalnych, a także w wydawnictwach, pozwala mówić o własnym stylu wypowiedzi tego pisarza.

Kolejne arkusze i tomiki poetyckie Jan P. Grabowskiego, takie jak: Dotknięcie mroku (1981), Żółta poczekalnia (1984), Deszcz i płomień (1988), Łaska widzenia (1990), bibliofilskie Wiersze wybrane (1991), czy wreszcie Szkarłat i błękit. Wiersze religijne i metafizyczne (1994) potwierdzają, iż poeta ten ma nam do powiedzenia rzeczy istotne, czyni to w sposób oryginalny, artystycznie dojrzały oraz zajmujący.

Nie jest to poezja łatwa w odbiorze. Lektura wierszy, których treść oscyluje od ważnych zagadnień natury egzystencjalnej, ku metafizyce wymaga od odbiorcy nie tylko kultury literackiej, lecz także przygotowania intelektualnego.

Głęboka refleksja nad miejscem jednostki we wszechświecie, problematyka temporalna, eksperymenty z czasem, przestrzenią, podmiotem lirycznym, perfekcyjność w trudnej sztuce operowania nastrojem, wewnętrzny monolog kierowany ku Najwyższemu, próby przenikania granicy tego, co w swej tajemniczości niepoznawalne – oto niektóre tylko z elementów charakteryzujących warsztat poetycki, styl wypowiedzi oraz bogactwo tematyki liryków składających się na najnowszy tom wierszy Jana P. Grabowskiego.

Nie ulega wątpliwości, iż mamy i tym razem do czynienia z dokonaniem wybitnym. Twórczość tego poety nie wymaga rekomendacji. Dość wspomnieć o licznych nagrodach przyznawanych przez organizatorów konkursów, w których pisarz ten brał udział, o uznaniu, jakim cieszy się wśród krytyków. 

Prof. dr hab. Jerzy Samp, opinia wydawnicza dotycząca tomu wierszy Jana P. Grabowskiego Kolor chryzoprazu. Gdańsk, w lutym 1997 r.

 

17. Jan Piotr Grabowski obchodzący w 1997 roku 20–lecie[1]swojej twórczości literackiej zaproponował z tej okazji zbiór wyjątkowy Kolor chryzoprazu. Liryki wybrane z lat 1986–1995.

Wiersze zawarte w tym zbiorze to wydobywane z wnętrza duszy obrazy powstające w wyniku bardzo bogatych, emocjonalnych przeżyć, widzenie świata na granicy światła i cienia, w rozświetlonej kolorem przestrzeni.

Słowa-obrazy oddają tchnienie wiatru, zapach ciszy, ulotność chwil, które w takiej postaci pozostają w nas na zawsze. Bo:

 

Nikt ci żadną kradzieżą

nie odbierze tego,

co doznasz, co zobaczysz, co

weźmiesz w dłonie…

(Nikt ci żadną kradzieżą)

 

Liryki poświęcone bliskim przejmują swą prostotą, ubraną w pełne miłości i obaw słowa. Każdy z nas może w nich odnaleźć swoje dramaty, obawy i nadzieje wyrażone np. w pięknym wierszu poświęconym matce pt. Czyżby zwabiły cię bielą te pierwsze, grudniowe śniegi?

 

Jestem. I ty – także. Wprawdzie tak lekka

jak pióro kolibra. I jak gdyby

przywołana z… Nieskończoności. Przecież jesteś. 

I jakże to: tak po prostu, zwyczajnie mogłabyś mi umrzeć?

I czyżby cię bielą zwabiły

te pierwsze, grudniowe śniegi? 

 

Jeśli jednak przywołuje cię ta

mieniąca się, nieznana mi przestrzeń…

Niech by to była biel kwiatów z twojego ogrodu.

(Czyżby zwabiły cię bielą te pierwsze, grudniowe śniegi?)

 

W dzisiejszym, zagonionym świecie, gdzie nawet miłość wyrażana jest oszczędnie i pośpiesznie, a korespondencję z bliskimi załatwiamy przy pomocy faksu lub pocztówki autor przedstawia drzemiące przecież w niejednym z nas tęsknoty z jej dawnym, pełniejszym wyrażeniem:

 

Nikt teraz tak nie pisze.

Nikt teraz nie pisze listów o miłości.

I o tej, wciąż obecnej,

aż do wzruszenia pewności:

że nigdy…, że na pewno i… że mimo wszystko.

 (Nikt teraz nie pisze listów o miłości)

 

Wiersze Jana Piotra Grabowskiego odnoszą się często do spraw codziennych, lecz rytm słów, plastyka wiersza stwarzają obrazy pełne ekspresji i emocji:

 

Już jesień w powietrzu. Jesień.

Chmury ciągną z północy. Właśnie

nad Skandynawią zatrzymał się mroźny niż i

jego oddech czuć aż tu: w drzewach

jeszcze zielonych i giętko pochylających się w

pierwszej jesiennej wichurze.

 

A ludzie śpieszą się tak;

jakby kilka lub kilkanaście kilometrów

dalej czekało ich nowe,

wspanialsze życie, niż to,

które zostawiają w swoich mieszkaniach.

(Wrzesień: powietrzność)

 

Jan Piotr Grabowski jest poetą niezwykłym, umiejącym przekazać to, czego sami nieraz nie potrafimy w sobie odnaleźć: bogaty, barwny świat uczuć, wrażliwość na piękno otaczającego świata.

Zofia Gołub-Kowalska, Jan P. Grabowski – Poeta niezwykły. Gdańsk, grudzień 1997 r.

 

18. Ilu z nas posiadało łaskę radości? Piszę „łaskę”, bo nie chodzi mi o chwilowy wybuch, ale o radość, która trwa, ogarnia nas i wszystko wokół, sięgając bezmiaru czasu i przestrzeni. Do takiej radości, niespiesznej, dalekiej od gwałtowności wiosennej burzy, co porusza powietrze, dojrzewa się latami, albo… jest dana właśnie jak łaska. Nie wszyscy jednak jej doświadczają, stąd aktem najgłębiej ludzkim jest dzielenie się tym darem z innymi. Żałować należy, że dzisiaj tak rzadko możemy odnaleźć jej poetyckie świadectwa, chociaż już Jan z Czarnolasu powtarzał w swoich Pieśniach:

 

Nie porzucaj nadzieje,

Jakoć się kolwiek dzieje:

Bo nie już słońce ostatnie zachodzi,

A po złej chwili piękny dzień przychodzi.

(…)

Nic wiecznego na świecie:

Radość się z troską plecie,

A kiedy jedna weźmie moc nawiętszą,

Wtenczas masz ujźrzeć odmianę naprędszą.

 

W poezji polskiej przeważały raczej barwy ciemne, nastroje minorowe, a tonacja radosna była przyjmowana wręcz jako wyłom w tradycji. Dopiero twórczość ks. Jana Twardowskiego przyniosła zdecydowaną odmianę. Przypomnijmy, że pod piórem autora Znaków ufności nawet pełne uroczystej powagi, błagalne Suplikacje, uzyskały nowy wymiar: „Boże po stokroć święty, mocny i uśmiechnięty” – pisał poeta – „dzisiaj, gdy mi tak smutno i duszno, i ciemno – / uśmiechnij się nade mną”. Ks. Jan Twardowski pozostał poetą uśmiechniętego Chrystusa, stąd tak wiele radości w jego wierszach. „Jaka to radość” – czytamy w jednym z nich „pomagać / dźwigać / biec do chorego z wywieszonym językiem / własne serce nieść jak gorączkę / rozdawać…”. Radość ta w naturalny sposób przemienia się we wdzięczność, by przypomnieć jeden z piękniejszych wierszy, tak właśnie zatytułowany:

 

Jest taka wdzięczność kiedy chcesz dziękować

lecz przystajesz jak gapa bo nie widzisz komu

a przecież sam nie jesteś płacząc po kryjomu 

Niewidzialny jest z tobą co jak kasztan spada

(…)

jest taka wdzięczność kiedy chcesz dziękować

za to że niosą ciebie nieznane ramiona…

 

Poeta pytany skąd czerpie tę nieustającą radość odpowiada z prostotą, że z Ewangelii: „W Ewangelii jest mowa o umarłych, o ślepcach, trędowatych – a ostatecznie wszystko jest dobrą nowiną. Ewangelia nawet, kiedy opowiada o bankach, pieniądzach, beczkach oliwy, mówi o miłości”.

Kapłanowi, ktoś mógłby powiedzieć, łatwiej jest odnaleźć tę Bożą radość, na co dzień bowiem obcuje z Dobrą Nowiną. Ale – by jeszcze raz odwołać się do poezji ks. Twardowskiego – „Boga najłatwiej znajdziesz nie pisząc o Bogu”. Istotnie, kapłan-poeta, jak sam przyznaje, nie umie „o kościele pisać / o namiotach modlitwy znad mszy i ołtarzy”, chętniej zaś pisze o niesfornym wróblu, „co łaską zdumiony – / wpadł na zbitą głowę do święconej wody”.

Radość czerpiemy ze świata stworzonego, z dostrzegania tego, co piękne, dobre i tak różnorodne, że samo bogactwo form musi budzić nasz zachwyt. „Łaska radości” jest więc funkcją „łaski widzenia”, skoro zaś jedno i drugie jest łaską, nie jest nam gwarantowane. Rzadko o tym myślimy, dopiero obecność kogoś, kto został pozbawiony tych darów, uświadamia nam, że i nas to może spotkać.

Od dwudziestu lat te właśnie sprawy stanowią bodaj najważniejszy problem twórczości Jana P. Grabowskiego, który debiutował, jako poeta audycją poetycką pt. Dotknięcie mroku na antenie Polskiego Radia w Gdańsku. Niewielu odbiorców wiedziało, że są to bardzo osobiste wiersze. Jan P. Grabowski nie poddał się jednak, przeciwnie, wszystko, co go spotkało, przyjął, jako ważne doświadczenie, a powstające wiersze zdumiewały swoim sensualizmem, dalekim jednak od zmysłowości, rozedrgania emocjonalnego.

Znakomitym przykładem takiego właśnie wiersza jest Przystanek w błękicie

 

Cóż może być ważniejszego

prócz tych barw i woni,

gdy jadę pociągiem przez scenę jesieni?

Cóż może być bardziej radosnego i

zarazem wzniosłego – przez tę krótką chwilę –

gdy pociąg przystaje,

a najbliższe drzewa to jeden wielki świergot i

– wydaje się – jakby więcej na nich było ptaków, aniżeli gałęzi?

 

Wokół mnie szkarłatniejący wszechświat liści.

 

Jakże stąd blisko i

zarazem daleko do niewidzialnych granic przestrzeni.

Jakże stąd blisko do nieba.

(…)

Widzę tę przestrzeń,

która uśmierza ból i sprawia, że czuję

jak – wokół mnie – wibruje błękitny pył.

 

Wrażliwość na urodę świata sprawia, że autor potrafi doprawdy znakomicie zapisać w swojej poezji barwę, ruch, zapach, dźwięk, a nawet jakieś wewnętrzne wibracje, nie mniej istotne od tego, co rejestrują ludzkie zmysły. Wszystko to łączy się w jedną całość i trudno wyznaczyć granice poszczególnym zmysłom. Czytając Przystanek w błękicie nie potrafimy określić, który ze zmysłów ma największy udział w budowaniu świata poetyckiego. Zapach jesiennych liści „podpowiada” niejako ich kolor, świergot ptaków na drzewie określa ich liczbę, co tak pięknie zostało zapisane w wierszu: „wydaje się – jakby więcej na nich było ptaków, aniżeli gałęzi?”. To równie dobrze może być świat postrzegany, co zapamiętany. Na pewno zaś to, co widzialne, stanowi jedynie próg poznania, pozwala sięgnąć głębiej, w rejony ledwie przeczuwane, które symbolizuje w tym wierszu błękit.

Niemal expresis-verbis mówi o tym wiersz-modlitwa o wielce znaczącym tytule Łaska widzenia:

 

Dałeś mi Panie wszystko, co najlepsze.

Abym tutaj – na podobieństwo Twoje – istniał i

abym mógł doczekać

szczęśliwej godziny spotkania z Tobą.

 

Dałeś mi wzrok, abym mógł widzieć

obraz rzeczy stworzonych przez Ciebie.

Dałeś mi wzrok, abym w dalekich krajach i

w opromienionym widoku najbliższego wzgórza

mógł odszukiwać i utrwalać w sobie barwę

przemijających wrażeń.

(…)

Dałeś mi Panie łaskę widzenia.

Abym w słowach dostrzegał wszystko to,

czego nie ogarnia jasność światła.

(…)

Dałeś mi Panie łaskę widzenia,

abym próbował

– idąc na wskroś rozrastającego się mroku –

dotrzeć do Ciebie.

I abym mógł czekać na dotyk Twoich dłoni

przywracający Blask.

 

Jakże dyskretnie wyraża autor przekonanie, że nie tylko utracił coś ważnego, ale też i otrzymał – talent, pozwalający „w słowach dostrzegać wszystko to, / czego nie ogarnia jasność światła”. Słowo poetyckie sięga tajemnicy, pokonuje ograniczenia wzroku, jest więc głębszym widzeniem.

Lektura wierszy Jana P. Grabowskiego pozwala na jeszcze dalej idące wnioski. Szczególna wrażliwość słuchowa, rekompensująca niejako ograniczenia zmysłu wzroku, sprawia, że jego frazy poetyckie odznaczają się znakomitą konstrukcją i organizacją brzmieniową. Autor po mistrzowsku wykorzystuje melodię zdania, jakże różną od rytmiki klasycznej poezji. Wybrzmiałe do końca frazy czyta się z prawdziwym wzruszeniem i podziwem. Niewielu już dzisiaj potrafi tak panować nad zdaniem, nierzadko rozbudowanym, okresowym, odznaczającym się najczęściej zwolnioną linią melodyczną, pozwalającą czytelnikowi spokojnie podążać za wypowiedzią poetycką. Nigdy przy tym nie są to popisy retoryczne. Przeciwnie, zdumiewa naturalność tych zdań idąca w parze z ogromną urodą  języka, jak w wierszu Jeziora sztumskie:

 

Lubię przyjeżdżać do Sztumu,

gdzie pośród dwóch jezior rzucone miasteczko.

Dwie w nim ulice, kościoły dwa i mały rynek,

skąd wszędzie blisko. Nawet do… nieba.

(…)

 

Tak zapewne mógłby zaczynać się współczesny Pan Tadeusz, pisany już nie klasycznym trzynastozgłoskowcem, ale rozlewnymi, epickimi zdaniami, posiadającymi moc przemieniania w poezję najprostszych, codziennych zdarzeń.

Jednakże mimo niezwykłej sztuki pięknych zdań, nie strona językowa wysuwa się na plan pierwszy w poezji Jana P. Grabowskiego. To jedynie doskonałe narzędzia pozwalające autorowi mówić o swoich radościach i umiłowaniu piękna świata stworzonego. Jak wyznaje w wierszu Niezmienność, potrafi cały rok czekać „na taki dzień”, na „poranek w maju”. W innym wierszu pisze: „Ogarnia mnie radość, gdy przez hałas miasta / słyszę o świcie krople deszczu uderzające w parapet”. Wynotujmy inną jeszcze radość poety, utrwaloną w Zmysłowej gęstości cieni: „Iść. Iść pośród słońca, / co bez blasku, jedynie ciepłem / drogę wytycza. I jeśli nagle / jest chłodniej, to może znaczyć, / że drzewo – przed i ponad tobą  – / rozwija wibrację cieni. Drzewo –  ta radość wiosennego świata”.

Człowiek, który potrafi znaleźć tyle powodów do radości, a nawet ułożyć osobne hymny na cześć świata pełnego światła, ciepła, zieleni i niezliczonych barw kwitnących kwiatów, nie jest niewolnikiem żadnego ze swoich zmysłów. Charakterystyczne, że niektóre wiersze zostały zapisane w formie bezosobowej, która nie pozwala na żadną konkretyzację. Czytając np. Zielone święta nie możemy z całym przekonaniem powiedzieć, czy jest to li tylko projekcja pewnych konkretnych doświadczeń, czy hymn na cześć przeżytych wzruszeń:

 

Zanurzyć się wśród

kwitnących jabłoni, wiśni i grusz.

Zniknąć pod baldachimem ptasich świergotów.

Wszystko obramowane kwitnieniem,

gałęźmi zewsząd rozpinającymi się po

mokrym jeszcze od całonocnej ulewy niebie.

 

Zapomnieć chociaż na kilka chwil o tym,

co teraz dzieje się, trwa poza tą perspektywą zieleni.

(…)

 

Nie to jednak okazuje się najważniejsze. Urzeczeni siłą słowa poetyckiego łatwo odnajdujemy się w świecie Jana Piotra Grabowskiego, dzieląc jego zachwyt nad dziełem stworzonym i radość, że oto możemy sycić nasze zmysły przemijalnością świata; bez rozpaczy, że wszystko przemija, ale z podziwem dla tego, co zostało nam dane. Stojąc nad wodą powtórzmy za poetą: „Ach, wodo tak delikatna, / że można by cię bosą stopą przejść / wszerz i wzdłuż. / W uniesieniu największym. I zachwycie.” To początek modlitwy, nie do wody wszakże, ale to Tego, który dał nam radość zachwytu.

Waldemar Smaszcz, Liryki Jana P. Grabowskiego [rec.: Jan P. Grabowski, Kolor chryzoprazu, Pelplin 1997], „Gwiazda Morza”, 11 i 18 stycznia 1998, nr 1, s. 24.

 

19. Niepojęty jest świat i pełen tajemnic. A człowiek życie traci, aby go zrozumieć, poznać, odgadnąć. To trudne zadanie. Są tacy, którzy nigdy nie osiągną celu. Żyją, nie wiedząc i nie myśląc zbyt wiele. Ale są i tacy, którzy dotrą do tej Tajemnicy, a wtedy zechcą o tym opowiedzieć komuś drugiemu. To artyści. Jak pierwszy człowiek nazywają za każdym razem na nowo. Dar natchnienia, czyli widzenia głębiej i lepiej, pozwala składać zdania albo malować obrazy, aby i inni mogli zobaczyć i zrozumieć. Poeta mówi:

 

Jeśli zechcesz świat otworzysz,

nazwiesz barwą… popiołu lub jak chryzopraz:

jabłkowozieloną, zielonawobiałą…

(Nastroje)

 

Właśnie sztuka potrafi najlepiej opowiedzieć świat. Wystarczy zachwyt i natchnienie a już kreska na płótnie snuje barwną opowieść o miłości, czarny atrament notuje czyjś ból po utraconym szczęściu, a muzyka naśladuje spontaniczny śmiech dziecka. „…wystarczy dostrzec to, co dzieje się – niedostrzegalnie? – obok ciebie.” Bo poezja polega na uważnym przypatrywaniu się rzeczom. Wyraz „sztuka” można zresztą zastąpić słowem „uważność”, czyli: dostrzeganie tego, co zakryte dla innych. Nie, nie zakryte tylko trudno zauważalne. I na pewno nie dlatego, że opisywane przez artystę zjawiska należą do nietypowych, unikalnych, czy niedostępnych, ale paradoksalnie są właśnie powszechne, banalne i nikogo oprócz poety nie interesują. Dociera on do przedmiotów, znaków na niebie i ziemi, wydarzeń jak nikt inny. Obejmuje je swoją wrażliwością, przenika niecodziennym doznaniem, sprawia, że dotąd niezauważalne staja się dostrzegalne. Poeta wydobywa z tła, a słowa je uwieczniają.

Przy fontannie w Loreto w tamten pamiętny dzień musiało spacerować wiele osób. Jednak tylko ta mała dziewczynka, jej ojciec, matka zatrzymali się w tym miejscu:

 

Oto rodzice wraz z pięknie wystrojoną córeczką

do kościoła idą. Na placu – którędy ich droga wiedzie –

w fontannie pochylone gołębie kręgiem wodę piją.

Dziewczynka też chciałaby ugasić pragnienie.

Ojciec więc bierze ja w dłonie i tak unosi aby

– nie zamoczywszy nawet rąbka swej strojnej sukienki –

tylko ustami, jak gołąb dziobkiem, napiła się wody.

(Przy fontannie w Loreto)

 

Nawet poeta dziwi się niezwykłej kartotece swej pamięci, która sama dokonuje wyboru pewnych minionych chwil. Przecież wiersz pod tytułem Przy fontannie w Loreto „powinien” opisać plac, architekturę, fontannę. Służyć za przewodnik, detalicznie przedstawiając przestrzeń tak, aby czytelnik, który go nigdy ni widział, mógł odtworzyć w wyobraźni to miejsce. A tu dziewczynka… „Bo zazwyczaj w pamięci na zawsze zostają / tylko blaski świtów, lśnienia światła, czasami / nie istotne na pozór: gesty, rozmowy, zdarzenia”. Tak działa ludzka pamięć, ale tak przede wszystkim działa „uważność” poezji. Dla niej istotny staje się refleks na butelce, szpaki na gruszach, „barwa woni płynąca z daleka”. Drobiazgi, detale, cienie wydobywane z drugiego planu nabierają mocy. Zaczynają żyć własnym istnieniem, bo ktoś na nie zwrócił uwagę. Jan P. Grabowski woli je od monumentalnych niezwykłości tego świata tak jak woli codzienność od święta i przedmieścia od miasta:

 

Istniejemy więc również dzięki: blaskom, refleksom

światła na obrzeżach i krawędziach przedmiotów…

A także – doznaniom ponad i poza krańcami zmysłów.

I takim, nie wiedzieć czemu, zapamiętanym obrazom,

Które pojawiają się niespodzianie i… są razem z nami.

Dopóki – aż po granice wieczności – trwamy…

Niepostrzeżenie i dzień po dniu – w błękit się zanurzając.

(Przy fontannie w Loreto)

 

Pojawiają się więc w jego wierszach obrazy okolic gdańskiego osiedla Chełm, Oruni, ośnieżony las, upamiętnienie wielkanocnej sumy, ale także szklanka ze świeżo zaparzona herbatą, czyjeś zniekształcone odbicie, sójki (które „dają bezpłatny koncert”). Te nastrojowe utwory świadomie przedstawiają inne oblicze Gdańska. Zaskakująco nie jest to świat głośnych tramwajów i ludzkiego, bezimiennego tłumu. Nawet nie zabytkowych kamieniczek, czy słynnego Neptuna. To park toruński, przedmieścia, rzeka Radunia.

Nie tylko przyrodę czyni poeta bohaterem wierszy. Przywołuje też swoich najbliższych: syna, żonę, kilka utworów dedykuje innym bliskim mu ludziom. Niekiedy także próbuje… „wytłumaczyć się” z tego przedziwnego zajęcia, jakim jest pisanie.

Nad jednym wierszem jest motto – słowa Ryszarda Kapuścińskiego – „Sztuka podnosi nas w wymiar, który jest ponad nami”.

Ta myśl patronuje całej poezji Jana P. Grabowskiego. Bo sztuka należy do dwóch porządków: w niedoskonałym świecie sama jest doskonała. Operuje symbolem, metaforą, peryfrazą, paradoksem – w ten prosty sposób nazywa Nienazwane. Za pośrednictwem materii słowa, dźwięku, czy kreski dociera do innego wymiaru. Poeta wielokrotnie wspomina o Nieprzeniknionym i Nieodgadnionym. Nazywa Je również Niewiadomym, Niewyobrażalnym, Niepochwytnym. Poezja tropiąca i dokumentująca codzienność staje się nagle metafizyczna. Osoba opisująca „tę” rzeczywistość nieustannie przywołuje inny porządek. Otwieranie świata polega już nie tylko na zdobywaniu o nim wiedzy, ale także na odczytywaniu znaków-śladów Nieprzeniknionego „Stamtąd”. Nie ma, bowiem wątpliwości, że w poetyckiej krainie Jana P. Grabowskiego współ-istnieją obok siebie dwa światy. Ten jeden – materialny, w którego tworzeniu mamy swój udział, daje się opisać choćby fragmentarycznie. To on może być furtką do poszukiwania drugiego – transcendentnego, wyczuwalnego jedynie przez wrażliwą intuicję artysty, ale nigdy za życia nie poznanego, mimo że poszukujący – jeśli wierzyć poecie – także przynależy do obu przestrzeni. W jednej trwa. Druga jest mu przeznaczona.            

Nieprzeniknione chowa w sobie jeszcze jedną tajemnicę – Jego. Ani razu nie został nazwany po imieniu, choć to do niego skierowane są słowa:

 

Pozostawiam. Z każdym dniem pozostawiam…

życie. Pozostawiam

aby połączyć się z Tobą.

(Pozostawiam)

 

Smutno zaczyna się ten wiersz, ale tak naprawdę smutny nie jest. Podmiot liryczny w perspektywie Spotkania nie ma żalu za przemijaniem i pozostawieniem tej ziemi. Mimo piękna, jakie w sobie przechowuje świat i zachwytu, który wzbudza jest odczuwany jedynie jako zapowiedź lepszego. A jednak bez tego świata nie ma „Tam” i nie ma spotkania z Nim, bo najlepiej przybliża do Niego zwykły dzień:

 

Najbardziej cisza mnie do Ciebie przybliża

jeśli mnie słuchasz. I kiedy ja słucham Ciebie.

A także… zwykłe czynności: codzienne

rozmowy z synem, kiedy ze szkoły wraca.

I wtedy, gdy późnym wieczorem,

zmęczony, przyjeżdża z ostatniego treningu.

Bo zapewne można Cię chwalić i

coraz doskonalszym wykonaniem slow-foxa.

(Pozostawiam)

 

Ten sam motyw dwóch porządków pojawia się często w poezji Jana P. Grabowskiego. Znikomy człowiek, któremu z czasem pozostaje jedynie zdziwienie tym światem („Że jest? Że Tak właśnie jest?), jest tylko pozornie smutną istotą. Kiedy patrzy na wszelkie rzeczy, które giną, aby się powtórzyć, wie, że jemu dano inny kres. Choć Niewiadomy to koniec, czeka na niego z nadzieją.

Agnieszka Tomasik, Poezja, czyli wrażliwość. Recenzja tomu poezji Jana P. Grabowskiego pt. Slow-fox w chamois.  Sopot, 27 maja 1999 roku.

 

20. Przypadł mi dziś w udziale niewątpliwy zaszczyt przedstawienia Państwu poety – jak Go sama kiedyś nazwałam – „niezwykłego”, a także przygotowania Państwa do podróży przez pewien zaczarowany – chociaż wbrew pozorom znany Państwu – świat ukrywający się na kartach tomu Poezje wybrane.

Trudno jest mówić o twórcy – gdy ów znajduje się tuż obok. Jeszcze trudniej mówić o poezji w zwięzłych, prawie kronikarskich zdaniach, kiedy ma się do niej stosunek tak emocjonalny – jak ja!

Aby uporządkować natłok wrażeń – tytułem wstępu – parę informacji biograficznych dotyczących autora prezentowanego dzisiaj zbioru.

Jan P. Grabowski jest Gdańszczaninem. Gdańszczaninem z wyboru – bo urodził się w Malborku, ale na stałe zamieszkał w naszym mieście na początku 1982 r.

Na początku wspomniałam, że na Jego twórczość reaguję bardzo emocjonalnie, jestem po prostu nią zauroczona. Jak się okazuje – przemawia ona nie tylko do mnie – czego wyrazem mogą być liczne nagrody i wyróżnienia, jakie uzyskał autor za swą twórczość. Ponieważ dokładne ich wyliczenie zajęło by pewnie z połowę naszego wieczoru – ograniczę się do przypomnienia niektórych dokonań pisarza.

I tak, po debiucie prozatorskim w grudniu 1977 r. w tygodniku „Literatura” w Warszawie (było to opowiadanie pt. Jak szukanie śladów ptaka w powietrzu albo dróg ryby w wodzie) już w marcu 1978 r. zadebiutował w Redakcji Literackiej Rozgłośni Gdańskiej Polskiego Radia programem poetyckim Dotknięcie mroku. Jako, że nagradzanych w konkursach literackich opowiadań przybywało – konsekwencją był debiut książkowy, który nastąpił w roku 1979 – w postaci tomu prozy pt. Zabójstwo Ahuramazdy. Z kolei nagradzane na konkursach ogólnopolskich wiersze – wydane zostały w pierwszym tomie poetyckim – Dotknięcie mroku w roku 1981.

W kolejnych latach sukcesywnie ukazywały się następne wydania książkowe utworów Jana P. Grabowskiego – m. in. Żółta poczekalnia, Deszcz i płomień, Łaska widzenia, bibliofilskie wydanie Wierszy wybranych, Strefa nocy, antologia Nie odkładaj Panie słuchawki z nagrodzonym na II Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. ks. Jerzego Popiełuszki utworem pt. Po…, czyli opowiadanie metafizyczne.

W 1997 r. dzięki przede wszystkim zmarłej niedawno, byłej Prezydent Gdyni Pani Franciszce Cegielskiej została wydana szczególnie mi bliska książka pt. Kolor chryzoprazu. Zawierała ona wyróżnione i nagrodzone w licznych konkursach literackich wiersze. Te konkursy to m. in.: XII Ogólnopolski Konkurs Poetycki w Poznaniu, VIII Ogólnopolski Konkurs im. Józefa I. Kraszewskiego w Białej Podlaskiej, III Ogólnopolski Konkurs Poezji „Piękno Pogórza” w Tarnowie (autor zdobył w nim zresztą zwycięski „Laur Pogórza”), XXXVII Ogólnopolski Konkurs Poetycki w Łodzi, Ogólnopolski Konkurs Poetycki o Laur Liścia Akantu (w 1995 r. Jan P. Grabowski wygrał ten konkurs) i jeszcze wiele innych.

Kolor chryzoprazu stanowił ukoronowanie 20–lecia twórczości poetyckiej Jana P. Grabowskiego i z tej okazji autor uhonorowany został Nagrodą Prezydenta Miasta Gdańska, a sama książka otrzymała logo 1000–lecia od Komitetu Organizacyjnego Obchodów Tysiąclecia Miasta Gdańska.

Kolejne nagrodzone i wyróżnione w licznych konkursach utwory ukazały się w roku 1999 w tomie Światło popielate.

I tym sposobem dotarliśmy do książki, którą przedstawić chcemy Państwu dzisiaj: Poezje wybrane – ukazujące pełen wachlarz poezji tworzonej przez Pana Jana P. Grabowskiego w latach 1977–2000.

Pewnie zauważyliście Państwo, że zjada mnie trema, ale muszę nadmienić, że promocje poprzednich książek Pana Grabowskiego prowadziły takie znakomitości świata kulturalnego, jak: redaktor Hanna Maria Giza (poezje autora czytał wówczas aktor Teatru Ateneum w Warszawie, Jerzy Kamas), Regina Witkowska, czy dyrektor Teatru Miejskiego w Gdyni Krzysztof Wójcicki, a lista recenzentów jego twórczości jest doprawdy jeszcze bardziej imponująca.

Na początku swego wystąpienia wspomniałam, że nazwałam kiedyś Jana P. Grabowskiego „poetą niezwykłym”. Otóż posiada on według mnie niezwykłą wprost umiejętność uchwycenia tego, co wszyscy widzimy, ale większość z nas nie dostrzega! To tylko pozorna sprzeczność, co chciałabym wykazać np. na podstawie wiersza pt. Tamten wczesny krajobraz:

 

Przez dziurawe niebo parku

gorące promienie słońca

spadają snopami w cień

wzniecając dźwięczący kurz os

i błękitnych motyli.

 

Cień krąży: zielonogęsty,

otacza zakolem drzewa,

faluje miękką wonią,

zmienia się w jasny obłok

trafiony promieniem.

 

Często spacerujemy latem pod drzewami – właściwie pod zielonym baldachimem drzew – gdzie prześwitują spośród liści promienie słoneczne. Szukając ochłody przed skwarem przemieszczamy się wraz z przesuwającym się cieniem. Ilu z nas zauważy, że wpadające przez dziurawy, zielony dach (czy też niebo) promienie tworzą rozświetlony snop do złudzenia przypominający ten złożony i postawiony ze skrzętnie zebranych z pola zbóż? Ilu z nas ujrzy potrzebny, lecz wcale nie stateczny cień, który faluje, ożywa pod wpływem tchnienia wiatru i tańczy, krąży wokół pnia jak ubrana w miękką sukienkę tancerka…?

Dzięki poecie zauważymy nie tylko to, co do tej pory mijaliśmy bez uwagi, pomimo wpadającej w oko urody. Oto umie on każdej rzeczy i zjawisku nadać swoistą rangę wyjątkowości i piękna. Na przykład – listopad… Nam kojarzy się zazwyczaj z szarością, zimnem, smutkiem. A przecież – Listopad. Gdańsk. Ulica Długa:

 

Pięknie tu, bo pusto.

Tylko kilku przechodniów zakłóca

swoją przypadkową i zziębniętą obecnością

majestat południowej godziny.

 

Ziąb. Znad zatoki dmie wiatr północny

wlokąc ciężkie chmury. Z deszczem i śniegiem.

Wówczas nagle ciemność się staje i miasto znika 

w gęstej zadymce. Ale mrok szybko odpływa.

Przejaśnia się, a na ścianach pojawia… ukośny blask słońca.

(…)

Pięknie tu, lecz pusto. Smutek? Ogarnia? 

Nic podobnego. Raczej… zastanowienie

nad umykającym czasem. I zdziwienie. I zachwyt

nad przemieniającą się tu świata postacią.

 

Ta zdolność zatrzymania ulotności chwili, uchwycenia plamy światła – nawet w szarości – to jedna z istotnych cech poezji Jana P. Grabowskiego. Słowa-obrazy oddają wielkość natury w jej nieskończenie wielobarwnym bogactwie. Operowanie paletą barw pozwala na oddanie tchnienia wiatru, zapachu ciszy, tajemnicy wszechświata. Prawie w każdym wierszu spotkacie Państwo kolor, często jest to świat na granicy światła i cienia, półtonów i odcieni, a również – oślepiający barwny błysk. Poznacie:

 

– pomarańczowo błyszczący horyzont,

– ametystowo ciemniejące powietrze,

– szkarłatniejący wszechświat liści,

– pełnię lata w złotym lub zielonym kolorze,

– krajobraz czerwieniejących buków,

– świetlne refleksy słońca na skrzydłach samolotów,

– niebo w szafirach i srebrach,

– nefrytowy kolor wody.

 

A czy pamiętacie Państwo jak w wierszu pt. Niewypowiedziane jest piękno jesieni:

 

Niewypowiedziane jest piękno jesieni

ukazującej prawdziwe oblicze świata. Obfitość

owoców u zarania: złotopurpurowych, pełnych światła

i delikatnego półcienia. Ciążących ku ziemi

– jak wszystko, co żyje – poprzez szkarłat obłoków,

liści, powietrza, przestrzeni…

 

Nam wszystko to nie raz trzeba pokazać. Autor Poezji wybranych zauważa to instynktownie! Zdolność „zauważania” jest u niego tak naturalna jak oddychanie, potrzeba snu, ranne wstawanie, jak – po prostu – życie. Talent ten odczuwa jak cud, który został mu dany – być może po to, by dzielić się z innymi, być może po to, by dostrzec to, co pozornie niewidzialne. Pisze zresztą o tym w pięknym wierszu pt. Łaska widzenia:

 

Dałeś mi Panie wszystko, co najlepsze.

Abym tutaj – na podobieństwo Twoje – istniał i

abym mógł doczekać

szczęśliwej godziny spotkania z Tobą.

(…)

 

Dałeś mi Panie łaskę widzenia.

Abym w słowach dostrzegł wszystko to,

czego nie ogarnia jasność światła. 

 

To są „widzenia” poetyckie. Jan P. Grabowski oprócz „widzeń” przypomina nam także prawdę oczywistą, jak np. w wierszu pt. Nikt ci żadną kradzieżą:

 

Nikt ci żadną kradzieżą

nie odbierze tego,

co doznasz: co zobaczysz, co

weźmiesz w dłonie…

 

Większość z nas posiada pięć zmysłów, lecz tylko nieliczni – jak poeci, szóstym zmysłem – czują „dotyk nocy”, czują „obecność Niewidzialnego”, a małość człowieka wobec Tajemnicy stworzenia i bogactwo jego przeżyć porównują np. do obrazu „kolibra roztrzepotanego na tle nieba białego”. Czy odczuwacie Państwo? Majestat bieli, a na jej tle maleńki, lecz wielobarwny, ruchliwy koliber… Wielobarwny i ruchliwy – zupełnie jak rodzaj ludzki na tle Nieskończoności.

W jednej z recenzji prof. Jerzy Samp stwierdził, że (cytuję): „Nie jest to poezja łatwa w odbiorze. Lektura wierszy, których treść oscyluje od ważnych zagadnień natury egzystencjalnej ku metafizyce wymaga od odbiorcy nie tylko kultury literackiej, lecz także przygotowania intelektualnego”.

Pozwolę sobie nie zgodzić się z tą opinią pana profesora. Otóż bardzo często poezja Jana P. Grabowskiego zawiera treści, które bliskie są i zrozumiałe dla każdego człowieka, bez względu na jego literackie przygotowanie.

Mam dorastającego syna. Obserwując to jego dorastanie przeżywam – jak każdy rodzic – obawy i nadzieje, dumę i lęki. Szczególnie charakterystyczne teraz, w otaczającej nas często drapieżnej rzeczywistości. I oto czytam w wierszu pt. Slow-fox w chamois:

 

Nie ma nic

wspanialszego,

kiedy obok ciebie przystaje

z dnia na dzień coraz bardziej dorosły.

(…)

Jeszcze jesteś dla niego alfą i omegą.

Ale już sam coraz częściej rozumie i wie,

na czym polega zdarzający się tylko ten jeden,

jedyny raz – niepowtarzalnie – czas dojrzewania.

 

Wszystkie liryki poświęcone bliskim, jakie znajdziecie Państwo w Poezjach wybranych przejmują wręcz prostotą, chociaż ubraną w pełne miłości i obaw słowa, a każdy z nas może w nich odnaleźć swoje dramaty, obawy i nadzieje. My, którzy nie jesteśmy poetami, nie potrafimy tak o nich mówić.

Jan P. Grabowski – poeta niezwykły. Kto tak jak on odda zapach i smak papierówki z przydomowego ogrodu, wychwyci wśród jazgotu i hałasu miasta  – szum zatoki, poszuka z nami ciszy, zachwyci się srebrzystym śladem umykającej w jeziorną toń ryby, pokłoni srebrnym świerkom i szarym gdańskim ulicom? Kto tak jak on oswoi nasze codzienne lęki: zarówno te zwykłe, związane ze smutkiem codziennej egzystencji, obojętności ludzkiej, choroby, jak i te związane z odejściem w… Bezmiar?

Poezja Jana P. Grabowskiego znana jest doskonale znawcom literatury, ale także np. czytelnikom przychodzącym do placówek Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Gdańsku.

Polecam Państwu gorąco prezentowany dzisiaj zbiór pt. Poezje wybrane. Niech przemówi do Państwa tak głęboko, jak przemówił do mnie.

Zofia Gołub-Kowalska, słowo wstępne wygłoszone podczas promocji książki pt. Poezje wybrane Jana P. Grabowskiego.

(Dnia 24 listopada 2000 r., o godz. 18.00 – piątek – w Sali Koncertowej Zespołu Muzyki Dawnej Cappella Gedanensis w Gdańsku. Oprawa muzyczna promocji: Kwartet Smyczkowy Cappelli Gedanensis. Wiersze recytowali: Halina Winiarska i Jerzy Kiszkis z Teatru „Wybrzeże” w Gdańsku).

 

21. Wiersze Jana P. Grabowskiego przełamują awangardową tradycję oszczędności słowa, bliższe im jest Miłoszowe „poszukiwanie formy bardziej pojemnej”. Toteż niektóre utwory są opowieściami, autor utrwala w nich zdarzenia, a także językowy koloryt minionego świata kresowego.

Najbardziej swoistą cechą widzenia świata przez autora jest bardzo żywe odczuwanie przyrody. Nadejście niżu atmosferycznego, nowa cyrkulacja powietrza – to w tej poezji ważne zdarzenia. Zmienność pór roku, pogoda, wiatr, światło, przestrzeń (otwarta lub zamknięta) – to dla Jana P. Grabowskiego najbardziej realne wymiary istnienia, niedostrzegalne przez innych. Autor to zauważa (por. wiersz Majowe impresje Anno Domini 1993) i świadomie przeciwstawia się obojętności wobec przyrody, niedostrzeganiu jej. Co więcej, można nawet powiedzieć, że cała filozofia dwudziestowieczna przyjmuje tezę o zasadniczej obcości między człowiekiem a naturą, doszukuje się między nimi bariery niewyrażalności, podkreśla kulturowość wszystkich kategorii ludzkiego rozumienia. Ta poezja może im przeciwstawić jedynie (i aż) własne odczuwanie tak intensywne, że staje się ono wyrazistym świadectwem jedności.

Inną ważną cechą poezji Jana P. Grabowskiego jest jej rytmiczny tok, czasami świadomie hamowany wielokropkiem, zróżnicowane, czasami kapryśne modulacje intonacyjne.

Uważam, że tom Jan P. Grabowskiego pokazuje ciekawą, w pełni ukształtowaną i oryginalną indywidualność poetycką.

dr Anna Nasiłowska, recenzja wydawnicza tomu poezji Jana P. Grabowskiego Srebrne adagio. Warszawa, 24 maja 2002 r.

 

22. Sonata obojowa składa się z wyboru liryków – wierszy autora z lat 2000-2002 oraz swoistego poematu prozą, czteroepizodycznego opowiadania Kwartet malborski.

Wybór liryków Jana P. Grabowskiego dotyka najgłębszych warstw duchowego i materialnego wymiaru życia ludzkiego. Bohater liryczny zarówno wierszy jak i opowiadania intensywnie poszukuje sensu istnienia, można wręcz powiedzieć, żyje pasją odkrywania niepowtarzalności świata i własnego jestestwa, piękna przyrody, zgłębiania tajemnic eschatologicznych.

W wierszach Jana P. Grabowskiego przyroda jest źródłem refleksji o kruchości i przemijalności życia ziemskiego, wszechobecności klimatów metafizycznych. Natura jest także osobliwą grzybnią miłości bohatera lirycznego do Boga. Z rozważań moralnych, splecionych z myślami o wyjątkowości natury, jej nieuchwytnym pięknie, buduje własną filozofię kontemplacji, która, tak jak to ujął Orygenes, „wzbudza w duszy miłość do spraw niebieskich i pożądanie spraw Bożych”.

Opowiadanie liryczne Kwartet malborski jest prozatorskim dopełnieniem poetyckich poszukiwań autora. Czas akcji całości – od wieczora i nocy po popołudnie i zmierzch – jest metaforycznym odzwierciedleniem stale powtarzającego się cyklu życia, ale także przekonania narratora, że każdego dnia rodzimy się od nowa. Główny bohater Kajetan, głęboko świadomy fenomenu egzystencji, dojmująco odczuwa własny kosmos – od przydomowego ogrodu, poprzez gwiazdy, do nieskończoności – Niewypowiedzianego, Tajemnicy.

Nadwrażliwy, „jedwabny” bohater, doświadczający onirycznych spotkań i prowadzący bogate życie wewnętrzne, uosabia metafizycznego ogrodnika, piastuna istnienia. Jest człowiekiem, który chce przede wszystkim „być”, ustawicznie zadziwiać się światem, odnajdywać drogi do Wieczności. Zdaje sobie sprawę, że jest tylko małą cząstką wielkiej przyrody, ale jednocześnie czuje niezwykłą siłę tkwiącą w zdolności odczuwania i opisywania tego świata.

Utwory pomieszczone w Sonacie obojowej są godne publikacji. Czytelnicy w wyborze liryków Jana P. Grabowskiego znajdą literaturę prawdziwie piękną.

Stanisław Janke, recenzja wydawnicza książki Jana P. Grabowskiego pt. Sonata obojowa. Wybór liryków.  Gdańsk, 2002 r.

 

23. Gdański poeta Jan P. Grabowski będzie obchodził 25-lecie pracy twórczej. Poznałam go przed ośmiu laty na zebraniu redakcji pewnego czasopisma. Podczas przypadkowej rozmowy podarował mi tom swoich wierszy religijnych i metafizycznych, pt. Szkarłat i błękit. Prawdą jest, że w domu czytałam go do bardzo późnej nocy, a potem jeszcze wiele razy przy jego lekturze przejeżdżałam przystanki, nie zauważałam, że tramwaj dojechał do końca swojej trasy.

 

Nie do końca wiem, czym jest świat.

To – nade wszystko – zmysły

uświadamiają mi jego istnienie

teraz: między przeszłością, a przyszłością.

(…)

Nie do końca wiem, czym jest to wzgórze i

co jeszcze ponad nim? Czy tylko łuna świateł? 

Czy nagły Blask? Czy – może tylko chłód

oczekiwania i z wolna dopalające się życie?

(Nie do końca wiem

 

Za chwilę jednak przytomniejemy wobec oczywistości stwierdzenia:

           

Nikt ci żadną kradzieżą

nie odbierze tego,

co doznasz: co zobaczysz, co

weźmiesz w dłonie… Świat nie

umiera, kiedy ty umierasz.

Świat nie zanika, gdy zamykasz oczy albo

kiedy tracisz wzrok. Świat wciąż istnieje

i –  w zupełności –

może obejść się ciebie, ale nie

ty bez świata.

(Nikt ci żadną kradzieżą)

 

Znamienne jest też zakończenie tego wiersza: 

 

I czymże byłbyś gdyby nie twój syn i

tych kilkoro jeszcze innych ludzi?

Co razem z tobą – poprzez codzienną,

cudowną udrękę życia – wybrało się w tę podróż

– bez powrotu, przed siebie – drogą pod gwiazdami.

 

Nie podlegającą wątpieniu jest siła sprawcza – Bóg obecny i przytomny wszystkim zdarzeniom. Bóg, który jest spokojem i mądrością, z którym nie trzeba się spierać, Bóg, który jest.

 

Przestąp tylko tę granicę o

niewidzialny, a przecież widoczny

we wszelkim, ziemskim tu istnieniu.

 

Ja nie potrzebuję dowodu na Twoją

tutaj dotykaną obecność.

(…)

Ja zanim na zawsze milczeniem

zostanę tutaj jeszcze być może zdążę

zapisać kilka słów o Tobie i

o wszelkim stworzeniu świata tego.

(…)

Przecież wiem – to jedno wiem na pewno –

że wierząc nie będę tutaj nigdy sam i

tylko gdzieś na skraju drogi…

(Modlitwa)

           

Bóg, Jego obecność i boska relacja między Stwórcą, stworzeniem, istnieniem, zjawiskami, odczytywana jest we wszystkich dziełach pańskich, jak w pieśni trzech młodzieńców z Księgi Daniela. Tam człowiek zwraca się do całej przyrody, by błogosławiła Pana. W tej poezji człowiek czuje się wywyższony światami i przedpołudniami i… samym widokiem kwitnącego rzepaku. Przywoływane obrazy przyrody jawią się jako fenomeny żywotności, urzekającego ogniska, niepojętego piękna, w którym człowiek, jako obdarowany zmysłami i możliwością doznań może przyjąć udział.

 

Wystarczy schylić się w trawie

a zatopi nas woń ziemi oddychającej

wszystkimi kształtami i barwami kwiatów.

Wszystkimi zwierzętami, które wydają niesłyszalne dźwięki.

I wszystkimi podziemnymi wodami

jak ledwo wyczuwalne tętno

oplatające ten zanikający kraj mojej tęsknoty.

(W twoich źrenicach widzę tęsknotę i wiarę)

 

Lub, zamknąwszy wprost oczy, pogrążyć się w zmysłowej gęstości cieni.

 

Iść. Iść pośród Słońca,

co bez blasku, jedynie ciepłem

drogę wytycza. I jeśli nagle

jest chłodniej, to może znaczyć,

że drzewo – przed i ponad tobą –

rozwija wibrację cieni. Drzewo

ta radość wiosennego świata.

(Zmysłowa gęstość cieni)

 

Podróż pociągiem jest lotem „na wskroś spurpurowiałych liści”, „a najbliższe drzewa to jeden wielki świergot i – wydaje się – jakby więcej na nich było ptaków, aniżeli gałęzi?”. Są też drzewa świadkami przeszłości:

 

Jak – zatem – czujesz się tu,

wśród tych drzew,

gdy wokół tyle szumiącej przeszłości?

Te świerki sadziły

ręce już od przeszło stu lat

wyprzejrzyściałe

jak pamięć o Tamtych czasach…

(Zielona planeta)

 

Cud życia, które „jak szelest jedwabiu” jest umykające, cud istnienia drzew, traw, fakt światła i cieni, piękna i mądrości istnień zaklętych w turmalinach, agatach i chryzoprazach, skale barw, dźwięków i ciszy jest tworzywem tej poezji.

Gdybym miała sądzić o Janie P. Grabowskim po jego wierszach, powiedziałabym, że wiedzie interesujące życie arystokraty zajmującego się notowaniem wrażeń i myśli. Że czas upływa mu na spacerach, przeżywa epizody nad jeziorami, spieszy właśnie nad Brodno Wielkie na spotkanie z Panną Jeziorną. Wraz z przyjacielem śledzi kompozycje gwiazdozbiorów, z dala od miasta, by jego poświata nie zakłócała kontrastu z ciemnością, rankiem zatrzymuje się pod przelatującymi właśnie Lirydami: „Może – aby zaczekać na meteory – nawet wcale nie kładłbym się spać?”.

A potem siada na półpiętrze, w zamyśleniu i pisze wiersze zatrzymując się na pięknych pytaniach:

 

Cóż, zatem – na co dzień – pozostaje? Czy tylko… świt?

Ach świt – rozpromieniony październikiem.

A więc przed nami jeszcze jeden dzień.

A zatem aż tyle godzin tu jeszcze można być,

oddychać, podziwiać – przemijający – obraz świata?

(Za kilka dni

 

Teresa Pałejko, Kim jestem? – Może jednak, czymś więcej, niż jesienniejącym liściem?. Artykuł okolicznościowy wydrukowany w Gdańskim Dwutygodniku Katolickim „Gwiazda Morza”. Sopot, nr 11 z 26 maja i 2 czerwca 2002 r.

 

24. Gdy czytam słowa Jana P. Grabowskiego „Nadzieja: optymistyczna projekcja w obszar nieznany: w czas przyszły” – nie sposób uwierzyć, że młody, gdański poeta już wkrótce zamknie pewien obszar czasu przeszłego, obchodzić będzie 25 rocznicę pracy twórczej. Debiutował jako prozaik 1 grudnia 1977 roku w tygodniku „Literatura” w Warszawie opowiadaniem pt. Jak szukanie śladów ptaka w powietrzu, albo dróg ryby w wodzie.

Spełniają się słowa Księgi Hioba: „Czas leci jak tkackie czółenko… dni me jak powiew… jak obłok przelecą i znikną”. Dni przelecą i znikną. Czy „zatem wszystko – niedostrzegalnie – przeistacza się w przeszłość?” – pyta sam siebie poeta. „I wtedy nagle uświadamiasz sobie swoją – tu i na zawsze – nietrwałą obecność”. Nic, więc dziwnego, że chce, że pragnie „Wrócić raz jeszcze w ten czas kwitnienia drzew. W ten czas końca kwietnia lub maja, kiedy wszystkie gałęzie ogarnia biel kwiatów”.

Ciągłych powrotów w czas kwitnienia drzew pragną także liczni i wierni czytelnicy Jana P. Grabowskiego.

I nie zawiodą się w swej optymistycznej projekcji w obszar nie znany.

Wybitny poeta przygotował na czas jubileuszu porywającą sonatę, w której wzywa: „Chodź, pójdź za mną, zostaw duszną klatkę swojego mieszkania. W nim Niespotykane już się nie wydarzy. Jeszcze raz, co najwyżej w okno jasne spojrzysz, aby odnaleźć tutaj – swoje, stąd –marzenia”.

Jubileuszowa Sonata obojowa, muzyczna i nostalgiczna, elegijna i dynamiczna – składa się z dwóch części. Część pierwsza obejmuje liryki z lat 2000–2002: Adagio na obój, Nic: tylko życie i W świetle jasnoturkusowym. Część druga to Kwartet malborski.

W otwierającym książkę Dyptyku zimowym z G. Ph. Telemannem poeta pyta: „Gdzież to zawędrowaliśmy? Gdzie jesteśmy? Nikt nie wie? Może tylko On, który nas tu przywiódł, aby – właśnie nam? – jeszcze raz pokazać… że jest”. Pytanie to nie pozostaje bez odpowiedzi. Ma ono swe głębokie, egzystencjalne uzasadnienie. Bo właśnie „kiedy przez śnieżne lasy z wędrówki wracamy na słonecznym oboju gra dla nas południe. Telemann wraz z nim na drugim oboju. A Tytus – na skrzydłach uniesienia – na oboju trzecim. Bo to jest koncert dla Pana pisany. Na Jego chwałę, a dla nas – na radość, na zachwyt nad światem”. Ta chwała i ten zachwyt wyraża się w oceanie kwitnienia, w zieloności wiosny, w świeżości poranka przestronnego świtu, w szafirze mgły, w strzelistych wieżach Bazyliki Najświętszej Marii Panny w Gdańsku i w epizodach znad jeziora Białego na Kaszubach, bo „nad jeziorem lato na dłużej się zatrzymuje”.

Nic więc dziwnego w prostym i wspaniałym odkryciu: „Wywyższasz nas, Panie, świtami. Przedpołudniami nas także wywyższasz. Świtami, gdy dążąc do celu jedziemy przed siebie krętymi i wąskimi drogami”.

Choć niestety: „Jakże niepostrzeżenie ta podróż mija. I tylko niekiedy uzmysławiamy sobie jak już blisko jesteśmy Nieskończoności”.

I wtedy wraz z poetą pytamy: „I cóż po nas, śmiertelnych, tu zostanie? Ciało, które wnet w garstkę prochu się obróci? Czy może nieco więcej?” Tak, zostanie znacznie więcej, bo: „W Wieczności, zatem nieustannie przebywamy, gdzie wspaniałości świata tego dotąd niewyczerpane, nieodkryte…”.

Dlatego też wyznaje autor: „Chwalę Cię – Niewidzialny? – Panie w tym świecie widzialnym, który staram się rozpoznać i ogarnąć całym sobą: takim, jakim mnie stworzyłeś i każdego dnia – po przebudzeniu – powołujesz do istnienia. Staram się Ciebie ogarnąć swoimi uczuciami i doznaniami na jakie mnie jeszcze stać”. Bo przecież: „Panie, tyle tu Ciebie – nagle – tym porankiem, od krańca do krańca  widnokręgu”.

Optymistyczną projekcją w obszar nie znany będzie więc spojrzenie poza wieczorne okno, wszechświat jasnoturkusowy, najbliższa osoba, której nikt nie może zabrać, prawie niedostrzegalne „teraz” i nadmiar światła, blasku, dnia.

A zatem otwarte pozostaje kończące cykl liryków pytanie: „Cóż pozostaje za wymykającą się prawdą świata? Cóż pozostaje oprócz rozmów… może przybliżających nas do Tajemnicy?”.

Odpowiedź na nie musimy znaleźć sami.

Kwartet malborski, pisany prozą, prowadzi nas do małej ojczyzny lat młodości autora. W najprawdziwszej ciszy, gdy „nie słychać ani odrzutowców rozdzierających gwiezdny pył, ani dalekiego poszczekiwania psów, ani świerszczy, ani nawet wróbli gnieżdżących się pod dachówkami” rodzi się myśl, że „w gruncie rzeczy najważniejsze jest zawsze i wszędzie zachować siebie”.

I łatwiej to chyba zachować w Malborku, gdyż „wszelki chaos i zamęt biorą się z wielkich miast, gdzie ludzie żyją w przypadkowym i bliskim sąsiedztwie”.

Wszystkie, bowiem krajobrazy i widoki, wszystko czego doświadczamy mieści się „jak gdyby zaledwie w trzech wymiarach wobec niemal wirtualnej rzeczywistości” w rozległym malborskim „hortus deliciarum”.

Tu, w cieniu zamkowej wieży, łatwiej odpowiedzieć na pytanie: „Czy, wobec tego, warto tu aż tak się szarpać, tracić czas i życie na jakieś ziemskie sprawy? Stamtąd, z perspektywy gwiazd, czymże jest nasze życie? I czegóż tu się bać? I na cóż zastanawiać się: co będzie potem? Po…”

Tym bardziej, że „Gdybyż te wszystkie drzewa, ptaki na nich i wśród nich, gdybyż te wiatry nadciągające z nieodległego lasu i gdybyż to niebo ponad ogrodami, ponad sadami tak niekiedy bliskie, że wszędzie obecne, gdybyż to wszystko mogło przemówić, ileż wówczas można by usłyszeć, o iluż zdarzeniach można by się dowiedzieć, ileż dostrzec rzeczy i zjawisk na pozór, i na co dzień, niedostrzegalnych?”.

Na szczęście dzięki Jubilatowi one przemawiają. Co więcej, do każdego z nas przemawia… nasz własny Malbork. „A każdy dzień, każde zdarzenie, nawet ta opowieść o Weronice potwierdza: że coraz większy jest obszar, który już przemienił się w Wieczność”.

Wyjątkowym przeżyciem jest lektura nowego tomu Jana P. Grabowskiego. Jest to lektura fascynująca i porywająca. Warto do niej wracać.

Ks. infułat Stanisław Bogdanowicz, Słowo wstępne do książki Jana P. Grabowskiego pt. Sonata obojowa. Wybór liryków. Gdańsk, 6 czerwca 2002 r.

 

25. We współczesnej poezji można zaobserwować wiele nurtów, ale jedno wydaje się przeważać: generalne odejście od rymu i rytmu, od śpiewności i muzyczności, od subtelnej nastrojowości wiersza. Podobnie jak we współczesnej plastyce czy architekturze, czasem nawet muzyce, pokrywa się nierzadko brak talentu skłonnością do szokowania brutalnością wypowiedzi, dziwacznością, erotyką, która ociera się o pornografię.

Na tym nieco mętnym tle jaśnieją nieliczne gwiazdy pierwszej wielkości, prawdziwi poeci, którzy nie muszą szokować, żeby zaistnieć, bo umieją połączyć piękną formę ze wzruszającą treścią – którzy po prostu mają coś do powiedzenia.

Nie potrafię stwierdzić, czy Jan P. Grabowski już jest na tym poetyckim panteonie, ale z pewnością jest na najlepszej drodze, by się tam znaleźć. Jego pokaźny literacki dorobek (12 pozycji!) jest nacechowany najczystszą liryką, nastrojowością i refleksyjnością, urzeka klarowną formą i pobudza do zastanowienia nad pięknem świata i sensem życia.

Ten sam urok i głębię wyrazu znajdujemy w przygotowanej do wydania Sonacie obojowej. Jest to wybór liryków z lat 2000-2002, uzupełniony prozą w postaci złożonego z czterech epizodów Kwartetu malborskiego.

Niezwykła wrażliwość pobudza Autora do ciągłego zachwytu nad otaczającą przyrodą, śpiewem ptaków, barwami pór roku, miękkością trawy, zapachem kwiatów. Wraz z nim chłoniemy zmysłami świeżość poranka i barwy zmierzchu, a w nocy rozpoznajemy konstelacje gwiazd i próbujemy odgadnąć Nieodgadnione.

Dodatkowym walorem tych utworów jest ich osadzenie w przestrzeni: mimo że w zasadzie brak w nich realistycznych opisów Gdańska i jego okolic, czy Malborka, w którym Autor się urodził i wychował, podświadomie czujemy, że mogły powstać tylko tutaj. Jest w nich klimat, są barwy i światło naszego regionu. Jest też, mimo często formułowanej eschatologicznej niepewności, głęboka wiara i wdzięczność dla Stwórcy, który obdarzył nas pięknem tego świata. Jedynie czego można życzyć Autorowi, to zdobycia się od czasu do czasu na odrobinę dramatyzmu, która urozmaiciłaby jednolity ton jego pięknych wierszy.

Sonatę obojową Jana P. Grabowskiego przeczytałem z wielką przyjemnością. Jej szybkie wydanie byłoby pożyteczne i pożądane. Potrzebujemy pięknych i mądrych dzieł, by nie utonąć w zalewie atakującej ze wszystkich stron ordynarnej tandety plastycznej, muzycznej i poetyckiej”.

Doc. dr inż. Andrzej Januszajtis, Wrażenia, spisane na gorąco, po lekturze maszynopisu Sonaty obojowej Jana P. Grabowskiego. Gdańsk, 20 sierpnia 2002 r.

 

26. Nie jest to poezja prostych porywów serca. Ma swoja logikę, płynie strumieniem myśli i wrażeń autora, czasem szybko, aż do utraty kontroli nad słowem, czasem powolnym, wręcz leniwym, kontemplacyjnym tempem. To poezja tropiąca świat, przyłapująca go na gorącym uczynku, wtedy, gdy ujawnia swoje tajemnice. Chodzi tu o wydany niedawno przez Bernardinum tom poetycko-prozatorski Jana P. Grabowskiego zatytułowany Sonata obojowa. Wiersz, który kończy pierwszą – poetycką – część książki, jest według mnie kluczem do wszystkich poprzednich. Poeta pisze:

 

Cóż pozostaje w pogoni

za wymykającą się prawdą świata?

 

Cóż pozostaje oprócz rozmów…

może przybliżających nas do Tajemnicy?

 

Cóż pozostaje oprócz zdziwień

– przemijającą nieustannie – barwą świata?

Cóż pozostaje prócz pewności,

że wszystko możliwe jest do uchwycenia

przez zmysły, pamięć, wyobraźnię?

 

Cóż pozostaje prócz przekonania,

że z dnia ma dzień tracimy wszystko?

Cóż pozostaje prócz świadomości,

że tracąc wszystko… na pewno

do końca – wszystkiego – nie zapomnimy?

(Cóż pozostaje w pogoni za wymykającą się prawdą świata?)

 

Choć poeta zadaje tu same pytania, które pozostawia bez odpowiedzi, otwiera przed czytelnikiem swoją wizję świata: to świat nosi w sobie Tajemnicę, metafizyczną zagadkę istnienia. Człowiek jest gońcem, pragnie dotrzeć do prawdy. Niełatwe to zadanie, bo świat mu się wymyka, jak piasek ucieka między palcami, gdy dłoń pragnie go zacisnąć w pięść. Rozmowa, zdziwienie, pewność, że wszystko jest rozpoznawalne przez zmysły, mają przybliżyć go do Tajemnicy. A jednak poczucie utraty, kalectwa pamięci, niemożności uchwycenia prawdy, budzą nostalgię, jakiś smutek istnienia.

Nostalgia i smutek towarzyszą całemu tomikowi wierszy. Oba stany pojawiają się zawsze ilekroć autor rozważa o niemożności objęcia, uchwycenia, zagarnięcia do końca otaczającej rzeczywistości. Człowiek łaknie świata, ale go nie może posiąść w pełni, bo ma ramiona ograniczone skończonością i pamięć ułomną. Jak go więc go można uchwycić, okiełznać, uznać za swój? To możliwe tylko w sztuce – zdaje się mówić poeta – w sztuce, to jest w muzyce i poezji. Choć w tekście nie pojawiają się tak zwerbalizowane stwierdzenia, to są z pewnością uprawnione – to przecież sam autor wybiera na opowieść o swoim świecie formę wiersza i to on sam nadaje mu tytuły związane z muzyką, o niej pamięta w podtytułach, ja opisuje. Nic w tym nie ma zresztą dziwnego: poezja i muzyka to dwie dziedziny sztuki, które najpełniej uwolniły się od konieczności mimesis: opisu czasu i przestrzeni, realiów i detali. Poezja i muzyka nie muszą naśladować świata, mogą opowiadać o relacjach między jednostką a światem, to wystarczy. Poezja i muzyka są najbliżej tego co niewypowiadalne. Muzyka odrzuca słowo jako ułomne, dla opisu świata wystarcza sama sobie. Poezja z kolei zderza słowa ze sobą, odmienia ich znaczenie, używa, aby je odświeżyć, aby ponazywać od nowa. Tu słowo odrywa się od swojego desygnatu, wyraża więcej niż samo znaczy, może treść zakląć w symbol, metaforę, nadać jej alegoryczny sens. Paradoksalnie więc poeta odrzuca słowo, aby za pomocą słów tropić świat.

Co wynika z tych tropów? Po pierwsze nie cały świat ma ten sam głęboki wymiar. Autor przesiewa jak przez sito chwile ważne od tych mniej ważnych, odrzuca codzienność, chwile banalnych czynności, „sprawy, zdarzenia, wymiary”. Świadomie wybiera drugi obieg życia zamiast codzienności – święto, zamiast miasta – wieś, zamiast cywilizacji – naturę, zamiast zgiełku ludzkiego – samotna ciszę. Powtarza się ulubiona sceneria – Kaszuby, ciepłe popołudnia, poranki i zmierzchy. Nie przypadkiem zapewne wakacje, bo to czas istniejący jakby poza zwykłym rytmem, gdzie nie dba się o pamięć dat i terminów, gdy człowiek czasowi wymyka się spod kontroli, i jeszcze okres świąt, gdy z kolei czas nabiera uniwersalnego znaczenia, człowiek staje wtedy jakby ponad czasem.

Dlaczego właśnie natura w tak szczególny sposób ma wyznać tajemnicę świata? Bo w tym co materialne ujawnia to, co duchowe. Oddziałuje na zmysły, a daje doznania metafizyczne. Podobne myśli pojawiają się w książce wielokrotnie. Choćby w tym fragmencie wiersza:

 

Ależ trawa dziś miękka.

i jakież ptaki śpiewają.

Jakże Kacza dziś szumi.

i jakież obok niej kwiaty.

 

Jakież to wszystko pewne:

trawa, drzewa i niebo.

Jakżeż trwały ten pejzaż.

I jacyż my w nim niestali.

(Ależ trawa dziś miękka)

 

Natura jest nietknięta, nienaruszona przez przemijanie. Choć poddana wegetatywnemu cyklowi pór roku, jest constans – trwała i nieprzemijalna jak człowiek. Człowiek jest i zaraz zniknie, a drzewo, las i jezioro będą istnieć bez wzruszenia. Pisze Jan P. Grabowski:

 

I cóż po nas, śmiertelnych, tu zostanie? Ciało,

które wnet w garstkę prochu się obróci?

Czy może nieco więcej? Pamięć? Pamięć tych,

którzy zostają tu na dłużej, aby przez chwilę

– tylko także przez jedną chwilę – szansę mieć,

nadzieję (a może jeszcze więcej wątpliwości?),

że przybliżą się Tam, czyli dokąd nam czasu,

możliwości, umiejętności, wytrwałości, a może

wiedzy i – zwyczajnie – wiary już nie stało?

(…)

Patrzymy, zatem w zórz szkarłaty i purpury.

Oddychamy złotozieloną – jak chryzopraz –

przestrzenią. I czyż barwy, przestworza, wonie

zdołają uchronić nas od przeznaczenia? Czy może

zdążymy jeszcze ocalić sami siebie nawzajem?

(Tryptyk elegijny, Część druga pt. Elegia przed rozświtaniem)

 

Jest w naturze ta siła, która każe człowiekowi nie być obojętnym na jej piękno, ale to nie wszystko, jej kontemplacja poza doznaniami estetycznymi, budzi w patrzącym nastrój elegijny, filozoficzne myśli o nietrwałości ludzkiego życia. To właśnie moc natury sprawia, że człowiek otwiera się na Tajemnicę. Poczucie pewności, że trwa, że jest wieczna to równocześnie domniemanie, że „wie” i „zna” to, co Nieskończone. Że zna Najwyższego. Jak mówi poeta – natura wywyższa człowieka, to znaczy: w obcowaniu z nią doznaje bliskości ze Stwórcą. Jest pośredniczką, wysyła znaki, tropy, ślady istnienia siły totalnej i sprawczej. Paradoksalnie to zmysły zbliżają do Boga – gdy człowiek patrzy na świat i słucha muzyki lasu, poznaje dobro Pana. Ociera się o Nieskończoność. To doznanie leczy smutek i nostalgię, leczy eschatologiczne lęki, daje siłę w codzienności. „I zabiorę go ze sobą” – mówi poeta opisując niezwykły widok porannych Mazur – „dokądkolwiek odtąd pójdę, gdziekolwiek pojadę.” (Panie, tyle tu Ciebie nagle…).

Cały tom Sonata obojowa tak właśnie został pomyślany – ułożony jest z chwil, które zabiera się ze sobą, chwil leczących człowieka.

Joanna Polak, W pogoni za prawdą świata… O nowym tomie poetyckim Jana P. Grabowskiego pt. Sonata obojowa. Wybór liryków [rec.: Jan P. Grabowski, Sonata obojowa. Wybór liryków, Pelplin 2003], „Gwiazda Morza”, 29 czerwca i 6, 13, 20, 27 lipca 2003, nr 13–14.

 

27. Jan Piotr Grabowski przed ponad 20 laty wyjechał z Malborka. Jednak w swojej twórczości wciąż wraca do rodzinnych stron, do przeżyć, które stały się jego udziałem. Do miejsc, które nadal odwiedza. Ale patrzy na nie inaczej – po swojemu. Bo – jak sam pisze – (…)

„to co widzimy… to, czego doznajemy jest wyłącznie nasze. Nikt nie może widzieć i czuć w taki sam sposób, w jaki ty widzisz i czujesz”.

Czerpanie z natury. Nic więc dziwnego, że świat malowany słowami przez Jana P. Grabowskiego jest poetycki, jak zresztą na artystę przystało. Wielką inspiracją jest dla niego natura. Często ucieka od wielkomiejskości Gdańska, w którym mieszka. „Nie lubię zgiełku tłumu” – przyznaje w rozmowie Jan P. Grabowski. Dlatego wybiera bezdroża okolic Trójmiasta, albo ciszę nad tonącymi w zieleni jeziorami. To nie tylko poszukiwanie odpoczynku po trudach codzienności. Sądząc po charakterze jego utworów jest to wyższa konieczność, silna potrzeba funkcjonowania w zgodzie z rytmem przyrody, bez towarzystwa cywilizacji, wypełnionej hałaśliwością, powierzchownością, pośpiechem. Chłonie i przekazuje nam to, nad czym „jedni przechodzą zupełnie obojętnie zajęci swoimi myślami, inni patrzą na barwy być może w ogóle ich nie dostrzegając, jeszcze innych one zastanawiają, lecz to jest zapewne jedyne, na co ich stać”. „Staram się jak najszybciej, na czymkolwiek zanotować myśl. Dopiero później odszyfrowuję to, co napisałem czasami bardzo niewyraźnie, bo nocą, po ciemku” – opowiada poeta o swoim warsztacie, podkreślając tym samym ulotność wrażeń, którym ulega. Dzięki swej niezwykłej wrażliwości, zbliża się do tego, co i dla niego stanowi Tajemnicę. W nieskażonej ludzką ręką naturze łatwiej dostrzec boską obecność. Znajduje to odbicie w jego lirykach, jakby w ten sposób chciał odwdzięczyć się za swój dar widzenia świata.

Nagrody za wrażliwość. Poezja wypływająca spod palców Jana P. Grabowskiego zachwycić może oryginalnością stosowanych metafor. Zauważyła je Zofia Gołub-Kowalska, wygłaszając słowo wstępne podczas promocji książki Poezje wybrane: pomarańczowo błyszczący horyzont, ametystowo ciemniejące powietrze, szkarłatniejący wszechświat liści, pełnię lata w złotym lub zielonym kolorze, niebo w szafirach i srebrach.

Nic więc dziwnego, że jego poezja wzbudza zachwyt krytyków i jurorów, którzy często dostrzegają i doceniają jej niezwykłe walory. Jan P. Grabowski ma na swoim koncie niezliczoną ilość nagród i wyróżnień. Często, bowiem bierze udział w ogólnopolskich konkursach poetyckich.

8 kwietnia 2003 r. poeta otrzymał Nagrodę Prezydenta Gdańska z okazji 25–lecia twórczości literackiej. W jubileuszowym roku Jan P. Grabowski otrzymał również z rąk Jana Ryszarda Kurylczyka, wojewody pomorskiego Medal SINT SUA PRAEMIA LAUDI”.

Cytaty pochodzą z Kwartetu malborskiego, drugiej części książki Jana P. Grabowskiego pt. Sonata obojowa. Wybór liryków.

Anna Gradowska, Poeta urodzony w Malborku. 25-lecie twórczości Jana Piotra Grabowskiego. Artykuł prasowy wydrukowany w „Dzienniku Bałtyckim”, nr 33/279, czwartek z 14 sierpnia 2003 r., s. 8.

 

28. Czwartkowy Wieczór w zamku był nietypowy tym razem. Jak zawsze rozbrzmiewała muzyka, ale to nie ona była główną bohaterką spotkania. Dominowała poezja – współczesna, a jednak subtelnie nastrojowa. Taką tworzy Jan P. Grabowski.

I to właśnie był jego Wieczór – spotkanie autorskie promujące najnowszą publikację autora zatytułowaną Sonata obojowa. Jan Piotr Grabowski mieszka obecnie w Gdańsku, ale bardzo silnie związany jest z Malborkiem. Tu się urodził, chodził do szkoły (LO im. Henryka Sienkiewicza), mieszkał do 1981 roku. Nic więc dziwnego, że zapragnął swoją twórczość zaprezentować malborczykom. Grabowski jest poetą doświadczonym. Niedawno obchodził 25-lecie swojej pracy twórczej, oprócz Sonaty obojowej wydał 12 nagradzanych książek, które cieszą się przychylnością odbiorców i krytyków. Chociaż debiutował jako prozaik, najbardziej lubi pisać wiersze. Jego utwory są niezwykle plastyczne, czarowne, śpiewne, z jednoczesną czytelną i logiczną formą. Dziś nieczęsto spotyka się takich twórców.

Prezentowana w czwartek Sonata obojowa potwierdza wszystko, co o Grabowskim się mówi – wrażliwy, spostrzegawczy, ciekawy świata, a przede wszystkim głęboko refleksyjny, prawdziwy poeta. Książka składa się z kilkudziesięciu liryków z lat 2000-2002 oraz czterech epizodów pt. Kwartet malborski, napisanych poetycką prozą.

Podczas Wieczoru wiersze autora recytowali aktorzy Teatru Wybrzeże – Halina Winiarska i Jerzy Kiszkis. Niespodziankę sprawiła poecie Krystyna Lisowska, koleżanka ze szkolnych lat, która opowiadała o Janie P. Grabowskim, prowadząc wędrówkę śladami jego utworów. Niebanalny klimat, doskonale uzupełniający ten poetycki wieczór, stworzyła także muzyka – na dwa oboje i szpinet. W tym niespotykanym składzie wystąpiły Elżbieta Kulińska, Aleksandra Grzywacz i Elżbieta Michalik z zespołu Cappella Gedanensis.

Aleksandra Lipiec, Poezja przychodzi nagle. Wieczór autorski poety z Malborka. Artykuł prasowy wydrukowany w „Nowej Gazecie Malborskiej”. Malbork, nr 23 z 30 października 2003 r., s. 11.

Fragment artykułu, który został opublikowany w związku z promocją Sonaty obojowej. Wyboru liryków.

Promocja odbyła się 23 października 2003 r. w Sali Koncertowej Muzeum Zamkowego w Malborku. Słowo o poecie wygłosiła Krystyna Lisowska, polonistka z Liceum Ogólnokształcącego im. Henryka Sienkiewicza w Malborku. Wiersze czytali: Halina Winiarska i Jerzy Kiszkis z Teatru „Wybrzeże” w Gdańsku. Oprawa muzyczna: solistki Zespołu Muzyki Dawnej Cappella Gedanensis: Aleksandra Stam-Grzywacz – obój, Elżbieta Michalik – obój, Elżbieta Kulińska – szpinet.

 

29. Niezwykle w zamkowych murach zabrzmiała barokowa muzyka, towarzysząca promocji książki pt. Sonata obojowa. Wybór liryków Jana P. Grabowskiego. Dlatego tak wyjątkowe było to październikowe wydanie Czwartkowych Wieczorów Muzycznych. Bo z jednej strony zadziałała magia poezji, z drugiej – muzyki.

– „Wszystko jest poezją. Muzyka też nią jest, tyle, że graną” – stwierdził w słowie wstępnym Wawrzyniec Zamkowski, od lat prowadzący czwartkowe spotkania z muzyką.

Jan P. Grabowski pochodzi z Malborka, chociaż opuścił to miasto, wybierając Gdańsk.

– „Poeta wyjechał, ale sercem cały czas jest w Malborku” – stwierdziła Jolanta Leszczyńska, dyrektor Miejskiego Domu Kultury.

Dobitnie świadczą o tym niezwykłe strofy poezji, w których autor wraca do swych przeżyć, do swych wspomnień.

Widzowie mogli usłyszeć jego liryki w znakomitym wykonaniu Haliny Winiarskiej i Jerzego Kiszkisa, aktorów Teatru Wybrzeże w Gdańsku.        

– „Ta poezja mnie zaskakuje, bo zwykle oczekuję, by wiersz wprowadził mnie w zdumienie i osłupienie. Jej doskonałość wynika także z piękna języka” – zwierzała się o poecie Krystyna Lisowska, polonistka z Liceum Ogólnokształcącego im. Henryka Sienkiewicza w Malborku

Przepiękne utwory Telemanna, Bacha, Häendla, Albinoniego i Marcellego grały solistki Zespołu Muzyki Dawnej Capella Gedanensis z Gdańska. Na obojach: Aleksandra Stam-Grzywacz i Elżbieta Michalik, a na szpinecie Elżbieta Kulińska.

– „Bardzo się cieszę, że mogłem wziąć udział w tym niezwykłym wieczorze poezji” – powiedział Waldemar Konopka, wicestarosta malborski.

Starostwo Powiatowe i Urząd Miasta Malborka objęli patronat nad wieczorem autorskim Jana P. Grabowskiego.

Anna Gradowska, Poetycko-muzyczny wieczór. Malbork. Promocja najnowszej książki Jana P. Grabowskiego. Artykuł prasowy wydrukowany w „Dzienniku Bałtyckim”, piątek z 31 października 2003 r., s. 9.

 

30. Sonata obojowa. Wybór liryków – książka wydana w 25–lecie twórczości literackiej Jana P. Grabowskiego składa się z dwóch części: na pierwszą składają się liryki napisane przez autora w latach 2000–2002, drugą część stanowi tzw. Kwartet malborski – czteroepizodyczny poemat zapisany prozą.

Już sam tytuł symbolizuje charakterystyczne dla twórczości autora cechy: refleksyjność, wewnętrzne wyciszenie, umiejętność spostrzegania, a nie tylko patrzenia, rozumienia a nie tylko słuchania.

Sonata jest najpopularniejszą chyba formą dla muzyki klasyczno-romantycznej. Charakterystyczne, tęskne w wyrazie brzmienie oboju sprawia, że często stosowany jest do wykonywania śpiewnej melodii tematów melancholijnych. Taka też klasyczno-romantyczna, melancholijna jest Sonata obojowa. Wybór liryków Jana P. Grabowskiego. Sonata, grana przez przyrodę, słyszana a może tylko mijana gdzieś i kiedyś „Tam” po drodze, zachwyca… najpierw samego autora, a za jego sprawą czytelnika, który jeśli tylko w natłoku codziennych spraw znajdzie czas na to, by choć jeden z tych wierszy przeczytać, by choć na chwilę oddać się rozmyślaniom, powróci do książki raz jeszcze. Coraz mniej jest ludzi, którzy pozwalają nam się zatrzymać, zwolnić, którzy zwracają uwagę na to, co na co dzień dla nas niezauważalne, zbyt trudne i dalekie. Jan P. Grabowski pokazuje nam, jak żyć w wymiarze poezji i metafizyki, jak rozwijać wrażliwość i sięgać tam, gdzie wzrok nie sięga, nie moralizuje, nie ukazuje swojej wyższości, bo sam wciąż szuka.

Tematyka zbioru krąży wokół przemijalności i ulotności naszego życia, jego rozterek, poszukiwań sensu istnienia, drogi przeznaczenia i odkrywania tego, co będąc wieczne, dla nas może okazać się chwilowe. Tematyka ta, pomimo moich skojarzeń z romantyzmem i klasycyzmem, jest ponadczasowa, szczególną zaś rolę odgrywa współcześnie, kiedy w bezustannej pogoni za czasem, gdzieś po drodze zanika, a może tylko gubi się, nasza wrażliwość, spostrzegawczość i umiejętność odczuwania przyrody czy uświadamiania sobie jej bliskości.

Liryczne poszukiwania Stworzyciela, sensu ludzkiego istnienia, piękna otaczającego nas Wszechświata i świata czy też kolorów zamkniętych w szarej codzienności, oscylują wokół wielu wątpliwości, niedomówień czy też nieodczytanych znaków. Pytajniki i trójkropki pojawiają się nawet wtedy, kiedy wydaje nam się, że wszystko zostało ustalone i możemy zaufać interpretacji autora, bo „rzeczy zostały nazwane po imieniu” a los odczytany ze znaków nieba i wody, ziemi i gwiazd.

Jan P. Grabowski nie moralizuje, nie podkreśla swojej nieomylności, zamiast tego prowokuje lawinę pytań i wątpliwości, które z pewnością podważą to, co dla wielu oczywiste i niepodważalne. Autor uświadamia nam, że każdy ma inną wrażliwość, inaczej słyszy i co innego potrafi dojrzeć. W słowach autora Sonaty obojowej. Wyboru liryków tkwi magia, pogoda ducha i pokora, a także zgoda na zastaną rzeczywistość i na naszą przemijalność, która w jego interpretacji nie jest powodem do zmartwień i niepokoju. Dlatego też liryka Grabowskiego zasługuje sobie na miano liryki „pozytywnego jutra”. Jego utwory z jednej strony przekazują uniwersalną prawdę o nietrwałości życia i ulotności niepowtarzalnych chwil, z drugiej zaś przypominają o tym, że każdy widok można najpierw chłonąć, potem zapamiętać a na koniec zabrać ze sobą. Poeta pisze: „nie szkoda wtedy ani dni, ani lat co przeminęły”,  bo wszystko pozostało we wspomnieniach. I choć w głębi duszy żywimy obawę o dzień jutrzejszy, to jednak gdzieś w nas tkwi też nadzieja i ciągle, mimo pozornego braku sił, wydobywamy z głębi siebie moc, która pozwala nam pokonać wszelkie trudności i cieszyć się drobnymi radościami dnia codziennego.

Jan P. Grabowski jest poetą wrażliwym, potrafi dostrzegać piękno krótkich chwil, ulotnych momentów, tego gdzie i z kim przebywa. Nawet wtedy, kiedy pisze: „nie dzieje się nic, bo to tylko życie”, zaraża optymizmem i pogodą ducha swych czytelników.

Sam autor przyznaje, że źródłem jego siły jest obcowanie z przyrodą. Tworzy więc z dala od zgiełku ulic, ciasnoty miast. Czasami dokładnie określa swe położenie, podaje gdzie się znajduje i kiedy tam przebywa. Daje czytelnikowi możliwość wyobrażenia sobie i dokładnego odtworzenia tych miejsc, zachęca do wsłuchania się w ciszę, oczyszczenia umysłu, uwolnienia od zgiełku i gwaru, bo tylko to pozwala mu przenieść się na łono natury. Język, którego używa jest niezwykle plastyczny i dzięki temu pobudza on zmysły, a także sprawia, że wbrew wszelkiej logice, przebywając w mieszkaniu, w pracy, w tramwaju, zaczynamy oddychać świeżym powietrzem. Zdaniem Jana P. Grabowskiego wszelką siłę najlepiej czerpać właśnie z natury, bo tylko wtedy siła ta jest prawdzie pokrzepiająca, koi i zarazem pobudza zmęczone, otępiałe zmysły. Nie bez przyczyny więc Bóg umieścił człowieka w cyklicznie odradzającej się przyrodzie, która nadaje rytm ludzkiemu życiu. „Najważniejsze jest to, że jesteś pojawiasz się rokrocznie”, o tej samej porze i nikt nie ma na to wpływu. Natura jest więc też wyznacznikiem stabilności naszego życia, elementem, który stale powraca i towarzyszy nam od początku do końca naszego życia. Czytając liryki Grabowskiego wraz z nim zastanawiamy się nad tym: „Czy to wiosna stwarza nas? Czy my stwarzamy wiosnę?” i uświadamiamy sobie, że to my w niej jesteśmy umieszczeni, a nie ona dla nas zostaje stworzona. Któż z nas jednak miałaby czas na to, by w drodze do pracy, do szkoły oddać się takim rozmyślaniom? Zapominamy o zwykłym „dziękuję”, bo czyż to wszystko nam się po prostu nie należy?

Kontynuacją lirycznych poszukiwań sensu naszej egzystencji i istnienia całego Wszechświata są cztery opowiadania zatytułowane Kwartet malborski. Ich bohaterowie (m. in. Kajetan, Łukasz, Nikodem…) wymieniają poglądy, spostrzeżenia i dzielą się wspomnieniami. Kajetan, mężczyzna, któremu nadmierna wrażliwość nie pozwala zasnąć, wędruje wśród nocnych ciemności w towarzystwie Łukasza, lekarza-położnika. Obaj czerpią radość z obcowania z przyrodą, zachwycają się Wszechświatem, poruszają filozoficzne, egzystencjalne tematy i dochodzą do wniosku, że „wielu ludzi rodzi się tu (…) nie wie po co żyje (…) oddycha, je, pije, słowem… żyje”. A żyje nie wiadomo po co. Nie wiedzą oni na co ich stać i gdzie leży granica ich możliwości. Autor przywołuje w swej książce słowa Izaaka Newtona, mówiące o tym, że jesteśmy, jak dzieci bawiące się na brzegu oceanu, o którym nie mają pojęcia, bo nie wiedzą, że trzeba mieć świadomość istnienia świata nadprzyrodzonego, nawet jeśli nie potrafi się do niego wejść. Stwierdzenie to doskonale opisuje postawę Nikodema, który jak większość współczesnych nam ludzi stwierdził „wierzę tylko w to, co widzę, słyszę, czuję”. Otwarcie przyznał się też do tego, że nie rozumie poezji, bo nie jest wystarczająco wrażliwy: „Tak jest ze współczesną poezją, nie dociera do mnie”. Ilu czytelników mogłoby podpisać się pod tym zdaniem?

Sonacie obojowej. Wyborze liryków tematy poważne i życiowe prawdy, z którymi często trudno się pogodzić, podane są w sposób artystycznie szczery i prawdziwy. Podmiot liryczny nie rozpacza nad tym, że czas upływa i wielu spraw nie zdąży załatwić. Zamiast tego godzi się z ulotnością rzeczy i ludzkiego żywota, uczy się jednak zamrażać czas we wspomnieniach. Zdaje sobie sprawę z tego, że czasami jest „bardziej śmiertelny”, a czasami, kiedy udaje mu się uwolnić od czasu jest „bardziej niebiański”. Uzmysławia sobie, że istnieje tyle ścieżek i dróg, którymi mógł kiedyś, gdzieś, z kimś albo w samotności podążyć. W końcu dociera do niego, że to nie tzw. wiedza naukowa jest najważniejsza. Najpierw musi nauczyć się żyć w zgodzie ze sobą, z własną naturą i z otaczającą go przyrodą, z tym, co tak bliskie a odsuwane na plan jak najdalszy.

Niewielu jest takich twórców, którzy potrafią zatrzymać czas, przystanąć i spojrzeć na jezioro, dostrzec jego głębię, kolor, blask, fale. Artyści coraz częściej wnoszą zamęt w nasze życie i nie pozwalają nam uświadomić sobie wyższości tego jeziora, a tak naprawdę, to my przecież przemijamy a ono trwa. O tych drobnych, ale jakże ważnych szczegółach, chwilach refleksji i odpoczynku przypomina nam Jan P. Grabowski. Tak inny wśród poetów, wśród współczesnych artystów.

Nie chciałam, żeby moja recenzja była wyłącznie peanem na cześć twórcy. Wtedy mogłaby wydać się nieszczera. Ja zaś zostałabym oskarżona o brak krytycyzmu, spostrzegawczości i „ostrości” pióra. Na moją korzyść nie zadziałałby też fakt, że jestem osobą młodą, o anonimowo brzmiącym nazwisku. Nic jednak nie poradzę na to, że mimo usilnych starań, nie znalazłam w Sonacie obojowej. Wyborze liryków nic z czym nie mogłabym się zgodzić, nic co byłoby nadużyciem cierpliwości czytelnika, nic co byłoby mu obce i zbyteczne. Z pewnością będą jednak i tacy, którzy powiedzą, że zarówno liryki, jak i opowiadania nie trafiają do nich. Z całą pewnością jednak autor nie liczył na przychylność wszystkich krytyków i odbiorców. Taka świadomość, to dodatkowa zaleta jego twórczości. Ważne jest to, że wie, dla kogo pisze i nie stara się zadowolić wszystkich. Czytelnikiem, dla którego tworzy, jest więc osoba wrażliwa na piękno świata, wierząca, poszukująca, cierpiąca jednak na ciągły brak czasu i wdzięczna za to, że autor daje jej ten szczególny czas (lektury i refleksji) w prezencie.

Bożena Bobrzyk, Klasyczno-romantyczna sonata, czyli chwila refleksji o Sonacie obojowej. Wyborze liryków Jana P. Grabowskiego. Recenzja. Kraków, 22 grudnia 2003 r.

 

31. Przyjemnie jest wsłuchać się w Srebrne adagio Jana P. Grabowskiego, bo brzmi ono tak spokojnie i tak kojąco. W tym tomie Poeta zaproponował nam 102 najpiękniejsze wiersze napisane wciągu 25 lat pracy twórczej. Przekrój artystycznego dorobku wskazuje, że wrażliwość lingwistyczna zawsze była ogromnym walorem jego poezji. Nie ma w tych utworach eksperymentów słownych i żonglerki składnią, jest za to prostota języka. Poeta wydaje się mówić prawie tak jak my, tylko, że dużo piękniej. Wiele jego wypowiedzi skłonni bylibyśmy uznać za własne. Gdy w wierszu Ukojenie stwierdza: „Przeżyłem jeszcze jeden dzień tego niespokojnego czasu”, to może się wydać, że wyraża on nasze skryte myśli. Wielu czytelników, chcąc wyrazić własne uczucia, mogłoby powtórzyć za autorem: „nic nie jest ważne poza tą chwilą, co trwa”. Niezwykłość poezji Grabowskiego wydaje się tkwić w umiejętności mówienia w naszym imieniu i o nas samych. Relacjonując trudne przeżycia osobiste wyraża zarazem uniwersalne lęki i pragnienia, do których każdy z nas mógłby się przyznać.

Grabowski to poeta, który ma oczy szeroko otwarte zarówno na piękno natury jak i na sprawy egzystencjalne. Od zachwytów nad urodą drzew, jezior i gwiazd potrafi swobodnie przechodzić do refleksji o naszym istnieniu w tym świecie. Wydaje się jednak, że w jego poezji to natura zajmuje miejsce kluczowe. To przecież ona prowokuje go do zastanowienia się nad życiem. To dzięki niej może tak znakomicie jątrzyć i jednocześnie łagodzić nasz egzystencjalny niepokój.

Przyroda poprzez intensywność własnego istnienia uświadamia bohaterowi jego bytowanie tu i teraz. Ale to również ona przypomina mu, że „tutaj jeden, jedyny raz jesteśmy. I tylko – przez chwilę” (Czy wiedzą?). Nasze trwanie obsesyjnie zaprząta uwagę autora. Wciąga on nas w zawrotny kołowrót rozmyślań o przemijaniu i wieczności. Przypomina, że życie jest ulotne, tak jak wszystko wokół nas. Również natura została przedstawiona w perspektywie temporalnej. Zwykle jej piękno objawiane jest podczas upływających pór roku. Ale w przeciwieństwie do nas przyroda nie podlega unicestwiającej mocy czasu linearnego, lecz staje się wieczna w swym cyklicznym odradzaniu się.

Choć bohater owładnięty jest myślą o chwilowości własnego istnienia, to jednak nie popada w zagubienie i lęki. Jest to możliwe dzięki naturze, która została utkana ze świateł i z kolorów o symbolice odwołującej się do pozytywnych jakości. Lasy, łąki, jeziora są zwykle przesycone promieniami słonecznymi, a nocą świat jest rozświetlany blaskiem gwiazd. Światło wydaje się nawet docierać do głębin, które są jasne jak topaz (Nad wodą spokojną i czystą). Przestrzeń lśni zielenią, złotem, szkarłatem i błękitem. Przyroda subtelnie objawia swe istnienie. Woda jezior jest zawsze łagodna, wiatry wieją lekko, deszcze są delikatne i ciepłe. Jasna i spokojna natura wydaje się upojna i przyjazna. W świecie, gdzie „liście objawiają się jako dłonie w geście zaproszenia”, człowiek może czuć się bezpiecznie, a także z radością i spokojem patrzeć na otoczenie i na siebie samego.

Choć poeta w wierszu Jedyne, co jest pewne stwierdza, że przed zbliżaniem się do nicości nic nas nie uchroni nawet najpiękniejszy świt, to jednak dla śmiertelnych piękna, przyjazna i zapraszająca natura jest swoistym „ocaleniem”. To dzięki niej możemy uwierzyć w niepowtarzalność dni, to ona pozwala zapomnieć o wielkich napięciach świata. Widok kwiatów, drzew, nieba i wody może nas wprawić w stan niezwykłego uniesienia. Nawet na widok kwitnącego rzepaku możemy doznać wywyższenia, dzięki któremu nasze bytowanie staje się piękniejsze. Jasna i spokojna przyroda chroni przed pogrążeniem się w chaosie i lęku. Budzi pragnienie zatrzymania się w „teraz”. Chwila kontemplacji jest tak piękna i niezwykła, że chcemy zamienić ją w wieczność.

Grabowski posiada niezwykłą umiejętność mówienia o sprawach dla nas ważnych, przy jednoczesnym kierowaniu naszej uwagi na rzeczy z pozoru nieistotne. Czytając jego wiersze, zapoznajemy się więc z refleksjami na temat przemijania, śmierci, pamięci czy zwątpienia, ale zarazem delektujemy się „zielonym, szumiącym oceanem jabłoni, grusz i dojrzewających wiśni” albo koncentrujemy się na widoku azalii rozprzestrzeniającej się na żółto w powietrzu. Poeta wydaje się proponować nam własną hierarchię ważnych spraw.

W wierszu Już najwyższa pora Autor pyta:

 

Po cóż, […] zastanawiać się: co było rok temu

lub co jeszcze się zdarzy? Wystarczy byś dostrzegł,          

że kwitną magnolie.

 

Poeta uczula nas na wszechstronny odbiór uroków przyrody. W percepcji natury biorą udział niemal wszystkie zmysły. Bohater łowi zapach morza i odgłosy spadających gwiazd, a jego „dłonie trafiają na wypukłość chłodno promieniującego cienia” (Przez chwilę). Jeżeli podczas kontemplacji kolorów i kształtów nie ograniczymy się do zmysłu wzroku, to możemy zobaczyć więcej, albo widzieć inaczej. Tylko wtedy możemy zauważyć, że noc zabarwia wszystko na ametystowo (Oto obraz ściszony).

Natura w Srebrnym adagio została otoczona woalem niezwykłości. Autor uwzniośla ją, zapożyczając barwy od kamieni szlachetnych i półszlachetnych. W wierszu Noc nad jeziorem niebo i woda jawią się w ametystach, jaspisach i agatowych wstęgach. Do tego samego celu służy mu też motyw muzyczny. Odgłosy świata przyrody jawią się jako wielka muzyka. Śpiew sójek pośród srebrnych buków słyszany na majowym spacerze może wydać się „napowietrzną filharmonią” (Na Pohulance). W ciszy listopada wrażliwy odbiorca może usłyszeć „przedzimowe largo” (Chodź, pójdź za mną…). Śnieżne południe wydaje się koncertować na obojach wraz z Georgiem Philippem Telemannem.

Każde zwyczajne wydarzenie pośród takiej przyrody zostaje naznaczone niezwykłością. W wierszu Stałem urzeczony przestrzenią… otoczenie sprawia, że łowienie ryb nad jeziorem jawi się niemal jako czynność sakralna. Dzięki niebu w szafirach i srebrach oraz jasności słońca odbitej od powierzchni wody Wędkarz widoczny jest „cały w aureoli Blasku”, przez co staje się prawie postacią nadprzyrodzoną. W wierszu Zanurzając dłonie w wodzie zielonej jak nefryt zwykła przechadzka nad jeziorem przeradza się w cudowne zdarzenie. Niebiańska cisza, wibrujące światło i zielona jak nefryt woda powodują, że znalezione białe pióro łabędzia wydaje się pozostawione przez anioła, a bohater myśli o postawieniu swej stopy na powierzchni jeziora.

Srebrne adagio to niemal seria obrazów z codziennego życia, ale zawsze są one przedstawione, jako coś wyjątkowego, czasami nawet nieziemskiego. Zrywanie papierówek może jawić się, jako przebywanie w kosmosie ogrodu pośród zielonozłotych planet. Wydaje się, że autor chce, abyśmy dostrzegli tę stronę naszej egzystencji, która jest tak trudna do uchwycenia w obliczu codziennych obowiązków. Pod wpływem jego poezji mamy otworzyć oczy na niezwykłość życia. Odpoczynek na łące, spacer w lesie, oglądanie nieba, wyprawa do kościoła mogą być wydarzeniami odświętnymi.

W poezji Grabowskiego wyjątkowości naszemu życiu nadaje Bóg. To On podarował światu doskonałą przyrodę, która daje nam tyle radości i która nas uwzniośla. Natura jest miejscem spotkania ze Stwórcą. Bohater, stojąc na leśnej polanie, zwraca się do niego w słowach: „Tylko ty i ja. Sam na sam” (Spotkanie albo koncert wiosny). Gdy poeta zwraca się do Boga, to jego wiersze przybierają formę modlitwy. Ma ona zwykle charakter dziękczynny.

 

Dziękuję Ci za to,

że pozwalasz mi być jeszcze tutaj, wśród tego świata.

I że mogę podziwiać jego nieodgadnione

i niepochwytne piękno.

(Dziękuję. Dziękuję)

 

Są też w Srebrnym adagio prośby modlitewne. Poeta prosi „o piękną zimę. O niebo widne i wysokie”, o purpurowe zachody słońca”, „I o zamiecie śnieżne” (Prośba przed adwentem). Jest w tych modlitwach jakaś powściągliwość i przede wszystkim mądrość. Wydaje się, że nie prosi on o zbyt wiele, jedynie o miłe widoki. Ale to przecież one są najważniejsze, bo sprawiają, że czujemy radość i zachwyt oraz wyzbywamy się obojętności.

W opozycji do niezwykłej i doskonałej przyrody znajdują się w tej poezji pejzaże miejskie. Miasto zaprezentowane, jako zatłoczona i hałaśliwa przestrzeń, gdzie ludzie mają ponure i natarczywe twarze, wydaje się na zasadzie kontrastu uwydatniać urok łagodnej i zapraszającej natury.

Miasto nie jest w stanie dostarczyć nam tylu radosnych doznań, co przyroda. W hałasie i tłumie niewidoczne są na przykład zmieniające się barwy kolejnych pór roku. Poeta stwierdza: „Bo w mieście – październiku – prawie cię nie ma”. Są też w tej poezji przychylne spojrzenia na miasto, ale jawi się ono piękne tylko wtedy, gdy jest puste. Wtedy można dostrzec jego uroki, np. ukośny blask słońca na ścianach (Listopad. Gdańsk. Ulica Długa ).

W Srebrnym adagio autor zarejestrował własne stany psychiczne, emocje
i wrażenia, dowiódł przy tym, że idąc w półmroku, można bawić się kolorami oraz doświadczać rozwidnienia. Refleksje autotematyczne i rozważania egzystencjalne zostały tutaj doskonale zharmonizowane z opisami przyrody. Otrzymaliśmy wiersze, w których zachwyty, zadziwienia i pytania dominują nad ostatecznymi prawdami. Jest to bowiem poezja, w której obserwowanie natury może wprawdzie prowadzić do odnalezienia odpowiedzi na nurtujące pytanie, ale ważniejsza wydaje się sama kontemplacja. To ona jest wartością samą w sobie, podobnie jak zdziwienia i pytania. Grabowski mógłby sparafrazować słowa Zbigniewa Herberta, które przytoczył jako motto w wierszu Kilka strof na początek lata. Mógłby powiedzieć: „Możecie mi zarzucić, że moja poezja nie rozwiązuje żadnej zagadki przyrody. Ale moim zadaniem nie jest rozwiązywanie zagadek, lecz uświadomienie ich sobie, pochylenie głowy nad nimi, a także przygotowanie oczu na nieustający zachwyt i zdziwienie.

dr Agnieszka Pietrzyk, Nieustający zachwyt i zdziwienie. Recenzja wydawnicza tomu poezji Jana P. Grabowskiego Srebrne adagio. Elbląg, 26 stycznia 2004 r.

 

32. Przesłany mi przez Jana P. Grabowskiego wolumin, skompletowany ze 102 wierszy, został zaprojektowany, jako retrospektywny przegląd jego twórczości z lat 1986-2003. Wprawdzie debiutowy incipit poetycki miała ta twórczość w 1978 roku, a jej pierwszy tomik ukazał się w 1981 roku, retrospekcja nie sięga więc do najwcześniejszego stadium biograficznego tego pisarstwa, ale jest oczywistym prawem autora decydowanie o tym, co „zaprosić”, a czego nie włączać do benefisowego korowodu. W pakiecie równie oczywistych uprawnień autora mieści się też grupowanie przygotowywanego korowodu, a więc układanie utworów w określone cykle, których tu widzę dziesięć, a które nie mają porządku chronologicznego (tj. według pochodzenia z kolejnych tomików), lecz problemowo-tematyczny i – jeśli tak można określić – nastrojowy. (…)  

Ujmującą właściwością tych utworów wydała mi się ich bezpretensjonalna i powściągliwa tonacja lirycznego rozmyślania nad egzystencją i bytem: rozmyślania bez udziwnień i wymyślności stylistycznej, bez pozerstwa i retorycznej emfazy, z dala zarówno od krzyku, jak i od szlochu czy łkania. Spoglądanie w górę, ku szczytom myśli i metafizycznym przestworzom, obywa się tu bez ekstatycznych wzlotów „nad poziomy”. Niepokoje o jutro, a także przeżywanie rozstań i pożegnań z najbliższymi obywają się bez jęków, bez omdleń i bez dramatycznej gestykulacji. Mówienie o nieuchronnym przemijaniu, o znikomości naszego trwania, o melancholii „codziennego umierania” obywa się tu bez wanitatywnych westchnień i bez wybuchów protestu. Nie słychać rozdzierających pretensji do świata i życia za to, że się w nim często nie spełniają marzenia, że ludzie praktykują więcej przewinień niż cnót i że raz po raz coś się dzieje na opak.

Autora nie obchodzą komplikacje i zawirowania historii, nie irytują waśnie, chytrość i podstępy sterników opinii publicznej (w istocie nie przenika do tych wierszy nic z miazmatycznych podmuchów politycznych wieku XX) ani go nie interesują cenniki towarów i usług, a urbanizację traktuje, jako zawadę w doświadczaniu kontaktu z naturą.

Rekompensatą za sterylna odporność na pokusy zgiełkliwych rynków współczesności jest w wierszach Jana P. Grabowskiego dar ciekawości zwyczajnego bytowania i wrażliwe „czucie” natury: pór roku, pór doby, krajobrazów, ptaków, wody (morza, jezior, rzek, deszczu), lasów, drzew, kwiatów, traw, ziemi pod stopami, kamieni (w tym także rozmaitych jaspisów, topazów, malachitów, chryzoprazów itp.; należą one zresztą do charakterystycznych motywów obrazowania w tych wierszach), burz, powiewów wiatru, mgieł, zapachów, ciepła i chłodu, dźwięków i ciszy. Również „czucie” miłości, przy czym miłość to wyspokojona i ufna: nie młodzieńcza euforia erotyczna, lecz mądra stałość małżeńska, wdzięczna za lata wierności i spolegliwości.

Odzywa się nieraz w tych wierszach modlitewna nuta religijna, ujmująca dyskrecją i tym sposobem serdecznej rozmowy z Bogiem, który najzupełniej nie kojarzy się z dewocyjnymi deklinacjami imion sakralnych i ze zrozumiałą rachubą na Boże względy dla gorliwych czy z donosicielskim pomstowaniem na grzeszników.

Skłonność do mówienia spokojnego, naturalnego i bliskiego prozie, do oszczędnej metaforyki, mówienia z rzadka tylko i ledwie widocznie wpadającego w tok uroczysty od naszej językowej codzienności (m. in. przez użycie słów staroświeckich w rodzaju „albowiem” czy „jako” w znaczeniu „jak”) oraz tendencja do zwyczajnego toku składniowego, chwilami kolokwialnego, są to moim zdaniem zalety tego wierszowania. (…)

Mam przekonanie, że zaproponowana przez Autora księga retrospekcji zasługuje na opublikowanie i że w naszych nerwowych czasach propozycja spokojnego zwrócenia się ku nieprzemijającym dobrom zwyczajnego życia powinna liczyć na nasze względy.

Ma też prawo do naszego szacunku odczuwanie cudowności świata i dar cieszenia się jego urodą, o której zapominamy podczas codziennej gonitwy za modnymi a złudnymi ofertami nowoczesności, niekoniecznie wartymi naszego wyścigu i zadyszki.

Prof. dr hab. Józef Bachórz, Opinia w sprawie opublikowania zbioru wierszy Jana P. Grabowskiego pt. Srebrne adagio. Sopot, 14 lutego 2004 r.

 

33. Złoto i biel. Wybór poezji Jana P. Grabowskiego zawiera wybory poezji z 2003 roku – Złoto i biel i z 2004 roku – Biel i złoto, jak również fragment poematu prozą pt. Świat to tylko obrazy wykreowane przez naszą świadomość nagrodzonego Grand Prix i Nagrodą Marszałka Województwa Pomorskiego na XVII Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Mieczysława Stryjewskiego. Całość zainspirowana przyrodą z okolic Gdańska i Borów Tucholskich, muzyką Baroku oraz twórczością Stanleya Kubricka i Federica Felliniego wprowadza w nastrój zadumy i refleksji. Motta, które rozpoczynają kolejne części książki, ukazują prawdy ponadczasowe i każą zastanowić się nad sensem ukrytym w metaforach wierszy czy w poemacie prozą.

Człowiek przytłoczony natłokiem codziennych spraw nie zwraca uwagi na to, co się dzieje wokół niego. W erze telefonów komórkowych zabiegany pracoholik zdaje się nie pamiętać zapachu kwiatów na łące i śpiewu ptaków. Na pomoc współczesnym staje podmiot liryczny wierszy Jana P. Grabowskiego. Dla niego życie jest zbyt krótkie, by nie doceniać przyrody:

 

Bo wszystko jest, jak jest: nie ma porządku ani końca 

a ty przyszedłeś, żyjesz, jesteś – krócej

niż bladym świtem żółtopomarańczowe Wirginidy.

(Pogodna rezygnacja)

 

Poprzez kontemplowanie natury bohater wierszy doświadcza uduchowienia. Staje się bliższy Tajemnicy, ujrzenia tego, co na pozór niewidoczne: 

 

Wystarczy wyjść na dwór. Nigdzie się nie śpieszyć. 

Bo dokąd, po co i gdzie? Przecież maj i wiosna

wszędzie już są i wystarczy przed siebie pójść:

w dowolną stronę. W tym wszechogarniającym świetle.

(Nareszcie tyle wokół światła)

 

Dzięki zatrzymaniu się w biegu, człowiek przestaje być zaprogramowanym robotem, by tylko uczyć się, pracować i czasami spać w ściśle określonych porach. Boimy się straty czasu i mało kto może sobie pozwolić na chwilę wytchnienia, by wyjrzeć przez okno i rozkoszować się tym, co nazwałabym małymi cudami.

Prosta recepta na szczęście, na wygranie walki ze złem świata, to:

 

Przyjmować swój los 

z pogodną rezygnacją? I nigdzie

nie śpieszyć się, bo gdzież?

Na „drugą stronę”, do Niewidzialnego?

Czy tylko czekać na Niewiadome?

(Pogodna rezygnacja)

 

Introdukcji poematu prozą Świat to tylko obrazy wykreowane przez naszą świadomość czytamy:

„Życie ze swej natury jest spokojne: przebiega na pozór niepostrzeżenie, to znaczy rodzimy się, żyjemy, a potem umieramy niezauważalnie nie tylko dla Wszechświata i Absolutu, nie tylko niedostrzegalnie dla dalszej i bliższej widzialnej i niewidzialnej przestrzeni, ale także i dla nas samych.

Albowiem jesteśmy, trwamy, żyjemy, a potem najzwyczajniej nas nie ma: znikamy – w najdosłowniejszym tego słowa znaczeniu – rozprzestrzeniamy się w ziemi, w wodzie, w powietrzu, w pyle słonecznego światła, w jasnoturkusowym kolorze Wszechświata”.

Nie jest to optymistyczna wersja odejścia w Nieskończoność, ale muszę przyznać, że jest ona prawdziwa. Między narodzinami i śmiercią istnieją tysiące sytuacji i towarzyszących im odczuć, bez których nasza egzystencja byłaby bez sensu.

Podmiot liryczny wierszy radzi, by pogodzić się z własną śmiertelnością i wykorzystać czas dany nam od Boga, by zachwycić się pięknem codzienności. „…umyka życie, dzień za dniem przepada”, ale należy żyć tym co dziś, co dzieje się teraz:

 

Po cóż, więc zastanawiać się: co było rok temu

lub co jeszcze się zdarzy? Wystarczy byś dostrzegł,

że kwitną magnolie. I że jeszcze właśnie tu jesteś

(Już najwyższa pora zajrzeć do Parku w Oliwie)

 

Kruchość istnienia najdobitniej przedstawiona jest w wierszu Nigdy nie zapomnę. Ten wzruszający utwór ukazuje śmierć nie jako oczywistą kolej rzeczy, ale jako tragedię rodziny, której ciężko pogodzić się z utratą bliskiej osoby. Stawiane pytania retoryczne:

 

Dlaczego jednak teraz? Dlaczego w tej chwili?

I tylko w ten już prawie wiosenny dzień?

 

tak często przywoływane, gdy nadarzy się niespodzianie, pogłębiają dramat sytuacji. Rzeczą ludzką jest rozpaczać, ale należy zaufać Bogu, wielkiemu stwórcy, który ustanowił niebo i ziemię, byśmy mogli odczuwać Go w tym co stworzył:

 

I najważniejsze: ten unoszący się w powietrzu

złoty pył –  jakby w rozproszeniu miriady

drobin Jego – wyczuwalny na twarzy – dotyk.

Bo czyjż inny – jak nie Jego – mógłby być?

 

I już po kilku krokach, po kilku oddechach,

zdumienie i zachwyt: że i takie zjawiska

nam tu pokazuje…. Że jest wszędzie obecny,

dotykalny w tym rozzłoceniu przestrzeni.

(Złoty pył)

 

Bóg to także Reżyser, mający wobec każdego człowieka plan, który powinniśmy przyjąć z pogodną rezygnacją, bo nie jesteśmy w stanie nic zmienić, chociaż wydaje nam się inaczej:

 

Jesteśmy widzami, to znowu aktorami.

Reżyserami także – świadomie lub nie – jesteśmy.

Chyba, że Reżyserem może tylko On być.

Bo On światła stwarza, opowiada światłami.

(Jedynie film)

 

W wierszach Jana P. Grabowskiego jest wiele światła, którego tak naprawdę mało jest w jesieni, czy zimie. Jednakże poeta posiada zmysł wychwycenia nawet najmniejszego promienia i opisania go w taki sposób, byśmy wierząc sami go odkryli w szarej codzienności.

Poezje Jana P. Grabowskiego są niczym ukojenie dla zmęczonych oczu i zakurzonej wyobraźni. Tu wszystko jest żywe: zapach łąki, blask słońca, czy chłód śniegu. Czytanie takiej poezji wiąże się z poświęceniem czasu, który w tym wypadku nie jest straconym. Chwila na zastanowienie się, spojrzenie w samego siebie może stać się momentem wyjścia z „półmroku naszych spraw”, zbliżenia się do Boga.

Poleciłabym tego typu literaturę czytelnikowi w każdym wieku, gdyż uważam, że głosi prawdy życiowe, które przydają się na różnych etapach życia. Uczy też jak sobie radzić z szarością i rozgorączkowaniem czy nienawiścią świata. Co najważniejsze pokazuje jaki nasz świat jest piękny i daje wskazówki jak należy na niego patrzeć, by ujrzeć w nim doskonałe dzieło Boga.

Ewelina Narkiewicz, O Złocie i bieli. Wyborze poezji Jana P. Grabowskiego. Recenzja wydawnicza. Gdańsk, 23 czerwca 2004 r.

 

34. W swojej najnowszej książce pt. Pogodna rezygnacja. Wybór poezji Jan P. Grabowski prezentuje kilkadziesiąt utworów, które powstały od początku 2003 r. Niektóre z nich nawiązują do Malborka – rodzinnego miasta poety. Malborskie klimaty niejednokrotnie zresztą pojawiały się w jego twórczości.

Pogodna rezygnacja. Wybór poezji składa się z dwóch rozdziałów: Złoto i biel. Poezje z 2003 r. oraz Biel i złoto. Poezje z 2004 r.[2] Wśród wielu wierszy przeczytamy charakterystyczne dla Grabowskiego poliptyki i oryginalne tytuły, dla przykładu: 

 

Dyptyk u zarania wiosny

Epizod pierwszy, z muzyką, pt.

Tylko Bach podprowadza nas na próg Tajemnicy

(Albo: Słuchając Pasji według św. Mateusza Jana Sebastiana Bacha,

 w wykonaniu  Collegium Vocale Gent Philippe, a Herreweghe’a),

Epizod drugi, z… fizyką, pt.

A Blask niech roztacza się, ogromnieje, trwa

 

Sięgając po tę publikację czytelnik może spodziewać się, jak zawsze u Grabowskiego, śpiewnych wersetów, refleksji – tych głębokich i tych zwykłych, codziennych, nastroju osobliwego zamyślenia. Odnajdzie typową autorowi przejrzysta formę, w którą ujmie współczesną poezję, zabarwioną metaforami, ciekawie łączonymi słowami, pozbawionymi szczególnego mentorstwa.

Jan P. Grabowski specjalnie nie eksperymentuje. Jest poetą doświadczonym (w 2003 r. obchodził 25–lecie pracy twórczej) i doskonale wie co i jak chce przekazać. A pisać po prostu potrafi. – „Piszę dlatego, bo taki już ze mnie człowiek, że staram się odnaleźć nieco poezji i metafizyki w otaczającymi mnie świecie” – mówi. Przyznaje jednocześnie, że wiersze są jego prawdziwymi wzruszeniami, uczuciami i refleksjami, że nic nie dzieje się, nie powstaje „na siłę”. – „To nie jest tak, że siadam i wymyślam o czym pisać. Obserwuję świat, chodzę na spacery, rozmawiam z ludźmi, czytam np. Swedenborga, słucham Händla, ale zawsze konieczna jest inspiracja. Wtedy może pojawić się wiersz”  – opowiada Jan P. Grabowski.

Trzeba przyznać, że poezja często puka do drzwi tego poety. Grabowski pisze dużo i publikuje niemało. To nie tylko książki, ale również prezentacje prasowe i radiowe audycje. Otrzymał dotąd wiele wyróżnień i nagród. Niedawno od Wojewody Pomorskiego – Medal SINT SUA PRAEMIA LAUDI z okazji 25–lecia twórczości literackiej a od Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej – Złoty Krzyż Zasługi.

Prezentujemy dwa utwory Jana P. Grabowskiego, które znajdą się w Pogodnej rezygnacji. Wyborze poezjiWystarczy spotkać dedykowany najbliższym sąsiadom z ul. Poznańskiej w Malborku oraz Ach, błyski, lśnienia, zorze.

 

Wiersz zadedykowany

moim najbliższym sąsiadom z ul. Poznańskiej, w Malborku

 

Wystarczy spotkać…

 

Wystarczy spotkać sąsiada z ulicy Poznańskiej[3],

a już powstaje – ze słów, ze wspomnień – obraz

tej – a może innej: „tamtej” – ulicy. Bo chociaż

jeszcze jest na planie miasta ulica Poznańska,

 

a jakby jej nie było: takiej gdyśmy mieszkali

tam dom w dom, ogród w ogród – sąsiadowali.

Wyjechała razem z nami, wyprowadziła się…

I teraz jakąkolwiek byś nie zachwycał się ulicą

 

pozostaje ona: niezapomniana ulica Poznańska.

Bo ileż trzeba było ulic przejść by w pamięci

obraz ulicy Poznańskiej zachować: jaką była,

albo jaką chcielibyśmy aby – dzisiaj – była.

 

Bo kiedy rozmawiamy jak sąsiad z sąsiadem ileż

– okazuje się – z tej ulicy można wspomnień mieć.

Nawet na temat zdarzeń na pozór nieważnych,

które tylko tam – nigdzie indziej – mogły się dziać.

 

A ta wszechwładność, wszechobecność ogrodów,

bez których obecności nic nie mogło się obyć?

A to powietrze jakby – pod jesień – jego nadmiar

od woni w złocie i purpurze dojrzałych owoców?

 

A gdzie można było w świetle księżycowym

nawet całą noc przechodzić? Albo pół nocy

na ławce w ogrodzie przesiedzieć obserwując

jak gwiezdny pył powoli cały świat oprósza?

 

W miarę upływu lat ten obraz ulicy Poznańskiej

zachowuje niezmienioną intensywność barw.

I tę chyba nie do końca rozpoznaną przestrzeń,

do której w każdej chwili jeszcze możesz wejść.

 

 

Ach błyski, lśnienia, zorze

 

To dla takiej chwili warto tutaj żyć…

Gdy tymczasem życie niepostrzeżenie umyka.

To dla takiej chwili warto tutaj żyć,

gdy nagle zza chmur Słońce jasno wybłyska,

 

To dla takiej chwili warto tutaj żyć,

chociaż w kalendarzu od niedawna już listopad.

To dla takiej chwili warto tutaj żyć…

Bo więcej lśnień i błysków niż chmur i chłodów.

 

To dla takiej chwili warto tutaj żyć:

dla bieli powietrza słonecznym pyłem oprószonej

To dla takiej chwili warto tutaj żyć:

dla zórz polarnych, które i u nas się pojawiły.

 

Ach, cóż znaczy jedna, druga nieprzespana noc,

kiedy na niebie dzieje się aż tyle ciekawego.

Ach, życie. Życie, jakżeś piękne i nietrwałe jest.

Nawet wobec tych błysków. I lśnień. I zórz.

Aleksandra Lipiec, Pogodna rezygnacja. Artykuł prasowy wydrukowany w „Nowej Gazecie Malborskiej”. Malbork, nr 27 z 8 lipca 2004 r., s. 14.

 

35. Dostrzeżcie piękno, które was otacza – zdaje się mówić Jan P. Grabowski w swoich wierszach. Ten malborczyk z pochodzenia, gdańszczanin z wyboru, pokazuje nam urodę wszystkich rzeczy świata tego. – „Ludzie często mówią: nie czytamy poezji, nie lubimy jej, nie rozumiemy, nie jest nam potrzebna. A jednak, gdy w ich ręce trafia tomik wierszy, bywa że odkrywają w sobie wiele wrażliwości” – mówi poeta Jan P. Grabowski. I podaje przykład trójmiejskiego przedsiębiorcy, któremu sprzedaje swoje książki. Biznesmen nie tylko odnalazł w strofach inny wymiar rzeczywistości. Po części stał się nawet mecenasem poety.

Źródła słów. Jak powstaje wiersz? – „Najczęściej pod wpływem impulsu, inspiracji Naturą, Kulturą, słowem tym wszystkim, co mnie otacza. Odbieram świat nieco inaczej, nie śpieszę się, nie gnam, bardzo często obcuję z przyrodą” – dodaje autor.

Bo jego zdaniem Natura jest wieczna. Zwłaszcza przy naszym mgnieniu życia. Dlatego woli naturalną, nieskażoną cywilizację, otwartą przestrzeń, jezioro, samotne wędrówki, podczas których może kontemplować niepowtarzalną urodę świata, naznaczoną przez Stwórcę. Inspiracją często bywa także muzyka, którą autor chłonie, przekładając świat dźwięków na plastyczne słowa. – „Ale nie stronię od ludzi, mam grono przyjaciół, z którymi wspólnie spędzam czas. Przyjeżdżam też do Malborka, odwiedzam Mamę, chodzę swoimi starymi ścieżkami, mając w pamięci ich dawny obraz, zapach, smak owoców, rozmowy z sąsiadami” – wspomina Grabowski, ujawniając tęsknotę za światem swej młodości, którą spędził w rodzinnym mieście.

I powstają później wiersze pełne ciepła, ale i wzruszających refleksji, w których kipi od literackich symboli, będących dowodem erudycji autora. Coraz częściej dochodzi też do głosu świadomość przemijania. Po kolejnej informacji, że odszedł kolega, znajomy, przyjaciel, bliska osoba. Wtedy na poetyckich strunach pobrzmiewa żal, ale i nadzieja na spotkanie z tymi, których już tutaj zabrakło. Bo poeta nie ukrywa swych religijnych fascynacji.

Misja poety. Kolejna porcja zadziwień, zachwytów, trwóg, smutków i radości zebrała się już w cały tomik, którym Jan P. Grabowski znów chce podzielić się z innymi. To nic, że zaledwie w ubiegłym roku ujrzała światło dzienne Sonata obojowa, którą autor przedstawił mieszkańcom Malborka. Bo odbył się w zamkowej sali wieczór poetycko-muzyczny, poświęcony ćwierćwieczu pracy artystycznej Jana P. Grabowskiego. Literat już przygotowuje do druku kolejną książkę. Tomik Złoto i biel ma ukazać się za kilka miesięcy, właściwie jest już gotowy, skomponowany, zaplanowany.

– „To dzisiaj nie jest takie proste: wydać poezję. Ale my twórcy nie możemy czekać aż inni nas znajdą. To my musimy wychodzić do świata” – tłumaczy. Bo Grabowski nie chce pisać do szuflady. Nie godzi się na zepchnięcie na margines. Jakby naznaczenie szczególną wrażliwością było jednocześnie misją, by pokazać innym, że to, co nas otacza to nie tylko proste sprzęty, że las to nie są zwyczajne drzewa, a inni ludzie to rywale. Że można inaczej, wolniej, bardziej refleksyjnie. Że czasami trzeba przystanąć, podnieść głowę i popatrzeć w zachwycie i zdumieniu na kwitnące drzewo, albo widzieć w zachodzie Słońca nie koniec dnia, ale festiwal barw. I docenić chrześcijańskie wartości, które stanowią fundament naszego stosunku do innych ludzi. I jeśli chociaż jedna osoba po lekturze liryków zarazi się takim spojrzeniem, to zadanie poety zostanie wykonane.

Anna Szade, Szuflada nie dla poezji. Jan P. Grabowski niebawem wyda kolejny tomik. Artykuł prasowy „Dziennik Malborski” Literatura. Poezja, piątek, 6 sierpnia 2004 r., s. 6.

Do artykułu dodane są informacje pt. To już ćwierć wieku zawierająca życiorys artystyczny autora oraz Tomiki pełne nie tylko wierszy zawierająca bibliografię Jana P. Grabowskiego.

Artykuł został uzupełniony wierszem pt. Moja ars poetica z tomu Pogodna rezygnacja.

 

36. Z wykształcenia i zawodu jestem leśnikiem. Moja przygoda z lasem trwa nieprzerwanie od 26 lat. Przez ten czas wiele się o nim nauczyłem i trochę zdążyłem go poznać. W ciągu tych dni i nocy spędzonych w lesie doznawałem i wciąż doznaję uczuć, których w żaden sposób nie potrafiłem wyrazić w sposób, który byłby zrozumiały dla innych. Uczucia te zawsze krążyły gdzieś między mną, Nim, a jak pisze autor, wieczną codziennością.

Poproszony o opinię na temat książki w chwili gdy właśnie ,,przechodziłem obok kolejnego dnia” nie przypuszczałem, że każdy wiersz stanie się dla mnie zwierciadłem, w którym zobaczę i usłyszę moją ,,leśną duszę”. Dzięki tej poezji odżyły na nowo wszystkie barwy, zapachy, westchnienia i magiczna cisza leśnych ostępów. Znowu siedziałem pod wyniosłą sosną w pogodną, księżycową, mroźną noc zauroczony tym skrzącym się srebrem, które mnie otaczało, znowu w osłupieniu wpatrywałem się w brązy pni, zwieńczone ciemną zielenią ściany sosnowego lasu i znowu wiedziałem dlaczego warto żyć, i dlaczego tak trudno nam stąd odchodzić…, znowu przystawałem wdychając delikatnie słodki aromat leśnego kobierca, i znowu…, i znowu…

 Czytając Złoto i biel zrozumiałem, że to moja poezja, moje doświadczenia, moje najgłębsze – intymne wręcz odczucia, których doznaję zawsze gdy wchodzę do… leśnych komnat. Ta poezja mnie urzeka, wzrusza i sprawia, że autor staje się dla mnie kimś wyjątkowo bliskim i …znajomym. Dziękuję.

Jerzy Krefft, opinia na temat książki Jana P. Grabowskiego pt. Złoto i biel. Wybór poezji. Gdańsk, 1 września 2004 r.

 

37. Ocena formalna: recenzowana poezja odznacza się dojrzałością literacką; cechuje ją jasność wypowiedzi, co w poezji nie jest cechą częstą; język prosty, ale piękny, konkretny, nasycony kolorem, stąd adekwatne do treści i formy tytuły: Złoto i biel, Biel i złoto; ogólnie można by streścić ocenę cytowanymi przez Autora słowami Friedricha Hölderlina: „Słowa mu kwitną jak kwiaty”.

Ocena merytoryczna: temat wiodący to światło, jest to poezja światła: To światło wielkiej ciszy; w tym świetle trzy tajemnice: On, Bóg – człowiek – przyroda; Bóg – Tylko Ty i ja, i rozmowa, pytania do Boga: „Panie, dlaczego pozwalasz?”; człowiek – zarówno w doczesności, jak i w eschatonie: „Już prawie wszyscy Tam są”; przyroda – tej jest najwięcej, zauroczenie przyrodą: Klękam przed tobą krajobrazie…, ale bez kosmicznej idolatorii!

Całość z powodzeniem może być dedykowana współczesnemu człowiekowi / homo technicus /.

Wniosek: Wybór poezji nadaje się do wydania!

Prof. dr hab. Roman E. Rogowski, recenzja wydawnicza wyboru poezji Jana P. Grabowskiego pt. Złoto i biel. Wrocław, 5 stycznia 2005 r.

 

38. Nasz – mój i autora prezentowanych tu wierszy – duszpasterz akademicki z czasów studiów polonistycznych na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, jezuita o. Władysław Wołoszyn, przy różnych okazjach składał zazwyczaj te same życzenia: rozpoznania własnych talentów i dokonania właściwych wyborów. Nic ponadto. Ale też co ponadto można życzyć?

Jan P. Grabowski tego właśnie dokonał, o czym najlepiej świadczą kolejne, ukazujące się od ćwierćwiecza książki. Starałem się żadnej – poetyckiej zwłaszcza – nie przeoczyć, o niektórych pisałem… Z prawdziwą satysfakcją poddawałem się poetyckiej aurze, zachowałem w sobie wiele pełnych, a nawet rozbudowanych zdań, wielkiej urody, jak to otwierające zbiór Wiersze wybrane z 1991 roku:

 

Wszystko jakby zmniejszone

przez odległość czasu,

kiedy patrzę za siebie albo niespodzianie

odwiedzam dawne miejsce,

w którym przeżyłem pół – być może – życia.

 

Właśnie ta dykcja poetycka stała się znakiem rozpoznawczym twórczości Jana P. Grabowskiego. Zdania na pozór nie różniące się od prozy, poprzez szczególną organizację brzmieniową, opartą na naturalnej melodyce języka, przekraczały niepostrzeżenie próg codzienności, niby te wypowiadane ongiś przez Psalmistę. Ale przecież nie tylko w tym tkwi tajemnica sztuki poetyckiej autora Łaski widzenia. Poezja to przede wszystkim własne postrzeganie, wydobywanie z otaczającej nas, czy jedynie przeczuwanej rzeczywistości tego, co dla wielu jest niewidoczne. W cytowanym utworze Dom czytamy:

 

Oto obraz przejrzyściejący, ściszony jak szept.

Ściszony jak moje życie.

 

„Obraz przejrzyściejący”, a więc dopiero ujawniający się, może wynurzający z mgły… Nie na mim wszakże poeta zatrzymuje naszą uwagę, raczej na lirycznym komentarzu – najpierw pojawia się zaskakujące, metaforyczne dopowiedzenie: „ściszony jak szept” a dopiero w następnym wersie to ważne wyznanie: „Ściszony jak moje życie”.

Dzięki poezji zyskujemy zarówno możność utrwalenia w słowie naszego zdziwienia niepojętym cudem dzieła stworzonego, jak i szczególny sposób wypowiadania nawet najbardziej intymnych przeżyć bez konieczności obnażania się. Poprzez liryczny obraz czy parabolę więcej można wyrazić niż w rozdzierająco szczerym wyznaniu. Zawsze wszak czynimy to za pośrednictwem języka, a język poetycki, daleki od wszelkiej konwencjonalności, jest w stanie udźwignąć nawet najbardziej subtelne, zwiewne treści.

„Ściszone (…) życie” jest to wyznanie kluczowe, bez przyjęcia którego trudno zrozumieć świat poezji Jana P. Grabowskiego. Autor Łaski widzenia jak mało kto zna wielkość owego daru, od wczesnej młodości żyje bowiem z jakże realną groźbą jego utraty. Stąd szczególnie wzruszające wydają się te słowa, układające się w pełną pokory modlitwę:

 

Dałeś mi Panie łaskę widzenia.

Abym w słowach dostrzegł wszystko to,

czego nie ogarnia jasność światła.

Abym znowu zobaczył

jak kwiaty uwodzą lekkość kolibrów.

Jak poza szkarłatem świtów

rozwija się przeźroczystość wody.

Abym wiedział, że ponad kwarcem gór

czuwają oczy niedotykalnych przestrzeni.

 

Bez trudu możemy odczytać z tego fragmentu, że nie chodzi tu jedynie o potocznie rozumiane widzenie, raczej o ów szczególny dar, jaki niewielu jest dany. Bo żeby poruszać się w otaczającej nas przestrzeni wystarczy – by tak powiedzieć – zwykłe widzenie, pozwalające sięgać po wybrane przedmioty, dotykać bliskich czy poruszać się w określonym kierunku i omijać ewentualne przeszkody. Ks. Jan Twardowski, w którego poezji wielu dostrzega jedynie „biedronki, sikorki i motyle” ( jednak – zdaniem samego autora – „chyba widzą za mało i nie to, co trzeba”), napisał kiedyś: „To, co widzialne, dotykalne, pozwala określić granice niewiadomego i niepoznawalnego. Bez tej jedynej bliskiej miary świata nie dałoby się też dostrzec i pojąć jego nieuchwytnych tajemnic”.

Jan P. Grabowski dzięki bolesnemu, ale przyjętemu doświadczeniu (a takie niemal zawsze bardziej umacnia i wzbogaca niż okalecza), widzi i więcej, i głębiej. Ktoś, kto nie znałby owych uwarunkowań, o których tu mowa, mógłby pisać zapewne o niebywałym sensualizmie poety, rzadko spotykanej wrażliwości na światło, barwy, zapachy, dźwięki. Niemal każdy wiersz potwierdza to przekonanie, niektóre zaś jakby specjalnie w tym celu powstały, by sięgnąć choćby po jeden z najbardziej charakterystycznych, zamieszczony w prezentowanym zbiorze – Nareszcie tyle wokół światła:

 

Nareszcie tyle wokół światła. Wiosna, zatem…

Bo pierwsze burze czają się już na horyzoncie?

Ach, w taki czas z domu jak najprędzej wyjść i

przed siebie – dokądkolwiek, bez pośpiechu – iść.

(…)

Wystarczy wyjść na dwór. Nigdzie się nie śpieszyć.

Bo dokąd, po co i gdzie? Przecież maj i wiosna

wszędzie już są i wystarczy przed siebie pójść:

w dowolna stronę. W tym wszechogarniającym świetle.

 

I oddychać nim. I poczuć jego smak i lekkość.

Jeszcze wiele wokół ponurych twarzy: jakby myśli

cięższe były od powietrza. I nigdzie żadnego uśmiechu.

A przecież wystarczy dostrzec wiosnę, jej światło.

 

I jak nagle coraz więcej blasku się staje. I ciągle

z każdą chwilą – przybywa, ogromnieje… stąd

i tak naprawdę nie wiadomo dokąd. Bo żadnym

zmysłem, nawet wyobraźnią, już nie do ogarnienia.

 

Końcowa strofa, puentująca całość wypowiedzi, jak celna puenta właśnie, przerzuca prezentowane treści w zupełnie inny, metafizyczny wymiar. I dopiero z tej perspektywy dostrzegamy jak bardzo konsekwentnie buduje autor rzeczywistość swojej poezji.

Zwróćmy uwagę na niebywałe zróżnicowanie czynności, która otwiera akcję liryczną wiersza pt. „Ach, w taki czas z domu  j a k  n a j p r ę d z e j  w y j ś ć  i / przed siebie – dokądkolwiek,  b e z  p o ś p i e c h u  –  i ś ć”.

 Zamknięta przestrzeń domu izoluje człowieka od przyrody, wielkiego dzieła Stwórcy. Bohater prezentowanych wierszy wydaje się czekać na pierwszy sygnał, wzywający do wyjścia i zanurzenia się w naturze, która u niego ma wymiar sakralny. Stąd ów pośpiech, kończący się wszakże od razu po przekroczeniu progu domu. W przestrzeni sakralnej bowiem nie ma mowy o linearnej wędrówce, dlatego bohater podąża – powtórzmy – „przed siebie – dokądkolwiek, bez pośpiechu…”, jakby przestały obowiązywać fizykalne wyznaczniki czasu i przestrzeni. Pragnie znaleźć się w lesie, wśród drzew, „które – by odwołać się raz jeszcze do ks. Twardowskiego – mają w sobie coś ze wspomnienia raju” albo udać się nad jeziora, zapewne też i dlatego, że – jak czytamy w Biblii – od pierwszych dni stworzenia „Duch Boży unosił się nad wodami…”

Bohater prezentowanych tu wierszy bardzo często przebywa nad jeziorami. To z pewnością najbardziej znaczący motyw, rzutujący na cały zbiór, o głęboko przemyślanej kompozycji. Chciałbym szczególnie podkreślić ten wymiar najnowszej propozycji poetyckiej Jana P. Grabowskiego, gdyż zarówno podtytuł: Wybór poezji, jak i chronologiczny układ mogą okazać się mylące. Gromadząc wiersze powstałe w dwu kolejnych latach, autor od początku podporządkował je wyrazistej wizji artystycznej, wyznaczając ważną rolę zabiegom kompozycyjnym.

Pierwszy utwór należy uznać za sui generis introdukcję, wprowadzenie, rozwijane następnie w kolejnych odsłonach:

 

Co to za pora roku,

gdy – pod podwójnym lodem –

jeszcze śpi jezioro

a już cała przestrzeń do jasności

– do wiosny – się garnie?

(…)

Co to za pora roku:

zima, czy już przedwiośnie?

Bo w powietrzu jest coraz więcej światła.

I chociaż to koniec stycznia

nigdzie nie ma śniegu. Tylko chłód i spokój.

I jak gdyby… niekończące się oczekiwanie…

 

Przyroda, tak konkretna, że wiele z tych wierszy mogłoby się znaleźć w każdej antologii poświęconej porom roku, jest – jak w poezji mistycznej – przede wszystkim progiem, za którym, odwołując się do Pieśni o Bogu ukrytym Karola Wojtyły, zaczynają się „Dalekie wybrzeża ciszy…” I nie są to jedynie domysły oparte na interpretacji poetyckich metafor, o czym świadczy środkowa część cytowanego utworu:

 

Nie znajdziesz w mieście także i tej pory roku.

A czyż inne pory roku są w mieście do odnalezienia?

Bo choćbyś nie wiem ile szukał,

dzień w dzień wąskimi ulicami chodził

zawsze to będzie tylko pogoń za codziennymi sprawami.

I najczęściej – nie do rozwiązania.

Bo Kto inny – nie stąd i nie ty – te sprawy rozwiązuje.

Któż jednak pamięta o tym podobnie

jak i ty codziennie chodząc zawsze tymi samymi ulicami?

 

Zanik poczucia sacrum sprawił, że – niby biblijna Marta – „troszczymy się i niepokoimy o wiele”, zapominając, że „potrzeba mało albo tylko jednego”. Niewielu, wzorem Marii, wybiera „najlepszą cząstkę, której nie będziemy pozbawieni” (Ł 10, 41–42).

Autor Pogodnej rezygnacji, pamiętając o biblijnym przesłaniu, że „Nie samym chlebem żyje człowiek, ale wszelkim słowem, które wychodzi z ust Pańskich” (Pwt 8,3), potrafi wsłuchiwać się w ów tajemniczy głos i niby Abraham gotów jest wyruszyć na każe wezwanie. To w tym kontekście – jak widać choćby na przykładzie wiersza Spotkanie. Albo: Koncert wiosny – należy czytać prezentowany tu zbiór:

 

Tylko Ty i ja. Tylko ja i Ty. 

Któryś mnie tu przywiódł

– na tę słoneczną polanę –

na pierwszy koncert wiosny.

 

Tylko Ty i ja. Sam na sam.

Zagubiony gdzieś na skraju boru?

Wśród strzelistych świerków,

pod ich ciemną ciszą sięgająca nieba?

 

Zagubiony? Odnaleziony raczej.

Na pewno odnaleziony przez Ciebie.

I nareszcie sam na sam. Z Tobą.

W widzialności stworzonego świata.

(…)

 

Taka postawa sprawia, „że Niewidzialne (…) staje się Widzialnym”, i nie jest to sprawa zmysłów czy wrażliwości; bohater po prostu wie, „że również Niewidzialne istnieje”.

Poeta-mistyk w tej sytuacji nierzadko milknie lub zwraca się do Stwórcy, by pozwolił mu trwać na owych „dalekich wybrzeżach ciszy”. Jan P. Grabowski, nawet rozmawiając z Bogiem, nie przestaje dostrzegać piękna świata stworzonego, zwłaszcza przyrody. Ma, oczywiście, świadomość, że „najważniejsze jest, / tak naprawdę, aby z dnia na dzień przeżyć / nie za bardzo i rzadko wstecz się oglądając…”, „No bo ileż światłem / można się zachwycać i zdumiewać pogodą? / Ileż można dróg, ścieżek szukać jeżeli wiadomo, / że jest jedna: narodziny, chwilę – życie, śmierć.” Ale nawet wówczas pragnie „Wyjść i / naprzeciw nieba stanąć. I ciemnozielony dostrzec / kolor nocy. I stać tak do świtu. Z głową uniesioną.”.

Dzięki temu mogły powstać wiersze pełne codziennego zachwytu nad wszystkim, co jest człowiekowi dane doświadczyć i przeżyć. Nie każdemu wszakże, ale temu, kto potrafi przyjąć wszystko jako dar i dostrzec piękno – by nawiązać do słownika poetyckiego autora – w każdej kropli światła i wody, grudce ziemi i hauście powietrza, w każdym budzącym się dniu i nastającej nocy:

 

Powracam, znowu powracam. Zostawiam

za sobą kilka dni na brzegu jeziora. Pogodę

zmienną lipca: ulewy i na przemian… deszcze

z błyszczącym skrawkiem Słońca na obrzeżu.

Ledwie wyjechałem, a już znowu chcę wracać.

(…)

I nie pozostawało mi już nic innego jak wieczorem wyjść i

powitać (…)

późny Księżyc. I wtedy jeszcze kilka chwil zostałem

w rozbielonej przestrzeni – światła, nocy, wody.

(…)

Powracam. Znowu Tam powracam. Na brzeg jeziora,

gdzie można się oddać „modłom na cześć natury”.

Odświętnym rozmowom. Tuż obok, na obrzeżu zwykłej,

bo na wyciągnięcie dłoni, wiecznej codzienności.

 

Wszyscy – „w półmroku żyjemy”, najczęściej „nie zdając sobie z tego sprawy”. Niewielu też dana jest Łaska „nagłego olśnienia”, które sprawia, że porzucamy ów półmrok i wybiegamy w światło.

Dobrze więc, że są takie wiersze – jak w Pogodnej rezygnacji – po które zawsze możemy sięgnąć. Dlatego warto je mieć jak najbliżej, najlepiej w zasięgu ręki”.

Waldemar Smaszcz, Wystarczy być. I mieć prawie pewność dotykalnej – nieobojętnej – Jego tu obecności. Wstęp do książki Jana P. Grabowskiego Złoto i biel. Wybór poezji. Białystok, 19 stycznia 2005 r.

 

39. Jan P. Grabowski urodził się w Malborku. Ukończył filologię polską na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Od 1982 r. mieszka w Gdańsku. Debiutował, jako prozaik 1 grudnia 1977 r. opowiadaniem drukowanym na łamach tygodnika „Literatura” w Warszawie. Natomiast, jako poeta – 19 marca 1978 r. audycją poetycką na antenie Polskiego Radia.

Wydał dotychczas 13 pozycji książkowych – powieść, dwa zbiory opowiadań i dziesięć książek poetyckich. Jest laureatem wielu ogólnopolskich konkursów literackich, w tym także nagród za pierwsze miejsca i nagród Grand Prix. Został również uhonorowany dwukrotnie Nagrodą Prezydenta Miasta Gdańska i Nagrodą Marszałka Województwa Pomorskiego. Od Wojewody Pomorskiego otrzymał – z okazji 25–lecia twórczości literackiej – Medal Sint Sua Praemia Laudi (jest to Medal, który przyznaje Wojewoda Pomorski osobom lub organizacjom za wybitne zasługi dla Województwa Pomorskiego), a od Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej – Złoty Krzyż Zasługi.

Weronika Cybulska: Z urodzenia jest pan malborczykiem. W Malborku, co warto podkreślić, przemieszkał pan 34 lata. Teraz mieszka pan w Gdańsku, studiował w Toruniu, a jest członkiem Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Kim, więc pan jest, gdzie są pańskie korzenie?

Jan P. Grabowski: Z urodzenia, istotnie, jestem malborczykiem. Malbork, jego okolice, zwłaszcza tzw. Nowej Wsi, a szczególnie ul. Poznańskiej i całej przestrzeni na południe aż do jeziora na Dąbrówce, a także obszar na wschód aż do szkoły podstawowej nr 4, do której uczęszczałem – to moje „ziemie rodzinne”, moja młodość, moja arkadia, bez której nie byłoby chyba mojej twórczości literackiej.

Jestem więc malborczykiem, a moje korzenie sięgają Kresów Wschodnich, skąd, z okolic Łucka, zostawiając cały majątek, przyjechali do Malborka w 1945 r. moi Rodzice.

Pamiętam, trochę jednak już bardziej jako sen, niż realność lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte XX wieku. Pamiętam nade wszystko wspaniałe opowieści ludzi, którzy przyjechali z Kresów Wschodnich, a także serdeczność tych ludzi na co dzień pomagających sobie w każdej sytuacji, a także nie do zapomnienia ogrody i sady, pola i stawy Nowej Wsi i okolic. I wszechogarniający zapach kwiatów i owoców. I gwiazdy na jesiennym, zwłaszcza, niebie…

Cybulska: A jaki wtedy był Malbork, jako miasto, które pan zapamiętał?

Grabowski: Właśnie, w latach pięćdziesiątych XX wieku mówiło się w Nowej Wsi „jedziemy do Malborka” jakby miasto było nie wiadomo jak daleko. Malbork był zaledwie na odległość wzroku, słychać było dzwony z wież kościelnych, a jednak oddzielony był przestrzenią pól i przez to Nowa Wieś stanowiła jakby zamkniętą enklawę zieleni, domków jednorodzinnych i życia, które toczyło się w rytm pór roku i pogody, w rytm uroczystości rodzinnych: narodzin, ślubów i pogrzebów.

Do Malborka chodziło się na zakupy, w niedziele do kościoła, nad Nogat i do kina. Któż jeszcze pamięta wspaniałą świetlistą, pachnącą tatarakiem wodę w Nogacie. W letnie miesiące, zwłaszcza w wakacje, nad Nogat przychodził kąpać się, popływać, popatrzeć na wodę kto tylko mógł. Pamiętam, że w szkole średniej pływaliśmy nie tylko wszerz, ale także i wzdłuż Nogatu.

Centrum kultury było wówczas kino „Capitol” z najprawdziwszymi fotelami obitymi bordowym pluszem. Cóż to było za kino i cóż to były za filmy: zaczynając od świetnych filmów takich jak Czterdziesty pierwszy, czy Lecą żurawie, poprzez westerny Jeździec znikąd, W samo południe, Złamana strzała kończąc na Ryszardzie III.

Cóż teraz zostało z kina „Capitol” wystarczy spojrzeć: aż przysłowiowa łza się w oku kręci. O Malborku, z tego co wiem, powstają różne historyczne książki. Moim zdaniem ciekawe byłoby przedstawić dzieje Malborka na podstawie losów kina „Capitol”.

Cybulska: Czyli od czasów świetności „foteli z bordowego pluszu” aż do całkowitej degrengolady i upadku? Podjąłby się pan napisania takiej książki?

Grabowski: Dlaczego nie. Gdyby wyszła taka propozycja… Bo szkoda mi tego kina, bo przecież nie tylko o sam gmach tu idzie. To chyba właśnie kino, jako najważniejsza forma sztuki, przybliżało świat do Malborka i Malbork do świata.

Rzeka Nogat, kino „Capitol”, a także miejski park, do którego w każdej chwili, wprost z dawnego wiaduktu kolejowego wiodącego na Piaski, można było zejść są dla mnie symbolami dawnego „sielskiego” Malborka. Kiedy jednak niedawno któregoś razu chciałem zejść do parku okazało się, że schody… zawisają w powietrzu. Napisałem nawet o tym wiersz.

Cybulska: Wróćmy jednak do pana młodości w Malborku. Lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte, a także i później to przecież okres tzw. „realnego socjalizmu”. W sumie Malbork był wtedy, a czyż nie jest i teraz, niewielkim, prowincjonalnym, szarym miastem, z którego chciałoby się tylko uciec? Pan także stąd wyjechał.

Grabowski: Cechą młodych ludzi jest ciekawość świata. Studiowałem polonistykę w Toruniu. Po ukończeniu studiów mogłem zamieszkać w stolicy ówczesnego województwa elbląskiego tj. w Elblągu. Były nawet pewne propozycje z Gorzowa Wielkopolskiego, gdzie mieszkał mój brat i tworzono nowy oddział literatów. To jednak w Gdańsku, w połowie lat siedemdziesiątych, był jeden z najciekawszych ośrodków młodoliterackich. I to właśnie z Gdańska, z Wydawnictwa Morskiego, przyszła propozycja wydania w formie książki nagrodzonych i wyróżnionych na ogólnopolskich konkursach literackich opowiadań.

Cybulska: Zabójstwo Ahuramazdy to bardzo przewrotny tytuł i jest to bardziej nowofalowa powieść lub raczej powieści w opowiadaniach, niż zbiór opowiadań. Tą książką w 1979 r. pan zadebiutował. A rok potem wyszła pańska minipowieść Ukryte spojrzenie. W 1993 r. wyszła jeszcze powieść Strefa nocy, która jest metaforą, może nawet parabolą, stanu wojennego, lecz, tak naprawdę jest pan, od samego początku swojej drogi twórczej, poetą.

Czy w tych bardzo trudnych czasach można jeszcze być poetą?

Grabowski: Nawet Friedrich Hölderlin w swoim słynnym utworze pt. Chleb i wino mówi: „I w ogóle na co komu w tym marnym czasie poeci?” Nigdy więc nie było łatwych czasów dla poetów. Cóż jednak jest warte życie bez sztuki, bez poezji?

Cybulska: Pan wybrał polonistykę. Czy z zamiarem, że zostanie pisarzem, poetą?

Grabowski: Prawie każdy młody człowiek, który wybiera polonistykę chyba myśli o pisarstwie lub o dziennikarstwie. W moim przypadku było trochę inaczej: interesowałem się nade wszystko sztuką i literaturą, bardzo lubiłem czytać książki. Na studiach spotkałem wspaniałych wykładowców, zresztą sam Toruń z jego niepowtarzalną atmosferą przyczynił się do tego, że zacząłem pisać.

Cybulska: Pan, zatem wybrał polonistykę, a literatura i poezja wybrały pana. Tak można to określić?

Grabowski: Tak chyba właśnie się stało. Poza tym aby zostać pisarzem wcale nie trzeba skończyć polonistyki. Wypada nade wszystko interesować się wieloma rzeczami: od filozofii, historii aż po astronomię i mineralogię. Trzeba nade wszystko umieć, albo próbować umieć, ciągle poszukiwać formy dla treści. I wtedy może czasami pojawia się Poezja. Bo fakt, że ktoś pisze wiersze wcale nie znaczy, że jest poetą. Być poetą to umieć spostrzegać świat w jego wymiarze realnym, ale i metafizycznym, to także umieć wydobywać z Niewidzialnego – Widzialne. Czyli jak pisze znakomity, XIX-wieczny poeta angielski William Blake: „W ziarenku piasku ujrzeć Świat cały/Całe Niebo – w kwiatku koniczyny/Nieskończoność zmieścić w dłoni małej/Wieczność poznać w ciągu godziny.”. Niewielu to się udaje. Może udało się tylko Williamowi Blake?

Cybulska: W niedawnym XX wieku, a szczególnie w wieku XIX, świat sztuki był elitarny, natomiast odbiór egalitarny. Teraz chyba nastąpiło zjawisko odwrotne: sztuka jest egalitarna, odbiór jest elitarny. Innymi słowy: w np. twórczości poetyckiej niemal wszyscy piszą wiersze tylko nie ma kto ich czytać. Czy tak nie jest?

Grabowski: Zgadzam się z Panią, ale tylko po części. Parafrazując słowa znanej piosenki… „pisać każdy może”. Każdy też może swoją twórczość wydać. Wydanie tomiku poetyckiego własnym sumptem to teraz niewielki problem. Powstaje jednak pytanie: czy to jest Sztuka, czy to jest Poezja?

Pamiętam, kiedy byłem tzw. początkującym literatem czasami buntowałem się przeciwko ocenom znanych poetów, którzy na pierwszy rzut oka potrafili ocenić wartość wiersza. Teraz, kiedy sam zajmuję się twórczością literacką od przeszło 25 lat wiem, że jest to możliwe. I nie jest to wcale kwestia tylko doświadczenia, ale także lektur najprawdziwszej Poezji tej rangi Poetów jak: Leśmian, Miłosz, Brodski, Keats, Blake, by pozostać tylko przy niektórych nazwiskach. Po takich lekturach niemal z miejsca potrafię odróżnić dobry wiersz od złego.

Cybulska: Czy wśród dzisiejszej poezji spotyka pan dobrą poezję, taką, którą można polecić do czytania?

Grabowski: Bardzo mało, prawie wcale. Chociaż niekiedy zdarzają się zjawiska niecodzienne. Trzeba mieć ponadto dużo odwagi by pisać po właśnie tych poetach, których wymieniłem.

Cybulska: A pan? Pan ma taką odwagę? Po co i dla kogo pan pisze?

Grabowski: Najprościej byłoby odpowiedzieć: piszę dla tych, którzy chcą czytać także moje wiersze. Którzy chcą razem ze mną odkrywać, podziwiać, poznawać na pozór znane, lecz tak naprawdę nieznane światy, przestrzenie, zjawiska. Czy mam odwagę? A cóż innego mi pozostaje, jak wykorzystać, możliwie jak najlepiej, czas życia i wiadomości wyniesione ze studiów, przemyślenia, obserwacje, doznania…

Cybulska: Taką zapewne możliwość daje także najnowsza Pana książka pt. Pogodna rezygnacja, w której przedstawia pan swoje najnowsze wiersze. W utworach tych widać pana zauroczenie Naturą, Przyrodą, zachwyt urodą jezior kaszubskich, a także okolic Malborka i samego Malborka, w którym odnajduje pan poetyckie klimaty i nastroje.

Znany krytyk literacki Waldemar Smaszcz, specjalista od poezji ks. Jana Twardowskiego, o pana nowej książce pisze m. in. „Autor Złota i bieli pamiętając o biblijnym przesłaniu, że „Nie samym chlebem żyje człowiek, ale wszelkim słowem, które wychodzi z ust Pańskich” potrafi wsłuchiwać się w ów tajemniczy głos i niby Abraham gotów jest wyruszyć na każde wezwanie”.

Pan, w swoich poezjach wyrusza na każde wyzwanie, o czym można dowiedzieć się w najnowszych, pełnych światła i metafizyki, ale także i owej niepokojącej, tajemniczej „pogodnej rezygnacji” utworach.

A teraz chciałabym zapytać Pana o marzenia…

Grabowski: Związane z Malborkiem?

Cybulska: Oczywiście, że tak. Bo przecież jest to wywiad dla Nowej Gazety Malborskiej.

Grabowski: Dziękuję „Nowej Gazecie Malborskiej” za zainteresowanie także moją twórczością literacką. To dobrze, że Redakcja dostrzega nie tylko sprawy społeczne i politykę, ale również i poezję, która do życia, do pełnego życia, jest potrzebna.

A wracając do Pani pytania. Chciałbym – i jest to nie tyle marzenie, co życzenie – aby w Malborku mógł ukazywać się, wzorem innych miast, chociażby rocznik, w którym mogliby zaprezentować swoją twórczość malborscy i związani z Malborkiem m. in. literaci i plastycy, których twórczość znam i bardzo sobie cenię. Może władze Miasta i Powiatu oraz Muzeum Zamkowego mogliby wspomóc tę inicjatywę? Trochę mi, takiego rocznika – jako malborczykowi – brak. Warto, bowiem dostrzec tych, których wybiera Sztuka i Poezja.

 Niedawno do moich rąk trafił wspaniały, edytorsko, kalendarz na 2005 r. ze znakomitymi zdjęciami dawnego Malborka. W Malborku, zatem są, i mogą być, realizowane ciekawe artystycznie rzeczy i zjawiska.

Weronika Cybulska: Bardzo dziękuję za rozmowę”.

Weronika Cybulska, Dostrzec tych, których wybiera Sztuka i Poezja. Wywiad prasowy wydrukowany w „Nowej Gazecie Malborskiej”.  Malbork, nr 6 z 10 lutego 2005 r., s. 10.

 

40. Przypadł mi niewątpliwy zaszczyt przypomnienia – a niektórym z Państwa – przedstawienia po raz pierwszy niezwykłego człowieka – Jana Piotra Grabowskiego: Pomorzanina, pisarza i poety.

Pomorzanina, bo urodził się w Malborku, mieszka w Gdańsku, a najlepiej oddycha pośród malowniczych krajobrazów Szwajcarii Kaszubskiej. I wszystkie te miejsca kocha, a miłość tę wyraża przede wszystkim w słowach… nie, według mnie można je określić jako obrazy poetyckie malowane słowem na kartkach kolejnych książek.

Książek, z których każda jest manifestem woli człowieka, który ma tak wiele do przekazania, tak wiele wokół siebie i w sobie dostrzega, że pomimo dwudziestopięcioletniej pracy twórczej urzeka wielu z nas umiejętnością wciąż nowego odkrywania świata. Świata zresztą na pozór dobrze nam znanego, nużącego nas wręcz często swoją oczywistą codziennością, a przecież, dzięki wrażliwości pisarza odsłaniającego nieznane nam, czy też niedostrzegane oblicze.

Właśnie ta zdolność dostrzegania piękna w każdej ulotnej chwili przemijającego czasu, a – co najważniejsze – umiejętność wyrażenia za pomocą słów zachwytu nad owym pięknem – świadczą o niepospolitej wręcz wrażliwości i ogromnym talencie pisarza.

Obrazy kreowane w wierszach poety to jedna z cech najnowszego zbioru, zatytułowanego Złoto i biel. Wybór poezji. Druga cecha to – muzyka, ponieważ w utworach pana Janka zawsze brzmi muzyka (przecież jego poezja to nade wszystko nieograniczona gama kolorów, feeria zapachów i ogromne bogactwo dźwięków).

Aby zadośćuczynić wymogom formalnym spotkania autorskiego powinnam teraz przedstawić Państwu dotychczasową twórczość autora. Jest ona bardzo bogata, uhonorowana została wieloma nagrodami, odznaczeniami i wyróżnieniami. Omówienie jej zajęłoby mi połowę tego wieczoru. Ponieważ uważam, że najważniejsza jest sama poezja tylko w kronikarskim skrócie przypomnę, iż: pisarz debiutował 1 grudnia 1977 r. w tygodniku „Literatura” w Warszawie, a debiut książkowy miał miejsce w roku 1979. Był to zawierający nagrodzone i wyróżnione na ogólnopolskich konkursach literackich utwory tom prozy zatytułowany Zabójstwo Ahuramazdy. Kolejne książki to: Ukryte spojrzenie, Dotknięcie mroku, Żółta poczekalnia, Deszcz i płomień, Łaska  widzenia, Wiersze wybrane, Strefa nocy, Szkarłat i błękit. W 1997 r. dzięki prezydent Miasta Gdyni Franciszce Cegielskiej ukazał się szczególnie mi bliski Kolor chryzoprazu, w 1999 r. tom Światło popielate, następnie zbiór zatytułowany Poezje wybrane (promocję tej książki, w przepięknej oprawie muzycznej wykonywanej przez wirtuozów Cappelli Gedanensis, miałam także zaszczyt prowadzić). W roku 2003 ukazała się drukiem Sonata obojowa – a w dniu dzisiejszym posłuchają Państwo utworów z przygotowanego do druku i złożonego w wydawnictwie zbioru pt. Złoto i biel. Wybór poezji.

Wspominałam o licznych nagrodach i wyróżnieniach, jakie za twórczość otrzymał autor wymienionych książek. Ponieważ wyliczenie ich także zabrałoby sporo czasu, więc mam nadzieję, że zarówno Państwo, jak i pan Janek, wybaczycie mi, iż wymienię tylko niektóre z nich:

Laur Pogórza Ciężkowic, za wygranie III Ogólnopolskiego Konkursu Poezji „Piękno Pogórza” zorganizowanego przez m. in. Centrum Ignacego Jana Paderewskiego,

 Laur Liścia Akantu, za wygranie, w 1995 r., Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego Miasta Olsztyna,

Grand Prix oraz Nagroda Marszałka Województwa Pomorskiego w XVII Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Mieczysława Stryjewskiego.

 A ponadto: dwukrotnie (w 1997 i 2003 r.) Nagroda Prezydenta Miasta Gdańska,  Medal Sint Sua Praemia Laudi (jest to Medal, który przyznaje Wojewoda Pomorski osobom lub organizacjom za wybitne zasługi dla Województwa Pomorskiego) oraz Złoty Krzyż Zasługi.

Tyle tytułem – z konieczności, dość obszernego – wstępu.

Kiedy rozmawiałem z panem Jankiem kilka dni temu, wyznał mi, że czuje obawę, czy spełni Państwa oczekiwania, że być może liryczna melodia zawarta w słowach jego wierszy – po prostu nie dotrze do przedstawicieli dzisiejszego stechnologizowanego świata. Powiedziałam mu, że niepotrzebnie się obawia! Ludzie, którzy przychodzą na wieczór poezji lub sięgają po poetycki tomik nie oczekują przecież realistycznego opisu procesów technologicznych! Myślę, że chcą się upewnić „czy to piękno, którego do chwili obecnej nie potrafili nazwać – istnieje wokół nich i w nich samych, że można je jednak ubrać w słowa.”.

Wyraził to pięknie pan Jerzy Krefft, który po przeczytaniu Złota i bieli. Wyboru poezji napisał:

„Z wykształcenia i zawodu jestem leśnikiem. Moja przygoda z lasem trwa nieprzerwanie od 26 lat. Przez ten czas wiele się o nim nauczyłem i trochę zdążyłem go poznać. W ciągu tych dni i nocy spędzonych w lesie doznawałem i wciąż doznaję uczuć, których w żaden sposób nie potrafiłem wyrazić w sposób, który byłby zrozumiały dla innych. Uczucia te zawsze krążyły gdzieś między mną, Nim i – jak pisze autor – „wieczną codziennością”.

Poproszony o opinię na temat książki w chwili gdy właśnie ,,przechodziłem obok kolejnego dnia” nie przypuszczałem, że każdy wiersz stanie się dla mnie zwierciadłem, w którym zobaczę i usłyszę moją ,,leśną duszę”. Dzięki tej poezji odżyły na nowo wszystkie barwy, zapachy, westchnienia i magiczna cisza leśnych ostępów. Znowu siedziałem pod wyniosłą sosną w pogodną, księżycową, mroźną noc zauroczony tym skrzącym się srebrem, które mnie otaczało, znowu w osłupieniu wpatrywałem się w brązy pni, zwieńczone ciemną zielenią ściany sosnowego lasu i znowu wiedziałem dlaczego warto żyć, i dlaczego tak trudno nam stąd odchodzić…, znowu przystawałem wdychając delikatnie słodki aromat leśnego kobierca, i znowu…, i znowu…

 Czytając Pogodną rezygnację Wybór poezji zrozumiałem, że to moja poezja, moje doświadczenia, moje najgłębsze – intymne wręcz odczucia, których doznaję zawsze, gdy wchodzę do… leśnych komnat. Ta poezja mnie urzeka, wzrusza i sprawia, że autor staje się dla mnie kimś wyjątkowo bliskim i …znajomym. Dziękuję”.

Kiedyś nazwałam Jana P. Grabowskiego poetą niezwykłym. Posiada on właśnie niezwykłą wprost umiejętność uchwycenia tego, co wszyscy widzimy, ale większość z nas nie dostrzega. On – umie każdej rzeczy i zjawisku nadać swoistą rangę wyjątkowości i piękna. Przykład? Proszę bardzo! Pamiętacie Państwo jak wygląda smutny, szary listopad na ul. Długiej. Szary i smutny?! Posłuchajcie! Przecież:

 

Pięknie tu, bo pusto.

Tylko kilku przechodniów zakłóca

swoją przypadkową i zziębniętą obecnością

majestat południowej godziny.

Ziąb. Znad zatoki dmie wiatr północny

wlokąc ciężkie chmury. Z deszczem i śniegiem.

Wówczas nagle ciemność się staje i miasto znika 

w gęstej zadymce. Ale mrok szybko odpływa.

Przejaśnia się, a na ścianach pojawia… ukośny blask Słońca.

(…)

Pięknie tu, lecz pusto. Smutek? Ogarnia? 

Nic podobnego. Raczej… zastanowienie

nad umykającym czasem. I zdziwienie. I zachwyt

nad przemieniającą się tu świata postacią. 

(Listopad. Gdańsk. Ulica Długa. Dyptyk listopadowy. Epizod pierwszy: z 1995 r.)

 

W każdym swoim wierszu poeta przekazuje nam oczywistą prawdę o naszym życiu. Chce, abyśmy zrozumieli to, co on zrozumiał już dawno, że przede wszystkim: 

 

Nikt ci żadną kradzieżą

nie odbierze tego,

co doznasz: co zobaczysz, co

weźmiesz w dłonie…

(Nikt ci żadną kradzieżą)

 

Czytając wiersze pana Grabowskiego mam często wrażenie, że autor trzyma w dłoniach cały świat. Bo tu i teraz obdarzeni zostaliśmy cudem istnienia, który potwierdzają doznania naszych zmysłów: wzroku, słuchu, smaku i powonienia. Nie wszyscy jak poeta czują „dotyk nocy”, świat przyrównują do obrazu „kolibra roztrzepotanego na tle majestatycznej bieli”. Ale przecież nie darmo pisarz ukochał muzykę baroku. I chociaż zarysowuje się pozorna sprzeczność między pastelowymi barwami, jakimi maluje krajobrazy kaszubskie, wyraża podziw dla piękna boru, to zauważcie Państwo, że bogactwo i różnorodność tych barw jest charakterystyczna również dla brzmień barokowej muzyki.

Jan P. Grabowski zarówno muzykę, jak i naturę traktuje jak świętość. Stanowią dla niego swoiste sacrum, co zresztą otwarcie wyraża w słowach: „Klękam przed tobą – krajobrazie – czoła pochylam przed twą świętością”.

Pokora, a jednocześnie dialog z Bogiem. Dialog, w którym na jego dziękczynne słowa pełne zachwytu nad tym, co otrzymał od Najwyższego – otrzymuje jeszcze więcej: „ponadczasową zdolność odczuwania i odkrywania”. I mam wrażenie, że pomimo pogodnej rezygnacji, jaką wywołuje u poety świadomość upływającego czasu, nieuchronność losu zapisanego w świętych księgach drzemie w nim przekonanie, że nie wszystko zostało jeszcze przed nim odkryte! To wielkie „Nieznane” ukrywa się, być może, w trzepocie liści w Parku Oliwskim, może w skrzypiącym, lśniącym diamentową bielą śniegu na leśnej przecince, a może w opowieściach wiatru, który wszędzie był i wszystko widział:

 

1.

Od kilku dni wiatr odwiedza moje strony.

Obecny niemal wszędzie również i mnie

zagarnął nagle, w swoje władanie wziął,

kiedy wyszedłem, aby z nim się spotkać.

Bo gościem moim jest z nieznanych stron,

których ja nigdy nie odwiedzę. Zapewne

tylko on je zna i może gdzie chce przebywać.

Bo nie ma nigdzie dla niego żadnych granic.

 

Jasność, czy mrok. Dzień słoneczny albo

i deszczowy nie są dla niego utrudnieniem.

Na niebie często widać go: jak pośród chmur

wędruje i zabiera je w swój powietrzny świat.

 

2.

I mnie by chyba zabrał stąd. I nie wiem sam,

i zastanawiam się: czy wyrazić na to zgodę?

Czy nie poddać się mu? Bo czyż i zmysłom –

ich złudzeniom – nie poddajemy się tak samo:

bezwiednie, mimowolnie? A może świadomie?

Aby zapomnieć, aby już nie wiedzieć o tym,

co – jakiż los – nas tutaj jeszcze… zatrzymuje.

Albowiem codziennie na swój wiatr czekamy?

(…)

(Od kilku dni wiatr odwiedza moje strony)

 

Zapraszam w podróż, w krainę poezji Jana P. Grabowskiego. Obiecuję Państwu ucztę duchową i mam nadzieję, że słowa poezji Jana P. Grabowskiego otworzą Wam oczy na piękno. Jeśli tak, to jest to wielka nagroda dla poety. Bo cóż może być ważniejszego dla twórcy niż zbudzenie ze snu ukrytej w nas wrażliwości? Może po tych wierszach będziemy inaczej patrzeć na świat, może staniemy się innymi ludźmi?

Zofia Gołub-Kowalska, O zdolności dostrzegania piękna w każdej, ulotnej, chwili przemijającego czasu.

(Tekst wygłoszony podczas spotkania autorskiego z Janem P. Grabowskim (Dnia 9 marca 2005 r., o godz. 1730 – środa – odbyło się spotkanie autorskie, przy współorganizacji Wiolety Leszkowskiej-Chmary, kierowniczki filii nr 13 przy ul. Igielnickiej w Gdańsku Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej w Gdańsku. Prowadzenie: Zofia Gołub-Kowalska. Recytacje: Jerzy Kiszkis. Oprawa muzyczna: Leszek Zawisza, saksofon altowy).

 

41. 

Jednak zostanie po mnie ta siła fatalna,

Co mi żywemu na nic… tylko czoło zdobi–

Lecz po śmierci was będzie gniotła niewidzialna,

Aż was zjadacze chleba – w aniołów przerobi.

Juliusz Słowacki Testament mój

 

Ja, zjadacz chleba, zastanawiając się od czasu do czasu – na przekór codzienności – nad tym, w czym tkwi moc poezji, nie potrafię oderwać się w tej kwestii od myśli Słowackiego i uporczywie pojmuję ją jako możliwość przekształcania pospolitego we wznioślejsze. Ostatnio przeczytałam tom wierszy autorstwa Jana P. Grabowskiego i zapytałam sama siebie – czy poeta przerobił mnie w anioła? Nie, nie przerobił, bo i materia oporna, i zdolność poetycka nie w tym się zawiera, aby – jak to potrafi robotnik, wyposażony w fizyczne narzędzia – tu przygiąć, tam opiłować, ówdzie dospawać – i już anioła w garści trzymać.

Chociaż aniołem nie czuję się, to zarazem zauważam, że poeta Grabowski wywołał we mnie poruszenie, zaniepokoił, a mówiąc dokładniej – doprowadził swoją czytelniczkę do stanu przypominającego zawstydzenie. Czymże wywołał owo zawstydzenie, a dokładniej – zażenowanie i niepokój? Odpowiem najkrócej iż tym, że z różnych stron naświetlając cud chwili życia, śle nienazwane wprost sygnały, nakazujące dostrzeżenie jego dwuznaczności, kiedy zwraca uwagę na możliwość zachwytu, jaką życie nam daje, ale – pośrednio – także i możliwość straty, gdy temu zachwytowi – w naszym krótkim czasie – my sami nie dajemy szansy zaistnienia.

Owa dwuznaczność mieści się we wszystkim o czym poeta pisze: w widoku lasów oliwskich, na które ja także patrzę z mojego okna przez wiele już lat i wiem – oczywiście – że pięknymi są, ale… co jeszcze? W krajobrazach żółtych i zielonych, w wodach zatoki, w drzewach zwyczajnych – lipie, leszczynie, świerku i jarzębinie, w porach roku – w lecie jako „czasie wolności”, dającym „niepodważalną pewność życia”, w dwu sztumskich jeziorach, w – niełatwym przecież – miesiącu październiku, w śpiewającym śniegu pod nogami, w „szeleście papierówek”, w „refleksach światła na obrzeżach i krawędziach przedmiotów”, w dźwiękach muzyki, w „przypadkiem spotkanym podróżnym”, w najbliższych ludziach – żonie, matce dającej mu w podarku na odjezdnym, pęczek zwyczajnego kopru, pachnącego sierpniowym ogrodem.

Wspomnianą dwuznaczność odbieram podwójnie.

Raz, gdy odnosi się w niej całą dolinę życia do tego, co jest nad tobą, do Niewidzialnego, który przecież „widoczny, we wszelkim, ziemskim tu istnieniu”, do Bezmiaru, nieskończoności, nadziei…

Dwa, gdy odnosi się ją do człowieka, który – przemijając – nie wie, czy posiadł „zdolność do odczuwania cudowności świata”; czy patrząc – widzi? czy słuchając – słyszy?, czy czując – odczuwa?

Jak poeta uczy czytelnika chłonąć to, co jest możliwe, a co on sam – w sposób trudny do pojęcia – w świecie dostrzega? On nie uczy i nie poucza, ale porusza, chociaż delikatnymi działa środkami. Ot, chociażby przez pytania: „Więc to tak? Więc aż tak intensywnie może trwać życie?”; „Jakiż to ptak już o chłodach śpiewa?” albo przez zachętę, aby „błądzić jak najczęściej”.

Ja, zjadacz chleba, dziękuję poecie Janowi P. Grabowskiemu za słowa – niepokoje.

Prof. dr hab. Joanna Rutkowiak, Ja, zjadacz chleba, dziękuję Janowi P. Grabowskiemu za słowa – niepokoje. Opinia o zbiorze wierszy Jana P. Grabowskiego pt. Srebrne adagio. Gdańsk, 21 sierpnia 2005 r.

 

42. Tom wierszy Jana P. Grabowskiego pt. Złoto i biel. Wybór poezji składa się z dwóch zasadniczych części Złoto i biel Biel i złoto. Części te nie różnią się zbytnio pod względem formy i treści, więc omawiał będę te części łącznie.

Pod względem formy wiersze Jana P. Grabowskiego są dosyć tradycyjne. Większość wierszy pisana jest czterowierszem np. Spotkanie (Albo: Koncert wiosny), Z zazdrością i inne. Niektóre pisane są pięciowierszem. Niektóre wiersze posiadają refren np. tren na śmierć ojca poety pt. Nigdy nie zapomnę. Rzadko forma wiersza jest nieregularna np. Co to za pora roku?. Pod względem formalnym wiersze te nie są nowatorskie, lecz to warstwa treściowa jest w nich zdecydowanie bardziej istotna.

Tematyka wierszy Jana P. Grabowskiego w tomie Złoto i biel. Wybór poezji obejmuje filozoficzne zagadnienia poznania (szczególnie zmysłowego), śmierci i Boga. Tłem tych rozważań jest przyroda, głównie okolice lasów, jezior i Trójmiasta w różnych porach roku, szczególnie wiosny i jesieni.

Zdecydowana większość wierszy cechuje bogata oprawa plastyczna, chociaż są i takie jak np. Nareszcie jest tak, jak ma być. Ten wiersz jest raczej notatką poetycką, zapisem wrażeń z przebiegu święta św. Jana w Gdańsku niż poematem.

Wiersze zawarte w tomie Złoto i biel. Wybór poezji posiadają pewną atmosferę i pod tym względem są dość jednorodne, co świadczy o wyrobionym warsztacie autorskim Jana P. Grabowskiego. To atmosfera i wywoływany nastrój są, moim zdaniem, największym walorami wierszy zawartych w wyżej wymienionym tomie.

Można stwierdzić ogólnie, że tom wierszy Jana P. Grabowskiego pt. Złoto i biel. Wybór poezji jest ciekawą propozycją wydawniczą, szczególnie ze względu na tworzenie nastroju i kolorystykę. Zasługuje, więc na opublikowanie.

Prof. dr hab. Roman Kalisz, Atmosfera i wywoływany nastrój – największe walory wierszy zawartych w tomie Jana P. Grabowskiego Złoto i biel. Wybór poezji. Recenzja wydawnicza, (fragment). Gdańsk, 9 września 2005 r.

 

43. Zbiór Złoto i biel. Wybór poezji Jana P. Grabowskiego składa się z trzech cykli utworów poetyckich, dwóch wierszy okolicznościowych i fragmentu prozy powstałych od 2003 r. Poeta w swych filozoficzno-mistycznych lirykach wyraża swój głęboki niepokój o kondycję człowieka. Stąd też w jednym z utworów pojawia się odniesienie do metafizycznej poezji Johna Donne’a.

Jan P. Grabowski konstruuje wiersze z niezwykłą regularnością, zamykając swe rozważania w przesyconych pytaniami czterowersowych strofach. Zadawanie pozornie retorycznych pytań o sens, o „Niewidzialne” i „Niewyobrażalne” powraca jak leitmotiv w niemal każdym kolejnym utworze. Retoryczność tych fraz jest jednak złudna, naprawdę wyznaczają one kolejne etapy nieskończonej rozmowy ze Stwórcą, którego odpowiedzią są „księżyc w ciemnozieloną noc”, „ magnolia w parku”, „szelest ptasich skrzydeł” i „złota przędza lipca”.

Podmiot liryczny utworów oscyluje wciąż miedzy tym, co widzialne i niewidzialne. Pretekstem rozważań staje się piękno przyrody, które traktowane jest jako źródło mistycznych zachwytów. Skrupulatnie odnotowywane są okoliczności i miejsca, które zainspirowały poetę, takie jak jezioro Trzechowskie czy park oliwski. Precyzyjne określenie realiów czyni z utworów poetyckie rejestracje chwil, duchowy diariusz twórcy. Rzeczywistość nakreślona w lirykach to „świat niepochwytnej przezroczystości”, którego wizualna strona jest transparentna i prowadzi wzrok ku „brzegom życia i krańcom mgieł”, tam gdzie niknie nicość i jej miejsce zajmuje nieskończoność. Podmiot liryczny „klęka przed krajobrazem” na znak głęboko przeżytej pokory względem świata i swego losu.

Rytm nieskończoności Grabowski wyczuwa nie tylko w oferującej poecie kalejdoskop momentów magicznych zmienności otaczającej natury, ale też w nieubłaganej drodze ludzkiego życia „ku tajemniczej bramie”. W wierszach pojawiają się sylwetki ludzi najbliższych poecie, jego syna, rodziców. Nakreślone z wielką czułością i troską układają się w swoistą kronikę życia rodzinnego. Czytelnik staje się świadkiem wydarzeń radosnych i tragicznych – przejmujący cykl trenów poświęcił poeta pamięci swego ojca. W wierszach tych przemożnie pobrzmiewa topos ubi sunt.

Utwory Grabowskiego rejestrują także wydarzenia istotne dla całego społeczeństwa – pojawia się w nich echo ekranizacji Pasji, zauważona zostaje śmierć Czesława Niemena a przede wszystkim odejście Jana Pawła II. Dzięki takim zabiegom liryka ta wpisuje się w kontekst współczesności, metafizyka wkracza w konkretny moment historyczny. Utwory wiele mówią też o fascynacjach Grabowskiego, pobrzmiewa w nich muzyka Bacha i widoczne są kadry z filmów Felliniego.

Wiersze zawarte w zbiorze cechuje nienarzucająca się metaforyka, rytmizujące wypowiedź powtórzenia i rzadkie acz celne, nadające tym białym utworom specyficzną melodykę polisyndetony. Złoto i biel napisana językiem przyciszonym, chciałoby się momentami rzec franciszkańskim, to pocięty na segmenty zachwyt subtelną harmonią świata wyrażony przez człowieka niebojącego się zauważyć „dotykalności światła”, którego blask pochodzi stamtąd, gdzie panuje Niewyobrażalne.

Wojciech Kieler, Duchowy diariusz twórcy. Recenzja wydawnicza o filozoficzno-mistycznych lirykach zbioru Jana P. Grabowskiego Złoto i biel. Bydgoszcz, 14 października 2005 r.

 

44. Kolejny tom poezji Jana P. Grabowskiego, zatytułowany Srebrne adagio. Wybór poezji – to autorski wybór wierszy powstałych w latach 1986–2003[4]. Grabowski ma w swoim dorobku kilkanaście tomów poezji i prozy, w tym kilka ciekawie opracowanych i wydanych „wyborów”. Ostatni „wybór liryków” opublikowany w 2003 r. nosi tytuł Sonata obojowa. Muzyczny charakter tytułów dwóch ostatnich, autorskich „wyborów” nie jest przypadkowy, wnosi istotne, osobne znaczenia, ale równocześnie łączy je ze sobą.

Opublikowane w Sonacie obojowej wiersze to liryki z lat 2000–2002, utwory z lat przełomu, które w zbiorze ułożone zostały chronologicznie. Ten wydawałoby się formalny układ tekstów jest „przełamany”, każda chronologicznie wyodrębniona część opatrzona została własnym tytułem. I tak, liryki roku 2000 – to Adagio na obój, 2001 – Nic: tylko życie, 2002 r. – W świetle jasnoturkusowym. A zatem tytułowe adagio z tego tomu[5] pojawiło się już w wyborze wcześniejszym, w Sonacie obojowej, w jej pierwszej części, otwierającej zbiór. Wspominam o tym, ponieważ oba te „wybory” rozpoczyna poeta dwoma tymi samymi wierszami[6], utworami, które, jak odczytuję, najpełniej odkrywają istotę poezji Grabowskiego, która jest „koncertem dla Pana pisanym. Na Jego chwałę, / a dla nas – na radość, na zachwyt nad światem”[7], gdzie to „w drodze ku Niemu wciąż jeszcze jesteśmy. W drodze, / której celu, ani przeznaczenia tak naprawdę nie znamy”.

Poeta bardzo stanowczo (Chodź, pójdź za mną…) zaprasza do wędrówki prowadzącej na spotkanie „Niespotykanego”, prosi o pozostawienie „dusznej klatki swojego mieszkania” i „codziennych: spraw, zdarzeń, wymiarów”. Zaprasza do wejścia „w krajobraz zimowy”, bo „to w nim, nie w liryku, spełni się poezja bez słów”. I tak właśnie jest: w krajobrazie, w przestrzeniach natury głęboko jest zakorzeniona poezja metafizycznej refleksji Jana P. Grabowskiego, liryka, która dotyka spraw najważniejszych, którą stwarza, jak twierdzi bohater liryczny, „mój Przewodnik podczas tej wędrówki”. Natura jest źródłem i przestrzenią istnienia metafizycznej poezji Grabowskiego, poezji dotykającej spraw bytu, przemijania, śmierci, miłości. Jest to poezja pytań zasadniczych: „Gdzież to zawędrowaliśmy? Gdzie jesteśmy? Nikt nie wie? / Może tylko On, który nas tu przywiódł, aby – właśnie nam? – / jeszcze raz pokazać… że jest. Że bez Niego nic nie może się obyć? / Bez niego i naszego, w tym stworzeniu, udziału?”. Poeta pytając o tajemnicę istnienia świata i człowieka wyśpiewuje pieśń na chwałę jego stwórcy, ujawnia muzykę własnej duszy zrodzoną w bezpośrednim doświadczeniu, zachwycie, wygraną w dziękczynieniu.

Zbiór wydany w 2003 r. – to poetycka Sonata obojowa, stworzona (jak czytamy we wstępie ks. infułata Stanisława Bogdanowicza,) z okazji jubileuszu twórczej pracy poety, ale dodajmy – jest to poezja czasu wyjątkowego – liryka roku dwutysięcznego, lat przełomu, a zatem – tu: „sonata” i „adagio” – to utwory „wygrane” na chwałę Panu za „obecność” w tych wyjątkowych wielkich latach, latach niezwykłego jubileuszu.

Srebrne adagio ma także charakter jubileuszowy. Tu twórca dodatkowo jeszcze „wędruje” po rozległych przestrzeniach własnej liryki, wędruje i z dużą pieczołowitością wybiera z własnego, bogatego, 25–letniego poetyckiego dorobku to, co podniośle tworzy jego osobny, jubileuszowy tom – właśnie – „srebrny”[8].

Srebrnym adagio Grabowski jakby w zwolnionym tempie, w świadomym wyciszeniu i zamyśleniu (bo „adagio” z znaczeniu muzycznym – to utwór w zwolnionym tempie, a w tłumaczeniu dosłownym – to „cicho”, „powoli”) pokazuje własny dorobek, wybiera z niego to, co pozwala mu w skondensowaniu ukazać własne widzenie świata i osoby. Tak więc Srebrne adagio to tom osobny, szczególny, stworzony na nowo, na nowo skomponowany, na nowo nazwany; to tom poezji refleksyjnej, formułującej pytania egzystencjalne, ukazującej dramat człowieczego istnienia doświadczony w bezpośrednim przeżyciu, osobnym i samotnym ludzkim dotknięciu nieustannie zmieniającego się świata przyrody, jej całorocznego cyklu. I zawsze, obcowanie z naturą jest dla poety próbą dotknięcia Tajemnicy, bo tylko „na leśnej polanie”, „za miastem”, stojąc przed „górą bzu” można odnaleźć Boga i… siebie, bo „w mieście trudno znaleźć metafizykę. W przyrodzie ona jest wszędzie”.

Przyroda w poezji Grabowskiego jest przestrzenią, wydarzeniem, zjawiskiem niepowtarzalnym, które rodzi zachwyt, daje radość i prowadzi do refleksji: „aż tyle życia i na tak krótko?”. Jest to liryka głęboko przeżyta, bezpośrednio doświadczona i… metafizyczna. I jakże realna w poetyckich obrazach, umocowana w oliwskich wzgórzach, kaszubskich jeziorach, Gdańsku-Chełmie, na ulicy Długiej w Gdańsku, w Gdyni-Wiczlinie, w Malborku czy Ustroniu Morskim; to poezja bardzo dokładnie określonego miejsca i czasu. To wręcz dokument, sprawozdanie, próba poetyckiego „zapisania” własnego istnienia, uporczywego znaczenia i utrwalania swojej obecności w nieustannie zmieniającym się świecie. Wyrasta z ulotnej chwili zadumy, zamyślenia.

Poezja Jana P. Grabowskiego ma wielką szansę przetrwania, bo jest to liryka ogromnej ufności, ale i zwątpienia, poezja trwogi, bólu, ale i wielkiej radości, zachwytu, uświęcenia zwykłości oraz zdecydowanej pokory wobec kwestii absolutnych, „ukojenia”, „pogodnej rezygnacji”, ale i „wywyższenia” człowieka, poezja dziękczynienia oraz wiary w człowieka i w niewidzialnego, lecz osobowego Boga. Pojawia się w niej także i Nicość, np. w wierszu pt. Jedyne, co jest pewne? – rodząc pytanie i niepokój. Jej „obecność” to pewnik? Czy tylko pytanie prowokujące? Jeżeli nawet „Przestwór nocy ogarnia nas. I zapomnienie?”.

Poezja Grabowskiego to liryka zrodzona w nagłym błysku, ulotnych przeżyć człowieka złączonego z określonym, nazwanym miejscem i czasem., ale i wielkiej Tajemnicy, ciągłego niedosytu oraz niepewności, dramatu i poznawania Boga i ocalania człowieka, bo „niepojęte” jest w „Nim”, ale także i w „nas”.

Ta poezja, bez wątpienia, porusza emocje, prowokuje pytania, bo przecież, któż chciałby wędrować ku… Nicości?

Dr hab. Krystyna Turo, Opinia na temat tomu poezji Jana P. Grabowskiego Srebrne adagio. (Fragment). Gdańsk, 28 października 2005 r.

 

45. Wszechobecne mieniące się barwy, zapachy, dźwięki miasta i lasu, i cisza jeziora, i niezwykła zdolność zatrzymania ulotności chwili, i w tym wszystkim refleksja nad miejscem jednostki we wszechświecie – tym małym tu i wielkim Tam. To tony znane już czytelnikom poezji Jana Piotra Grabowskiego, który wierszami „mówi świat” już od przeszło 25 lat. Przed nami jubileuszowy wybór jego tekstów, które teraz, w nowym układzie, nabierają dodatkowych znaczeń. Wyrazem innej jakości wydaje się być już sam tytuł zbioru – Srebrne adagio, który gromadzi wokół siebie sieć swoistych znaczeń i kontekstów[9]. W rezultacie nadaje on wyborowi wierszy jubileuszowy charakter, rys podsumowania, określając przy tym niespieszne tempo myśli i refleksji – i to zarówno autora zbioru, jak i czytelnika, który może „wejść” w świat poezji Jana P. Grabowskiego w rytmie adagio.

Okazuje się, że jeśli spełnimy ten warunek i zatrzymamy, choć na chwilę, to poezja ta jest w stanie nas całkowicie pochłonąć. Bo świat tych wierszy jest nam wszystkim znany – to przestrzeń realna – pór roku, krajobrazu za oknem, domu, pociągu, ulicy w Gdańsku czy jeziora. Grabowski opisuje więc przeżycia z tu i teraz. My jesteśmy uczestnikami tego świata. Poprzez formę – niemal prozatorską, dopowiedzianą do końca, czyni poeta przestrzeń swoich wierszy nam wszystkim, niezależnie od doświadczeń literackich i czytelniczych upodobań, czymś dostępnym, otwartym dla każdego. Przy czym Grabowski jest bardzo dokładny w opisie. Nie umyka mu żaden szczegół krajobrazu. Ta „epickość”, w połączeniu z ogromną wrażliwością liryka, nadaje jego utworom niepowtarzalny, oryginalny charakter.

Jan P. Grabowski opowiada o swoim świecie, aby nam wszystkim ukazać nową przestrzeń, a przynajmniej chce dać przeczucie innego istnienia, Bytu, tego Światła, które rozświetla mroki. Dla poety tę nową przestrzeń stanowi sacrum, coś, co transcendentne i to z tym możemy się spotkać w jego utworach. Wydaje się, że to właśnie ta sfera, usilne poszukiwanie jej w przejawach codzienności, w przyrodzie stanowi klucz do poezji gdańskiego poety.

Dlatego warto wybrać się w tę podróż, jaką jest spotkanie z wierszami Jana P. Grabowskiego. Bo, jak sądzę, niejednemu czytelnikowi spotkanie z tą poezją pozwoli odkryć klucz do innego świata, gdzie wiele rzeczy, chociaż niepojętych i może czasem wciąż nie do przyjęcia, nabiera jednak sensu. Poeta, bowiem ukazuje, w których miejscach jest dostrzegalne to Inne, które może sycić, może dawać nadzieję. Jego poezja na te przejawy nas uwrażliwia, wystarczy tylko pochylić się nad jednym, drugim, trzecim i kolejnym wierszem. I choć Grabowski ma niejednokrotnie tylko przeczucie, to jednak, i tego wydaje się, że możemy być pewni, jest w nim przeogromne pragnienie owej światłości. Warto zauważyć, że w pierwszym tomie poetyckim Dotknięcie mroku, wydanym w 1981 r. przez Gorzowskie Towarzystwo Kultury, nie ma tak silnego poszukiwania, nawet przeczucia, nadziei na światło:

 

Obudzony w mrok patrzę

patrzy na mnie mój cień

……………………………

Moja ucieczka i powrót

W miejscu nieoznaczonym.

(Patrzy na mnie mój cień)[10]

 

Przemiana dokonuje się w kolejnych tomach – i po doświadczeniach mroku przychodzi czas na inną perspektywę. Teraz chyba już wie, że jest ona dla niego jedyną, która niesie nadzieję – bo ów „zielony promień”, który choć w mroku jeszcze, to jednak jest czymś pewnym i trwałym, ze skały płynącym:

 

To Ty sprawiasz,

że ten niepewny kontynent

moich tutaj dni staje się realnością. 

I jeśli nie zabłądziłem

to właśnie przez tę światłość, co błyszczy

jak zielony promień na skalnym stoku ciemności

wśród ludzi niepewnych i rzeczy nietrwałych.

(Przez chwilę)[11]

 

Głos poety nawołuje nas więc do drogi niczym srebrne trąby Mojżesza, które nakazał zrobić Pan: „Uczyń sobie dwie trąby srebrne, kute, abyś mógł zwoływać lud” (Num. 10,2), a także, by mógł chronić swój lud od nieprzyjaciół (Num. 10,9) i ich dźwiękiem przypominać o swojej Obecności (Num. 10,10). Grabowski dziś przybywa do nas ze Srebrnym adagio – by w bardzo wolnym tempie, dzięki nierzadko płynnej frazie zdania, niespiesznie, prowadzić nas, do nowego odkrycia świata, w całej pełni – z ciemnością i codziennością, ale też i z Jasnością, i niezwykłościami, jakie czekają, ukryte choćby w każdej porze roku.

Tom poezji Srebrne adagio, będący podsumowaniem 25 lat pracy twórczej poety, jest więc świadectwem tego zapraszania czytelników „na drugą stronę ciemności”, który dokonywał się w tomach: Łaska widzenia (poezje z lat 1986-1987), Jak szelest jedwabiu (poezje z lat 1988–1990), Urodzaj światła (poezje  z lat 1991-1992), Szkarłat i błękit (poezje z lat 1993-1994), Kolor chryzoprazu (poezje z lat 1995-1996), Chwile uważności (poezje z 1997 r.), Slow-fox w chamois (poezje z lat 1998-1999), Sonata obojowa (poezje z lat 2000-2002), Pogodna rezygnacja (poezje z lat 2003-2004), Pas Wenus (poezje z 2005 r.). Nowy wybór poezji daje możliwość uczynienia tego już podczas jednej lektury, już dziś.

 

Dałeś mi wzrok,

abym każdego dnia

mógł układać wielki poemat jasności

zrodzony z przestrzeni. Abym mógł zawierać

przymierze ze światłem,

które wyprowadza pragnienia i myśli

na drugą stronę ciemności… Tam,

gdzie istnieje wciąż nie odkryty i

stąd niewidzialny świat niebiańskich łąk.

(Łaska widzenia)

 

Jan P. Grabowski w tej podróży prowadzi czytelnika, przez różne bramy. Najważniejszą z nich wydaje się stanowić przyroda, rytm natury, a także cierpienie.

 

Brama natury

Piszę brama, ale natura, przyroda jest miejscem, w którym Grabowski czuje się najbardziej zadomowiony. Bo to w niej, a nie w hałasie świata odnalazł swoje miejsce, w którym czuje się bezpieczny i szczęśliwy – nasycony. Przyroda staje się dla Grabowskiego ocaleniem:

 

Więc jeszcze jeden poranek.

Jeszcze jedna nadzieja i

ocalenie przed nocą, która jest…

wokół. Słyszę wiec ptaki ukryte

w rozkwitających drzewach i

nadpływające obłoki zieleni.

(Niezmienność

 

Jest też przyroda w obliczu zmienności świata ze swą powtarzalnością pór roku i kolejnych zachodów i wschodów czymś, co stanowi przeciwwagę wobec zmienności, przemijalności:

 

To, co mnie tu otacza,

jest  niepokojące i bardziej nietrwałe

niż ten poranny deszcz.

(Tam… gdzie wyspa Ibiza)

 

Bo natura jest trwalsza od ludzi – gdy poeta chodzi śladami swojego dzieciństwa okazuje się, że pozostały wspomnienia i ogrody, woń kwiatów: 

 

I my w nim na tych kilka chwil życia. I jeszcze

ta cisza pełna woni rozwijających się kwiatów.

(Kresy wschodnie

 

Grabowski jednak wie, że sama przyroda nie jest zdolna do refleksji. Ona może być jedynie źródłem autorefleksji – bo to dzięki niej człowiek może uświadomić sobie miejsce w świecie, jest miejscem objawienia się sacrum.

 

To znaczy milczę ja – i milczysz Ty. Bo czyż słów

trzeba by dostrzegać, widzieć Ciebie

we wszelkim stworzeniu świata tego?

(…)

Ten ptak – zięba to już? –

Jest znakiem od Ciebie. Jakbyś mówił mi: 

Słuchaj, obserwuj, patrz a dowiesz się

i uwierzysz. Bo nie trzeba słów by wierzyć.

(Chciałbym znowu porozmawiać…)

 

Brama krzyża

Jest jeszcze przynajmniej jedna brama, przez którą prowadzi nas gdański poeta – brama krzyża, cierpienia. Grabowski czerpie tu z własnych doświadczeń, rzeczy, z którymi zmaga się przez kolejne wiersze zbioru – aby od „braku pogodzenia” przejść do akceptacji, a przynajmniej do jej próby. Owo siłowanie się z własnym cierpieniem czy urazami płynącymi z codzienności, ukazuje sens podejmowania trudu i codziennego zmagania.

 

Panie, a zatem ma być ze mną właśnie tak, jak jest?

Już nie inaczej? Bo taką wyznaczyłeś mi drogę?

Bo takie – nie inne? – miejsce mi wyznaczyłeś.

I odtąd już tylko pogodą będę musiał się pocieszać?

(…)

Kiedyś zapewne – jak wszyscy – i ja dotrę także

 do Ciebie. I jeśli mógłbym wybierać to – jeżeli

pozwolisz, Panie – chciałbym tu pozostać jako

pogodny – nad jeziorem – jeden, chociaż dzień.

(Panie, a zatem…)

 

Uważam, że tom Jana P. Grabowskiego jest znakomitym świadectwem 25–letniej pracy poety, co najważniejsze jednak jest zbiorem wierszy, który, jeśli tylko czytelnik zechce, poprowadzi w niezwykłą podróż, która na długo pozostanie w jego pamięci, a może i wpłynie na bieg jego życia. Bo każde spotkanie ze Światłem, Jasnością przybliża do tego, co transcendentne, pozostawia jakiś ślad.

 

 Niemal wszyscy gdzieś przemykają w pędzących

samochodach. Gdzież jadą? I dlaczego aż tak szybko?

Co – lub kogo – chcą dogonić? Stracony czas?

 

Wystarczy wyjść na dwór. Nigdzie się nie śpieszyć. 

Bo dokąd i, po co i gdzie? Przecież maj i wiosna

wszędzie już są i wystarczy przed siebie pójść:

w dowolną stronę. W tym wszechogarniającym świetle.

(Nareszcie tyle wokół światła)

 

Grabowski wydaje się więc przekonywać czytelnika, że wszystko nieodwracalnie przemija – jeśli skupimy się na tym wszystkim – przepadniemy. Poeta uchyla przed nami tajemnicę i blask Jasności – daje znak na wieczne Tam.

Nie bójmy się więc podjąć wyzwania, ponieważ podróż, którą odbędziemy, dzieje się w nas. Grabowski umożliwia nam nowy wymiar wędrówki, a więc poznanie sacrum i chyba to co najważniejsze – samopoznanie.

Ponadto forma jego wierszy współgra z jej metafizycznym charakterem. Jest to bowiem poezja kunsztowna, ale mocno zakorzeniona w rytmie natury i w „życiu prawdziwym”, którego nieodłącznym elementem jest cierpienie.

Wstąpmy więc w świat poezji Jana P. Grabowskiego, bo odkrywa on przed nami nowe obszary naszego poznania.

Anna Czaja i Anna Makowska, Niezwykła podróż, która na długo pozostanie w pamięci czytelnika, a może i wpłynie na bieg jego życia, czyli opinia na temat tomu poezji Jana P. Grabowskiego Srebrne adagio. Wybór poezji.  Gorzów Wielkopolski, 27 listopada 2005 r.

 

46. Czy w ponowoczesnym świecie jest miejsce dla Poezji? Czy jeszcze ktoś słyszy głos Poety, zwłaszcza, gdy głos to pokorny, spolegliwy, zrównoważony, cichy?

Trzydziestoletni dorobek twórczy gdańskiego poety i prozaika Jana Piotra Grabowskiego reprezentowany dziesięcioma książkami poetyckimi i trzema prozatorskimi, wielokrotnie nagradzany, daje odpowiedź twierdzącą. Na czym, zatem polega „magia” poezji Jana P. Grabowskiego – magia, która jednakowo urzeka zarówno krytyka literatury, jak i nieprofesjonalnego czytelnika? Spróbujmy poszukać odpowiedzi, pochylając się nad jubileuszowym tomem pt. Srebrne adagio. Poezje zebrane.

Świat przedstawiony w tej poezji to przyroda, w całym jej majestacie – wieczna, choć zmienna porami roku, przyroda, o której Autor pisze z zachwytem i pokorą:

 

Klękam przed tobą – krajobrazie – czoła pochylam

przed twą świętością. Bo jakże jesteś doskonały

w każdym szczególe niepochwytnej tu obecności.

I w swej nieskazitelności wiecznej wobec mnie, (…)

(Klękam przed tobą – krajobrazie – czoła pochylam

przed twą świętością)

 

Autor prowadzi nas przez Wołyń, gdzie są jego rodzinne korzenie, Malbork, gdzie sad ojca i ogród matki, Toruń, gdzie studenckie lata na polonistyce, Gdańsk, gdzie czas tworzenia, literatury, domu, małżeństwa, ojcostwa. Razem z Poetą nieustannie zachwyconym naturą, wędrujemy po Kaszubach, Borach Tucholskich, Puszczy Piskiej – dokąd ucieka przed złowrogim łoskotem miasta, by upajać się ciszą, nieskazitelnym pięknem, marzyć i śnić.

Poetyckie obrazowanie odwołuje się do wszystkich zmysłów. Lato malowane kolorem chryzoprazu, jesień – złotem i brązem, a zima – srebrem. Pachnie jaśmin, zbutwiałe liście, morska bryza. Gwiżdżą kosy, szumi puszczański las, huczy wiatr znad Zatoki Gdańskiej, pluszcze górski strumień. Świty i zmierzchy przynoszą orzeźwienie, grudniową noc przenika tęgi mróz, wnętrza gdańskich kościołów wypełnia chłód i cisza… Wrażliwość na urodę świata sprawia, że Autor potrafi znakomicie zapisać w swojej poezji barwę, ruch, zapach, dźwięk, a nawet jakieś wewnętrzne wibracje, nie mniej istotne od tego, co rejestrują ludzkie zmysły. Wszystko to łączy się w jedną całość i trudno wyznaczyć granice poszczególnym zmysłom. Czytając np. Przystanek w błękicie; Jasność; Szkic do wieczornego portretu zmysłów, nie można określić, który ze zmysłów ma największy udział w budowaniu świata poetyckiego.

Wiersze Jana P. Grabowskiego zdumiewają swoim sensualizmem, dalekim jednak od zmysłowości, rozedrgania emocjonalnego. Autor urzeka nas i zdumiewa mistrzowskim wręcz postrzeganiem i poetyckim opisywaniem detalu, szczegółu, niuansu. Poezja ta zdaje się nam przypominać, że życie z drobiazgów się składa, z chwil ulotnych, w których jest sens i piękno. Czy ktoś zauważa magnolię w oliwskim ogrodzie? A przecież:

 

Można ją ujrzeć z daleka:

z hałaśliwej ulicy nie wiadomo dokąd śpieszącej.

Tylko nieliczni wiedzą,

że Tam właśnie jest i wówczas na okamgnienie

starają się ją wypatrzeć z pędzącego samochodu.

(…)

Dopiero z bliska widać całe jej dostojeństwo.

I nieskazitelne piękno. A wewnątrz… Bo jest tak wielka,

że można – wejść do niej… Ach!

Jakie to wspaniałe uczucie tak blisko niej być: bo wtedy

– na chwilę, na jedną krótką chwilę –

możesz o tym wszystkim – co mija tak bezpowrotnie… zapomnieć.

I o tym szaleństwie pędzących ulic. I nawet o niesprzyjającej pogodzie… 

(Magnolia w oliwskim ogrodzie)

 

Konkretyzacja estetyczno-ideowa poezji Jana P. Grabowskiego wyłania nie tylko świat przedstawiony, obejmujący opis przyrody (sfera estetyczna), ale także rozważania filozoficzno-religijne (sfera ideowa). Obie te warstwy są równoprawne, idealnie ze sobą zespolone.    Poetyckie strofy przepełnione są metafizyką. Bohater liryczny wędruje myślą, marzeniem, snem po kosmosie, odległych galaktykach, by znaleźć się… w „strefie turmalinu”:

 

Tam – gdzie powietrze jest niby rozwiana

poświata gwiazd – ujrzałem wstęgę drogi

jakby z innego wymiaru.

Tam – gdzie kończą się lodowce i ośnieżone

szczyty – stałem otoczony światłem. 

Jakbym był w barwnym wnętrzu wielkiego

kryształu turmalinu.

Ogromniejąca przestrzeń i czas

nieustający zatrzymały się, a przemijanie i

zmienność jakby nie istniały.

 

Kilka chwil czułem na twarzy lekki pył

żywiołu Wieczności.

(Strefa turmalinu)

 

A wszystko to z zafascynowania Tajemnicą, z chęci jej odnalezienia. Tajemnica, bowiem – zdaniem Davida Lyncha – „jest obsesją każdego z nas. Poszukiwanie tajemnicy, dziwności, ale też sensu pcha nas do przodu, nie pozwala stanąć w miejscu. Najbardziej twórcza jest świadomość, że znajdujemy się w samym środku wielkiej tajemnicy”.

 

Podmiot liryczny zadaje więc retoryczne raczej pytanie:

 

A co się wydarzy, gdy na pewno odkryjesz

tę „boską, elementarną cząstkę Higgsa”?

Czy wtedy już „wszystko” będziesz wiedział?

Czy dopiero na progu Tajemnicy staniesz? 

(A Blask niech roztacza się, ogromnieje, trwa)

 

Bohater wierszy Jana P. Grabowskiego nie zagubił się jednak ani w Kosmosie, ani w swoich metafizycznych rozmyślaniach:

 

Spoglądam w górę:

gdzie nie dotarła jeszcze ciemność,

gdzie toczą się cicho barwne planety.

To im zawdzięczam,

że przybyłem aż tutaj, do tego miejsca.

Że poznałem wiele rzeczy i wiele zjawisk:

bliskich i pozahoryzontalnych.

Że zobaczyłem wysoko unoszący się Blask.

(Deszcz i płomień)

 

I ten Blask właśnie wydaje się tu najistotniejszy dla podmiotu lirycznego, dla całej twórczości Jana P. Grabowskiego. Ów Blask, bowiem to Bóg – Deus Creator – Natury, Świata, Człowieka. W twórczości poetyckiej Jana P. Grabowskiego znalazł zatem potwierdzenie pogląd Balthusa: „Jeśli głęboko podziwia się naturę, nie można nie być religijnym”.

Jan P. Grabowski jest religijny, ale nie dewocyjny. W poetyckich strofach oddaje cześć Bogu – Stwórcy:

 

To Ty tworząc światło i kolor uczyniłeś

wiele różnych rzeczy. Stworzyłeś

również i mnie, abym był tu – przez chwilę – obecny

nad brzegiem wielkiego światła.

(Przez chwilę)

 

Zawierza siebie i swoją ziemską wędrówkę Najwyższemu, stwierdzając:

 

To Ty rozjaśniasz

we mnie wszystko, co mroczne.

I Ty jesteś moją nadzieją,

gdy nagle w środku dnia

czuję powoli oddalający się blask Słońca.

A dłonie trafiają na wypukłość

chłodno promieniującego cienia.

 

To Ty sprawiasz,

że ten niepewny kontynent

moich tutaj dni staje się realnością.

I jeśli nie zabłądziłem

to właśnie przez tę światłość, co błyszczy

jak zielony promień na skalnym stoku ciemności

wśród ludzi niepewnych i rzeczy nietrwałych.

(Przez chwilę)

 

W swoich religijnych rozważaniach Poeta dochodzi do jakże czytelnej deklaracji wiary:

 

Panie, to właśnie do Ciebie

przychodzę cały pochylony zmęczeniem zdarzeń.

 

Mam jeszcze tyle siły

by… dziwić się, myśleć i

odczuwać przemawianie tego wszystkiego,

co żyje poza krańcami moich rąk.

Albowiem jestem już cały z mroku i

wracam z głębszej, niż ciemność teraźniejszości.

Przeżyłem jeszcze jeden dzień

tego niespokojnego czasu i wiem,

że muszę przetrwać do najbliższego świtu.

 

Teraz – gdy przychodzę po ukojenie –

przejmij mnie swoją ciszą…

(…)

Może już na zawsze

zostałbyś przewodnikiem mojej

nie skończonej jeszcze na tym brzegu wędrówki?

(Ukojenie)

 

Poetyckie strofy układają się nie tylko w hymny, wiersze pochwalne, wyznania wiary, ale także w dziękczynne modlitwy:

 

Dziękuję. Dziękuję…

za każdy darowany mi dzień.

Dziękuję za przebudzenie o świcie,

po nocy przespanej spokojnie:

bez bólu i nagłych cierpień. Dziękuję Ci za to,

że pozwalasz mi być jeszcze tutaj, wśród tego świata.

I że mogę podziwiać jego nieodgadnione

i niepochwytne piękno. Dziękuję Ci

za tę przestrzeń stąd i aż po widnokres. A także

za zorze wieczorne szkarłatem i purpurą obwieszczające

koniec coraz krótszego dnia,

który mija na zawsze. Bez powrotu…

jak ja. Jak my. Jak wszyscy.

Przestwór nocy ogarnia nas. I zapomnienie?

(Dziękuję, dziękuję…)

 

W obliczu takich deklaracji i wyznań, egzystencjalne niepokoje, jakże właściwe współczesnemu człowiekowi i jakże obecne we współczesnej poezji – brzmią jakby mniej emocjonalnie, a bardziej refleksyjnie:

 

Jak szelest jedwabiu

jest to twoje życie. Umykające i szybsze,

niż samolot unoszący cię w przestworza.

(…)

…jak szelest jedwabiu. Umyka więc twoje życie

niedostrzegalnie i na co dzień w kręgu spraw

ciągle powtarzających się jak wciąż te same dni.

(Jak szelest jedwabiu)

 

W innym miejscu Autor dodaje jakby precyzyjniej:

Przemijasz sam. Jeden. Jedyny. 

A wraz z tobą ci wszyscy najbliżsi i

przypadkiem spotykani podróżni.

I wszystkie: zmieniające się, rozpylone,

i o wąskiej skali… kolory tego świata.

(…i wtedy nagle uświadamiasz sobie swoją – tu i na zawsze – nietrwałą obecność)

 

Wiersze Jana P. Grabowskiego są swoistego rodzaju „wykładem” filozofii egzystencjalnej i myśli eschatologicznej, pozwalającym zrozumieć relacje: Człowiek – Wszechświat, Natura, Bóg.

Człowiek jest samotnością, znikomością, przemijaniem, ale za sprawą Poety konstatujemy to bez lęku i rezygnacji, wszak ważne jest by: 

 

Cieszyć się… O, cieszyć się każdą chwilą,

którą Bóg nam daje. Albo kiedy przed nami

– którą – Natura otwiera. Albowiem „wczoraj”

– na przykład – to już „przeszłość”, to tylko

 

wspomnienie. Ważne, zatem jest „dzisiaj”,

niepochwytne „teraz”. Bo również i „teraz”

niespodzianie w „przeszłość” się przemienia.

Co byś nie uczynił to już jest w Wieczności.

(…) 

(Cieszyć się każdą chwilą)

 

W innym „poetyckim wykładzie” Autor dodaje kolejną filozoficzną eksplikację:

 

Oto trzynasta zaledwie na zegarze

– jakże niepostrzeżenie mija dzień –

a więc południe, w powietrzu – zmierzch,

chociaż światła już nieco przybyło.

 

Jedynie ta jakby w złotym wieńcu

niewielka chmurka – jak gdyby ślad

po przelocie samolotu, niby oddech

– lecz kogo? – na chłodnym niebie

czy pogodny wieszczy następny dzień?

Ale czyż naprawdę więcej tutaj trzeba?

Co ma być ostateczne i tak się stanie?

Ale – jeszcze nie teraz, jeszcze nie dzisiaj.

 

W niczym jednak to nie zmienia

mojej radości przeżywania kolejnych dni.

Bo cóż innego pozostaje niż zgoda

na świat w jego wymiarze rzeczywistym?

(Radość przeżywania dni, które przychodzą i odchodzą)

 

Rozłożony na wiele poetyckich utworów, filozoficzno-religijny wywód Autora znajduje swoją „pointę” w wierszu Pozostawiam, koncentrującym wszystkie „światła” – wątki twórczości Jana P. Grabowskiego. Wiersz ten, niczym dekalog, zawierający dziesięć wyznań na koniec XX wieku, uznać wypada za „programowy”. To wzruszające „credo” Autora i „memento” dla nas, czytelników. Jakże inaczej bowiem można odczytać takie wersy:

 

Pozostawiam.

Z każdym dniem pozostawiam…

życie. Pozostawiam

aby połączyć się z Tobą. Pozostawiam

nade wszystko te chwile,

kiedy ze mną Ty Jesteś. I wówczas

chciałbym tu jeszcze tak długo pozostać,

ile mi w tym miejscu – i z tymi ludźmi,

którzy chcą ze mną być – istnieć pozwolisz.

(Pozostawiam)

 

Składany ze strof, wersów i słów portret Poety nie jest jeszcze pełny. Bo Jan P. Grabowski jest dyskretny i tajemniczy. Skąd ta obsesyjna wręcz fascynacja światłem i ciemnością? Skąd takie bogactwo szczegółów i taka malarskość w poetyckim obrazowaniu przyrody? Dlaczego taka sensoryczność w obcowaniu z naturą? Bez wątpienia ogromne ambicje poznawcze, erudycja, nadzwyczajna wrażliwość na urodę świata, umiejętność słuchania ludzi, empatia i… co oczywiste – profesjonalny, ugruntowany warsztat literacki. Jak interpretować zatem takie wersy?

 

Coraz częściej przebywam

w ciemniejącej przestrzeni,

gdzie odległości: wspomnień i marzeń

zbliżyły się, przeniknęły, zatarły…

(Tamten wczesny krajobraz

 

Moje ciemne źrenice

czekają w nienasyceniu

na wizerunek jutrzejszego brzasku.

(Dzień jutrzejszy jest jak słoneczna równina)

 

Jak wytłumaczyć taką prośbę?

 

Opowiedz mi świat twoich przeżyć.

Opowiedz mi świat twojej wyobraźni. 

A bliska noc i stroma ciemność

nie przeszkodzą mi słuchać melodii

świateł wiosny unoszącej się na

niewidzialnie rozpiętych skrzydłach szumu

morza podchodzącego do okien tak blisko,

że wydaje się jakby równina snów była nie dalej,

niż echo twoich opowiadań. Słowa.

 

Twoje słowa są moim spokojem.

I nadaję im barwę spojrzenia

wszystkowidzących oczu,

którymi dosięgasz nie zdobyte lądy tęsknoty

za tym wszystkim czego nie zdążyłem:

zobaczyć, doznać i przeczuć

przed nadciągającym wiatrem ciemności.

(Nad nocnym ogrodem morza)

 

A skąd te pełne grozy wizje?

 

Pożółkły puste godziny:

zobaczyłem… porażonych promieniami mroku

jak szli (otoczeni poświatą jaśniejszą, niż dzień)

nasłuchując ciszy (w jaką wstąpili

zauroczeni powierzchnią rozpadających się pejzaży).

 

Teraz uwolnieni od cieni

skrzydlatych, uczuć i doznań prześladujących sny –

wyciągali przed siebie przeźroczyste dłonie

chcąc w nie uchwycić

najmniejszą cząstkę przeminiętych siebie.

(Idący przez świty pożółkłe)

 

A co mogą oznaczać smutne, ale i heroiczne słowa?

 

Oto obraz przejrzyściejący, ściszony

jak szept. Ściszony jak moje życie,

lecz ileż kiedyś w nim było nieustającej nadziei,

ile Słońca i barw.

Ileż oczekiwania i zmagań z nocami.

Z nocami, które zawładnęły mroczniejącym światłem.

Oto jednak przetrwałem napór tej ciemności,

co niedostrzegalnie wypełnia każdy jasny widok.

 

A teraz noce to łagodna przestrzeń

zabarwiająca wszystko na ametystowo i jest tak,

jak gdyby wielki kryształ

rozświetlał drogę na wskroś mroku…

(Oto obraz ściszony)

 

Nie, to nie może być tylko odległa metafora do odwiecznego problemu walki ziemskiej ciemności z jasnością życia wiecznego. To są właśnie owe biograficzne niedopowiedzenia, dyskrecje, życiowe „tajemnice” Poety. Motyw zmagania się światła i ciemności, tak czytelny w wymiarze biblijnym, nawiązuje do najbardziej osobistych doświadczeń życiowych Autora. Ale poezja Jana P. Grabowskiego nie „ocieka” cierpieniem, nie epatuje żalem, rozpaczą. Poeta odnalazł Światło w twórczości literackiej i w Bogu – Światło, które potrafi pokonać każdą ciemność. Ze swoim życiowym dramatem „rozprawia się” już w pierwszych poetyckich tomach (Dotknięcie mroku; Żółta poczekalnia; Łaska widzenia) a potem już tylko podąża do Światła, dziękując Bogu jakże wzruszającymi słowami:

 

Dałeś mi wzrok, abym w dalekich krajach i

w opromienionym widoku najbliższego wzgórza

mógł odszukiwać i utrwalać w sobie barwę

przemijających wrażeń. Dałeś mi wzrok,

abym każdego dnia

mógł układać wielki poemat jasności

zrodzony z przestrzeni. Abym mógł zawierać

przymierze ze światłem,

które wyprowadza pragnienia i myśli

na drugą stroną ciemności… Tam,

gdzie istnieje wciąż nie odkryty i

stąd niewidzialny świat niebiańskich łąk.

(Łaska widzenia)

 

Jakże dyskretnie wyraża Autor przekonanie, że nie tylko utracił coś ważnego, ale też i otrzymał – talent, pozwalający: „Abym w słowach dostrzegł wszystko to, / czego nie ogarnia jasność światła” (Łaska widzenia). Słowo poetyckie sięga tajemnicy, pokonuje ograniczenia wzroku, jest więc głębszym widzeniem. Można zaryzykować pogląd, że Jan P. Grabowski uczynił pisarstwo sensem życia. W jednym z wierszy Autor bowiem pisze: 

 

Pisałem,

a moja młodość odpływała z biegiem dni.

Pisałem i czułem wyraźnie,

że tracę wiarę w jakąkolwiek odmianą na lepsze…

 

A mimo to pisałem,

jak gdyby na przekór temu wszystkiemu,

co nieustannie wraca

o świcie każdego dnia. Pisałem idąc nad zatokę,

aby zaczerpnąć powietrza i powierzyć

tych kilka słów przestrzeni,

co barwą szkarłatu wybiega sponad horyzontu.

(Pisałem)

 

W doborze świata przedstawionego i stosowanym obrazowaniu, intensywnym i gęstym, przypominającym nieco Saint-John Perse’a – Jan P. Grabowski zdaje się podzielać pogląd Balthusa: „Mówić o sobie – cóż w tym ciekawego? Należy raczej mówić w imieniu krajobrazu, czy raczej pozwolić, aby mówił sam krajobraz…”.

W poezji Jana P. Grabowskiego mówi krajobraz, gdyż Autor z mistrzostwem operuje słowem, epitetem, celnymi, oryginalnymi poetyckimi sformułowaniami, metaforą:

 

Ach, cuda, cuda dzieją się na dworze. Czy przystoi

jednak – choćby poecie – świtem się zachwycać?

 

A czymże się zachwycać jak nie wschodem Słońca,

chmur niepowtarzalnym kształtem i kolorem nieba?

Jakże mam ten kolor wyrazić. Bo jest on… błękitem,

ale ileż popod nim przejrzystości, oddaleń, rozbieleń.

(…)

A ja zastanawiam się: czy tak stać i stać, i wschód

Słońca podziwiać? ( Bo właśnie ten moment przez

cały dzień może być ważny?) Czy szukać metafor,

aby zatrzymać to, czego nigdy nie można pochwycić?

(Tak pięknie o świcie może być tylko we wrześniu)

 

Jan P. Grabowski wnosi do polskiej poezji ton bardzo własny, oryginalny, wybrzmiały do końca w pełnych, niespiesznych, poetyckich frazach, o krystalicznej wręcz czystości.

„Szczególna wrażliwość słuchowa, rekompensująca niejako ograniczenia zmysłu wzroku, sprawia, że jego frazy poetyckie odznaczają się znakomitą konstrukcją i organizacją brzmieniową. Autor po mistrzowsku wykorzystuje melodię zdania, jakże różną od rytmiki klasycznej poezji. Wybrzmiałe do końca frazy czyta się z prawdziwym wzruszeniem i podziwem. Niewielu już dzisiaj potrafi tak panować nad zdaniem, nierzadko rozbudowanym, okresowym, odznaczającym się najczęściej zwolnioną linią melodyczną, pozwalającą czytelnikowi spokojnie podążać za wypowiedzią poetycką. Nigdy przy tym nie są to popisy retoryczne. Przeciwnie, zdumiewa naturalność tych zdań idąca w parze z ogromną urodą  języka (…).

Jednakże mimo niezwykłej sztuki pięknych zdań, nie strona językowa wysuwa się na plan pierwszy w poezji Jana P. Grabowskiego. To jedynie doskonałe narzędzia pozwalające autorowi mówić o swoich radościach i umiłowaniu piękna świata stworzonego.” (Waldemar Smaszcz, recenzja wydawnicza: Radość, że jednak było naprawdę, że trwało, że nie przeminęło z wiatrem, Jan P. Grabowski Kolor chryzoprazu. Liryki wybrane z lat 1986–1995. Gdańsk-Pelplin 1997 r., s. 190).

Poezja Jana P. Grabowskiego to pod względem wersyfikacyjnym wiersz wolny. Wypełnia ją liryka bezpośrednia, oparta na podmiocie lirycznym wypowiadającym, przeżywania, liryka pośrednia opisowa, liryka wyznania, z monologiem lirycznym w postaci czystej, liryka narracyjna, z monologiem lirycznym zorientowanym narracyjnie, liryka filozoficzna, refleksyjna, liryka religijna, obejmująca wiersze pochwalne, błagalne, dziękczynne. Przeważa podmiot liryczny indywidualny, właściwy liryce osobistej. Poezja ta odznacza się bogactwem form obrazowania: obrazowanie konstruktywistyczne, fantastyczne, realistyczne.

Jan P. Grabowski po mistrzowsku operuje środkami stylistycznymi – nie tylko słowotwórczymi, czy składniowymi, ale zwłaszcza przekształceniami semantycznymi. Na szczególną uwagę zasługuje tu epitet, epitet metaforyczny, metafora – często bardzo odległa.

Twórczość Jana P. Grabowskiego dowodzi ogromnej odpowiedzialności Autora za treść i jej formę, za warsztat artystyczny i za literacką działalność w ogóle. Należy także odnotować, że Jan P. Grabowski dba nie tylko o głębię i artyzm poetyckiego przekazu, ale także o jego staranne edytorstwo, przyjmujące postać wydań bibliofilskich. Dzięki temu dorobek wydawniczy Jana P. Grabowskiego wyłamuje się z tzw. literatury niszowej, do której należy większość wydawanych dziś tomów poetyckich.    

Literacki i edytorski profesjonalizm pozwala odnieść do poezji Jana P. Grabowskiego jakże wymowną refleksję Zygmunta Kubiaka: „każda strofa prawdziwego wiersza jest dziwnym zwycięstwem nad niewyrażalnością”.

Prawdziwe strofy gdańskiego Poety czynią „wyobrażalnymi” piękno natury, metafizyki, muzyki, ludzkiego życia i przemijania, Światła i Ciemności – i przez to są zwycięstwem nad fałszywą, złudną „urodą” postmodernistycznego świata.  

Pochylając się nad strofami Jana P. Grabowskiego, ulegając ich pięknu, magii i wielkiej mądrości, wiedzieć musimy, że pisze je Artysta, który wśród wielu wyznań na koniec XX wieku, pozostawia również takie:   

 

Wykształcenie, posiadane tytuły naukowe,

mogą w takich sytuacjach się przydać,

ale niekoniecznie. Raczej… wyobraźnia,

także intuicja, a nade wszystko skłonność do

przeżywania życia w każdym jego przejawie.

(Pozostawiam)

 

Jan P. Grabowski uczy nas właśnie owego „przeżywania”, wyzwala zachwyt nad światem, jakieś niewypowiedziane tęsknoty, uczy dostrzegania nadzwyczajności w codzienności i nakłania do pojmowania ziemskiej wędrówki jako nieustannego szukania odpowiedzi na pytanie: „Bo czymże, jak nie oczekiwaniem jest całe tu moje życie?.

Dr Małgorzata Czerwińska, Bo czymże, jak nie oczekiwaniem jest całe tu moje życie?. Opinia o książce Jana P. Grabowskiego Srebrne adagio. Poezje zebrane. Zielona Góra, 5 maja 2006 r.

 

47. Przez wiersze Jana P. Grabowskiego przebijają się doświadczenia niepokoju egzystencjalnego. Podejmuje on trudne problemy, zarówno takie, przed którymi prędzej czy później stanie każdy człowiek (np. śmierć bliskiej osoby, skomplikowany wymiar relacji rodzinnych), jak i niepokój związany z nieskończoną małością i nieskończoną wielkością wszechświata, który prowokuje refleksję nad miejscem, jaki w nim zajmujemy: my – ludzie, bądź ja – pojedynczy człowiek. Jednak pomimo rozległej i poważnej, wielowątkowej tematyki, poezja ta ma w sobie pewną lekkość i pogodę, zapowiadaną zresztą w tytule jednego z wierszy: Pogodna rezygnacja. To swobodne łączenie powagi i radości wydaje się najbardziej wartościową cechą tej poezji. Z jednej strony czytelnik napotyka takie wiersze jak Medytacja, którego narracja zorganizowana jest jak wariacje na temat najważniejszego chyba filozoficznego pytania: „jak żyć?”. Z drugiej – doświadcza wyrażanej przez poetę radości chwili, która nawet jeśli jest w skali globalnej bez znaczenia, nabiera niezwykłej wartości w rzeczywistym doświadczeniu (np. Zapewne chwila ta niewiele znaczy).

Spoiwem łączącym te dwa wątki wydaje się być przyroda, funkcjonująca jako analogia do paradoksów ludzkiego życia. Podobnie jak życie człowieka, przyroda komponuje nieprzebrane bogactwo możliwości z cykliczną nieuchronnością. Częsty motyw parku, lasu, przyrody, konkretnych miejsc (Sobieszewo, Oliwa), miesięcy, pór dnia i roku, przeplatanych z refleksją o bardziej ogólnym charakterze, tworzą razem mozaikę, która szczególny wyraz znalazła w wierszu Ale czyż można uciec z… krajobrazu. W przyrodzie tej wydaje się zamieszkiwać Bóg Spinozy, choć Bogiem nie nazwany (Klękam przez tobą – krajobrazie – czoła pochylam przed twą świętością).

Wiersze te, czytane, jako jedna całość okazują się stanowić niezwykły zapis doświadczenia jednostki, a zarazem swoiste lustro, w którym każdy z nas może się przyjrzeć. Liczne odniesienia do kultury: filmu (Fellini, Lynch, Tarkowski), muzyki (Dworzak, Bach), poezji o szczególnym zabarwieniu filozoficznym (jak Hölderlin, o którym Martin Heidegger mówił, że był prawdziwym filozofem bycia), elegijnym (John Donne), filozofii (Kołakowski, św. Augustyn) – nadają im posmak intertektualności i stanowią delikatne tropy interpretacyjne.

Dr Monika Bokiniec, opinia na temat książki Jana P. Grabowskiego pt. Złoto i biel. Wybór poezji. Gdańsk, 23 maja 2006 r.

 

48. Wiersze pomorskiego poety – Jana P. Grabowskiego – zasługują na uwagę nie tylko każdego człowieka wrażliwego na piękno, na głębię poetyckiego odbierania zjawisk tego świata, ale również, a może zwłaszcza, zasługują na uwagę przyrodników. Przyroda bowiem jest inspiracją i jeżeli nie tematem, to ważnym bodźcem, lub chociażby tłem dla przeżyć Autora, które przelewa w strofy swych wierszy. Każdy wiersz, to jak osobne zjawisko, osobna historia z całą własną głębią, filozofią i nastrojem. Każdy dostarcza przeżyć, daje impuls do przemyśleń i porównań z własnymi doznaniami. Można też spojrzeć na całość nowego tomu poezji Autora i zastanowić się nad urokiem tego „dziecka”, które ufnie oddaje w nasze ręce.

Zafascynowanie wielkością, pięknem i trwaniem przyrody, nieporównywalnymi ze znikomością naszego życia, od zachwytu nad krajobrazem, po zauroczenie niezauważalnym dla wielu ludzi śpiewem kosa, inspiruje Poetę nie tylko do wyrażania podziwu dla cudu Natury, ale też dla wielkości Nadrzędnej Istoty, która to wszystko sprawiła. Prowadzi to również do głęboko filozoficznych zadumań, dotyczących zwłaszcza tych tajemnic świata, jak ogrom Wszechświata i nasza wobec niego małość. A jednocześnie, tej rekompensaty, jaką są nasze zmysły, pozwalające dostrzegać piękno i wielkość oraz nasza świadomość tych cudowności, których przecież sama Natura nie czuje. Pozwala docenić wielki dar Boga, a nawet zachłysnąć się nim, jak w przypadku Poety, otrzymującemu impuls do tworzenia strof. Mogącemu wyrazić swą wdzięczność i hołd dla Stwórcy za dobroć tych darów.

Zachwyt nad przyrodą wiąże się często z konkretnymi miejscami, głównie na Pomorzu, poczynając od ogrodu w Malborku, po jeziora na Pojezierzu Kaszubskim, czy w Borach Tucholskich, które Autor wymienia w przypisach, jakby chcąc nas przekonać o realności przeżyć, jakie opisuje. Piękno nocy wzywa Poetę, aby wybrał się do lasu, światło dnia, rozsiewające złoty pył każe podziwiać barwy świata. Jakże Poeta umie się nimi cieszyć – nawet burzą, a potem następującym po niej przejaśnieniem i uśmiechami ludzi, które wywołało. Uczmy się pilnie odnajdywania takich radości, bo życie składa się z chwil. Jeżeli nauczymy się cieszyć nimi, ich pięknem i niepowtarzalnością – zdążymy nacieszyć się tą krótką drogą, jaką nam wyznaczył los.

Jeżeli tyle wzruszeń, tyle szczęścia przelanego poezją na papier, to dlaczego „pogodna rezygnacja”? Czyżby świadomość naszego przemijania, tego za krótkiego żywota, by nacieszyć się pięknem świata, jak zbyt szybko mijającą wiosną? Czy to odejście Bliskich, Kochanych Ludzi – Ojca, papieża Jana Pawła II, Teściowej, Czesława Niemena – każe z „pogodną rezygnacją” „czekać na śmierć niespieszno”, jeszcze tylko zachwycając się bielą i złotem dni, rojami meteorytów i tysiącami innych cudów Natury. Jeszcze snując z Matką wspomnienia swego szczęśliwego dzieciństwa, napawając się cudowną więzią miłości i czułości, jak złotą przędzą lipca, wyrażając serdeczny zachwyt dla Żony i ojcowską troskę dla Syna. 

Zachwyt nad przyrodą o każdej porze roku, inny – dla kolejnych jego miesięcy, kiedy docenione są nawet te dni jesienne i zimowe i ten deszcz, który innych chowa po domach, a Poecie każe wyjść na spacer i cieszyć się nim. Zdumienie, że ludzie, zwłaszcza zaganiani, oderwani od przyrody w miastach, nie zauważają cudowności tych zjawisk, które w przyrodzie następują. A przecież czeka Park Oliwski, do którego trzeba się wybrać, aby ucieszyć kwitnącymi magnoliami, czeka Sobieszewo, ze swoimi nadmorskimi lasami i piękną plażą, czeka tyle niepowtarzalnych, wyjątkowych miejsc i tyle chwil. Chwil, które mogą dać poczucie jedności z Wszechświatem: „Szedłem nadmorską aleją, a wraz ze mną / przemieszczał się cały świat”. Ten świat, co czasem wyda się prowincją, z której wszędzie daleko, jak z odludzia nad jeziorem, gdzie w samotności można zgłębiać tajemnicę dotykalności światła, wody i powietrza.

A obok przyrody, albo razem z nią, jest zachwyt muzyką, aż do zatracenia („kiedy słucham / jak „Lascia la spina cogli la rosa” śpiewa / Cecilia Bartoli to tak jakby mnie już tu nie było: / rozprzestrzeniam się, cały znikam w muzyce”) wielkimi dziełami, zwłaszcza w wykonaniu wirtuozów wokalnego kunsztu. Poeta nie waha się uhonorować śpiewaczek, których głos i wykonanie utworów wprawiły Go w zachwyt, wymieniając je w podtytułach wierszy lub tekście. Stanowią również cud Natury, podobnie jak piękno muzyki Mistrzów, a także piękne freski, czy poruszające dzieła filmowe. W chwilach zwątpienia jest więc nadzieja na coraz bliższą Wieczność i spotkanie z Bachem, Mozartem i Bliskimi.

Wiersze Jana P. Grabowskiego polecam wszystkim wrażliwym na piękno, wszystkim, których w głębi duszy nurtują pytania o istotę Natury, istnienie Boga, troska o dorastające dzieci, o starzenie się Bliskich i ból po Ich odejściu. Polecam zwłaszcza przyrodnikom. Poszukiwanie wiedzy przyrodniczej bowiem nie powinno być oderwane od pytań o rządzące przyrodą prawa, o jej naturę i naszą z nią współzależność. Nie powinno też nigdy być odarte z szacunku i miłości – z uczuć. A tego możemy i powinniśmy się uczyć z wierszy pomorskiego Poety – Jana P. Grabowskiego.

Dr biologii Michał Buliński, Złoto i biel – nowy wybór poezji Jana P. Grabowskiego. Recenzja wydawnicza. Gdańsk, 6 czerwca 2006 r.

 

49. W bogactwie myśli, przeżyć i pragnień zawartych we wciąż rozwijającej się poezji Jana P. Grabowskiego można wskazać nieustannie podejmowany wątek. Jest to podróż do światła, blasku i jasności.

 

Z całą pewnością co dzień dążyłem ku światłu…

jak rośliny,

które zawsze zwracają się Tam, skąd widać Jasność

 

– mówi liryczne „ja” w wierszu Codzienność. Poezja Grabowskiego to przede wszystkim poezja jasności – zarówno tej ziemskiej, jak i transcendentnej, wykraczającej poza zasięg doświadczenia i poznania ludzkiego. Pomimo trosk, cierpienia (własnego i bliskich) i lęku przed światem podmiot liryczny, którego można utożsamiać z autorem, „każdego dnia układa wielki poemat jasności”. Całym swoim istnieniem przeżywa świt, zachwyca się południem, kontempluje zmierzch, podziwia rozgwieżdżone niebo… i wtedy jego oddech zrównuje się z oddechem przyrody, a jego życie staje się pogodną rezygnacją z pośpiechu. Wówczas dopiero zaczyna się wewnętrzna podróż i jakże piękna „milcząca rozmowa” ze Stwórcą światła. Poezja Grabowskiego ukazuje przejmujące wizje przyrody, w której objawia się Bóg, choć czasem jest to obraz z pozoru zwyczajny –

 

A przecież wystarczy przystanąć,

by zapatrzeć się tuż obok, przy drodze.

Bo wywyższenia można doznawać

i na sam widok… kwitnącego rzepaku.

(Tryptyk elegijny. Część pierwsza pt. Wywyższenie)

 

Otoczony jasnością ziemską bohater wierszy autora Łaski widzenia pragnie i tęskni za Jasnością nie z tego świata.

Podróżom wewnętrznym Grabowskiego nader często towarzyszy muzyka barokowych mistrzów, zwłaszcza Bacha i Telemanna, a także „niekończący się koncert planet”, „złocista melodia południa”, „spokojny hymn widnokręgu” czy „muzyka pszczół”. A ponadto nieodłącznym elementem każdej niemal wędrówki lirycznego „ja” staje się refleksja nad upływającym czasem, który ciągle pozostaje / najtwardszą przeszkodą do… Wieczności”. W swoich „nieśpiesznych wierszach” poeta konsekwentnie próbuje „zatrzymać to, czego nigdy nie można pochwycić”. Mimo że bez niepokoju oczekuje nadchodzących dni, to tak bardzo po ludzku rozważa, jak i czym zatrzymać i utrwalić każdy otrzymany od Pana dzień. Świadomy przemijania a daleki od rozpaczy Grabowski właśnie swoją poezją przenika, chwyta i utrwala to, co nieuchwytne. Ma też wyjątkowy dar widzenia i nazywania niezwykłych momentów – których inni zdają się nie dostrzegać – jak choćby w Kilku epizodach na przełomie sierpnia i września, gdy poeta mówi: 

 

Najpiękniej jest tuż przed wyjazdem – ot nieistotna

na pozór chwila między: jesteśmy, a już nas nie ma.

 

*          *          *

Jan P. Grabowski należy do tych twórców, którzy mają do powiedzenia coś ważnego o świecie i ujmują to w piękną formę. Dzięki jego poezji można przybliżyć się do Tajemnicy Życia, Przemijania i Światłości, a jednocześnie odnaleźć i powrócić do samego siebie.

Marcin Lutomierski, Podróże do światłości. Toruń, 18 maja 2007 r.

 

50.  Poezja jest ulotna, bo ulotne jest życie, bo ulotny jest człowiek. Ale dzięki poezji wszystko jakby się unieśmiertelnia, wyrasta ponad teraźniejszość, ponad chwilę obecną. I to życie, które w niej jest zawarte, toczy się nadal, będzie się toczyć bez końca.

Jan P. Grabowski pisze w Kwartynach poszpitalnych Część trzecia Wieczór po upalnym dniu:

 

Wieczorem dociera do nas tchnienie pobliskiej łąki,

która wcale nie chce wcześniej niż my kłaść się spać.

Wyczekuje, a my czujemy jej wilgotniejący oddech

sycony oszałamiającym zapachem kwiatów i traw.

 

Które… któż zdołałby je na tej łące policzyć,

bo tyle ich jest. A wśród nich ileż gniazd ptasich,

ileż napowietrznych odgłosów. A te świerszcze:

zupełnie jakby łąka unosiła się od ich muzyki.

 

Którą – chcemy, czy nie chcemy – musimy słuchać.

Tak samo jak nie mamy – całe szczęście – żadnego

wpływu na to, że – niemal niedostrzegalnie – dzień

przeistacza się w wieczór, a potem w ciemność i w noc.

 

I kończy ten wiersz słowami:

 

A wszędzie jest jeszcze zielono-żółto. To od łąki,

od Słońca, wokół nas, w powietrzu, na niebie

w naszej obecności – teraz – to wszystko się staje.

Także i ten wieczór, który wciąż jeszcze się dzieje i

 

swoją obecnością także i nam dziś przypomina:

„Zostańcie, jeszcze nie odchodźcie, jeszcze nie

kładźcie się spać. To, co najważniejsze nad łąką,

w powietrzu, na niebie wieczorem, i nocą, się dzieje”.

 

To nieprzemijające piękno śledzi przemijający człowiek – autor siedzi przecież na balkonie razem z żoną, która dwa tygodnie wcześniej wróciła ze szpitala, gdzie doświadczyła własnej kruchości, stanu zagrożenia, niepewności jutra. Autor ma świadomość, że w każdej chwili coś się zaczyna i jednocześnie coś się kończy. Człowiek musi mieć świadomość kruchości, krótkości każdej chwili, a więc także kruchości, krótkości życia. To doświadczenie jest ważne i potrzebne, jakby zmusza człowieka do głębszych refleksji, do zastanowienia się nad istotą życia, do szukania tego, co w tym życiu najważniejsze. To doświadczenie zmusza człowieka do szukania Sensu. To poszukiwanie musi być ważne także dla poety / a może szczególnie dla niego /. Przecież to właśnie poeta jest spostrzegany jako sumienie narodu, jako sumienie wielu ludzi.

Wacław Buryła, Jesteśmy stworzeni, by mówić kocham. Pokłosie X Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego „O ludzką twarz człowieka”. Krośnice, 26 czerwca 2007 r.

 

51. Anna Szade: Panie Janku, spotykamy się ze szczególnej okazji 30-lecia Pana debiutu literackiego. Jak to się stało, że został Pan pisarzem, poetą?

Jan P. Grabowski: Przyczyn było, oczywiście, bardzo wiele. Sądzę, że zadecydowało o tym m.in. miejsce urodzenia tj. Malbork, a szczególnie przedmieście nazywane – nie wiedzieć czemu – Nową Wsią – czy jak ostatnio… Międzytorzem ze swoją specyficzną atmosferą ogrodów i rozległych pól za ogrodami. W Międzytorzu mieszkało wtedy bardzo wiele osób z Kresów. Z Kresów pochodzą także moi Rodzice. Popołudniami, zwłaszcza letnimi oraz zimowymi wieczorami ludzie bardzo chętnie spotykali się ze sobą i powiadali różne, nie tylko rodzinne, niekiedy bardzo tajemnicze, historie. Ach, cóż to były za opowieści, cóż to były za historie. Na kilkulatku, którym wtedy byłem, wywierały bardzo wielkie wrażenie.

ASz: Opisał Pan je w wielu utworach poetyckich, a nade wszystko w „W kwartecie malborskim” opublikowanym w Pana poprzedniej książce tj. Sonacie obojowej. Natomiast w najnowszej Pana książce tj. Złocie i bieli tematy malborskie można znaleźć w następujących utworach: Nigdy nie zapomnę; Coraz więcej ciemności; Wiersz nieśpieszny; Pójdę naprzeciw zimy; Dwa wiersze z kosem; Dwa wiersze malborskie; Dwa wiersze dla mojej Matki; Bo wszystko jest w nas i w nas się rozgrywa; W powietrznej perspektywie tamtego lata; O, stanąć pod tamtymi gwiazdami ulicy Poznańskiej; Styczeń, nie-styczeń…

A co jeszcze oprócz atmosfery i klimatu miejsca rodzinnego zadecydowało o tym, że zaczął Pan zajmować się twórczością literacką?

JPG: Sądzę, że wpływ na to miał także czas spędzony na studiach polonistycznych w Toruniu. Pamiętam, że bardzo chciałem studiować w Toruniu. Gdańsk, jest oczywiście, bliżej Malborka, ale to jednak Toruń urzekł mnie swoją urodą i pozostał, na zawsze, miejscem „magicznym”. Nade wszystko jednak spotkałem się wtedy z nieprzeciętnymi osobowościami tj. m.in. prof. Konradem Górskim, specjalistą od twórczości Adama Mickiewicza oraz prof. Arturem Hutnikiewiczem.

ASz: Czas, kiedy Pan studiował polonistykę na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika to także czas pewnej „otwartości”: pojawia się wtedy bardzo wiele interesujących książek, trwa w najlepsze tzw. „boom iberoamerykański”, odbywają się  Festiwale Festiwali Filmowych z bardzo ciekawymi filmami, teatry wystawiają interesujący repertuar…

JPG: Tak, oczywiście to wszystko miało wpływ na to, że zająłem się twórczością literacką. A poza tym po powrocie ze studiów do Malborka, do Międzytorza, na ulicę Poznańską bardzo dużo słuchałem radia. Dowiedziałem się o konkursach literackich. Zacząłem wysyłać wiersze i prozę na te konkursy. Otrzymałem szereg nagród. Zadebiutowałem w Wydawnictwie Morskim zbiorem opowiadań Zabójstwo Ahuramazdy, rok później wyszła minipowieść Ukryte spojrzenie. A potem następne książki.

ASz: Również utwory wchodzące w skład najnowszej Pana książki tj. Złota i bieli otrzymały kilka pierwszych nagród na prestiżowych, ogólnopolskich konkursach literackich.

JPG: Udział w tych konkursach traktuję wyłącznie jako m.in. jeden ze sposobów oceny moich utworów literackich. Mam, bowiem taki zwyczaj, że zanim wydam książkę poddaję ją różnym ocenom. Piszę przecież nie tylko dla siebie, ale nade wszystko dla czytelników. Moje utwory oceniają przed ich wydaniem zarówno profesorowie uniwersyteccy, znani historycy i krytycy literaccy jak i bibliotekarze, studenci polonistyki oraz m.in. regionaliści a także jurorzy konkursów literackich.

Książkę przed jej wydaniem rozsyłam, za pośrednictwem m.in. poczty elektronicznej, do różnych osób.

 ASz: W ten sposób Pana wiersze trafiły również do Pana Piotra Adamczyka, aktora znanego z filmowych ról m.in. Fryderyka Chopina oraz Jana Pawła II.

JPG: Złoto i biel jest wydaniem jubileuszowym, bibliofilskim i bardzo zależało mi aby do tej książki była załączona płyta. Czuję się zaszczycony, że wiersze na tę płytę nagrał Pan Piotr Adamczyk.

Byłem ciekaw jakie Pan Piotr Adamczyk wiersze wybierze, jak je przeczyta. Przyznam, że Pan Piotr zinterpretował wybrane przez siebie wiersze w sposób… genialny, co świadczy o tym jak świetnym jest aktorem, że rozumie poezję i potrafi ją czytać.

ASz: Jesienią promocja Złota i bieli ma odbyć się w Gdańsku…

JPG: …a, jeśli to będzie możliwe, także w Malborku. Promocja mojej poprzedniej książki tj. Sonaty obojowej odbyła się 23 października 2003 r. w sali koncertowej Muzeum Zamkowego w Malborku. Chciałbym abym promocja Złota i bieli odbyła się tym razem może w Karwanie.

ASz: Przypomnijmy, że poprzednia promocja była bardzo uroczysta: z udziałem Władz Powiatu i Miasta Malborka. Pana wiersze czytali znakomici aktorzy Teatru „Wybrzeże” Halina Winiarska i Jerzy Kiszkis, oprawę muzyczną zapewnili muzycy z Zespołu Muzyki Dawnej Cappella Gedanensis. A czy zaproszenie Pana Piotra Adamczyka na promocję Złota i bieli jest możliwe?

JPG: Z tego, co mi wiadomo Pan Piotr Adamczyk jest aktorem bardzo zajętym: nieustannie podróżuje między Ameryką, Włochami, a Warszawą. Za to, że znalazł czas aby nagrać moje wiersze jestem mu bardzo wdzięczny.

ASz: Jakie ma Pan plany wydawnicze? Czy powstają nowe wiersze, nowe utwory?

JPG: Twórczość literacka to nieustanny proces. Nie mogę, bowiem powiedzieć, że piszę od, powiedzmy 8:00 do 15:00, a potem mam wolne. Najbardziej cieszy mnie to, że wiersze wciąż jednak pojawiają się, że wciąż znajdują się osoby, które chcą je czytać, że są one tym osobom potrzebne.

ASz: Bardzo dba Pan nie tylko o treść, ale także o formę swoich książek. Pisze o tym bardzo ciekawie we stępie do książki Waldemar Smaszcz, znany historyk literatury, krytyk literacki, eseista, specjalista od twórczości m.in. Ks. Jana Twardowskiego i Karola Wojtyły.

Złoto i biel jest wydana na najwyższym poziomie edytorskim, to wydawnictwo bibliofilskie. Czy tak wydane książki są potrzebne?

JPG: Są poeci, którzy wydają „tomiki poetyckie” zawierające po kilkanaście wierszy i wówczas okazuje się, że są bardzo „płodni”, bo wydali w ten sposób kilkadziesiąt „książek”. Osobiście myślę, że nie w tym rzecz, aby wydawać dużo i często. Poezja wymaga pewnego namysłu, ale także odpowiedniej formy dla treści. Sądzę ponadto, że lepiej „się czyta” z książki starannie wydanej pod względem edytorskim niż z byle jak wydanego, rozsypującego się już przy pierwszym z nim kontakcie, egzemplarza.

W przyszłym roku chciałbym wydać Srebrne adagio. Poezje zebrane, ponieważ jest takie zapotrzebowanie. Książka ta będzie autorskim wyborem z 30–lecia twórczości poetyckiej.

A poza tym ciągle powstają nowe wiersze. Być może pomyślę również o wydaniu wierszy w wydaniu np. miniaturowym lub „kieszonkowym”.

ASz: Dziękuję z wywiad. I do zobaczenia na promocji Złota i bieli. Wyboru poezji”.

Anna Szade, Wiersze pisze nieustannie. Wyjątkowy gość tygodnia, który piękno grodu nad Nogatem zaklął w strofach swojej poezji. Rozmowa z Janem P. Grabowskim, poetą pochodzącym z Malborka, który właśnie obchodzi jubileusz pracy twórczej. Wywiad prasowy wydrukowany w „Gazecie Malborskiej”.  Malbork, nr 39 z 26 września 2007 r., s. 7.

 

52. W tempie andante (Poezje z 2007 r.)

Jakże różnie można mówić o prostych sprawach. Jakże inaczej… cztery pory roku, dni, miesiące, wiatr i słońce. Czasami tak zwyczajnie, że aż się nie chce wierzyć, że to poezja. Ja też tak potrafię… takie słowa cisną się na usta, a przecież ja nie jestem poetą. Ale to jest jednak inaczej, jakoś tak… jakby wiatr te słowa pomieszał, jakby słońce na te czarne znaki liter padło i je poroztapiało. Że się zlały, zmieniły kształty, czasami powiększyły albo i sens swój zmieniły. Czytałem te kolejne strony, brnąłem w kolejne strofy, białe… I coraz bliższe stawały mi się Jana P. Grabowskiego słowa, spojrzenie na codzienność. Ja, który las poznałem, który cegłę w ręce trzymałem, młotkiem murarskim ją docinałem by w miejsce spasować widziałem przed oczyma to co poeta. Jakbym nim był. Jakbym z nim to oglądał, czuł. Może właśnie przez te Tucholskie Bory nas łączące? I jeszcze te studenckie wspomnienia, toruńskie – jakże bliskie, dawne… niezapomniane. Moje… i jeszcze poety. Czy ja też tak potrafię? – rodzi się pytanie. W każdym razie za każdą odwracaną kartką to zrozumienie jest coraz większe. 

„Bo gdzież – oprócz wspomnień – dojść można, gdy nieodwołalnie kończy się lato?” – jakby snuł się sierpniowy Malbork, taki pachnący umykającym latem. Któż to zrozumie, to przywiązanie do wspomnień z dzieciństwa? – tylko człowiek pragnący wracać w miejsca minione. Ten, co pamięta zapach wody, kolor piasku na plaży, oddech wiatru i wieczorne gwiazdy. Ale tylko z tego jedynego miejsca, z tego czasu dzieciństwa – ten to zrozumie. I nieważne, Malbork, Toruń czy Bory Tucholskie. Albo może Ziemia… nasz Dom. Pijąc te słowa czułem te wonie, te klimaty. To, co zostało ze wspomnień dziecinnych. Takie moje własne miejsca, nie malborskie – ale z dzieciństwa zaklęte w te słowa poety. I dlatego zrozumiałe, że takie same.

A dlaczego mielibyśmy ten świat zrozumieć? to jakby rozliczenie z mędrca szkiełkiem i okiem. Jakby dyskurs z uczonym, co to wszystko chce zważyć i zmierzyć. Nawet to niemierzalne… to, co boskie. Taki delikatny dyskurs… snujący się wśród słów – jak babie lato. Jak nasze istnienie. Zamknięte klamrą narodzin i śmierci prowadzącymi do Najwyższego, do źródła nieodgadnionej wiedzy, niepoznanej. I czymże jest tu nasze ziemskie zrozumienie…?

Late harvest (Poezje z 2008 r. )

Noc. Noc i ciemność – jak ona w sercu gra. Jak czuję tutaj zapach wiosny. Takiej lutowej. Przecież to jest prawdziwe, niewymyślone, rzeczywiste. Pamiętam ten luty minionego roku, te ciepłe dni, te ptaki szalejące śpiewem. I teraz to objawia się w tym wierszu. Naprawdę ja też tak powiem, słowami swoimi – ale powiem. Te poezje pachnące znanymi woniami budzą refleksję, tęsknotę. Jak „ten dzień w kolorze śliwkowym” z piosenki dawno przebrzmiałej odżywa w słowach Malinowego nieba. Refleksyjne trzyczęściowe Spacerowanie z Panią przez życie jest cudownym doświadczeniem budzi wspomnienia minionych chwil, które odeszły. Jakiś smutek a jednocześnie piękno. Cóż z tego, że minione. Ono w nas żyje, możemy do niego wracać. Tak te teksty Jana P. Grabowskiego przywołują minione obrazy. Mówią o tym, co piękne, czasami zwyczajne. Są refleksją. I tyle mówią o nas – o czytających. Tylko trzeba wsłuchać się w tę melodię. Ta druga część tomu – jakże refleksyjna. Mówi nam tak wiele o autorze, o jego duszy. Gra nam kolorami życia.

I ten rok 2009… znowu impresja.

I znowu – jakby rozsypały się nostalgiczne nutki. Jakby podsumowanie minionego dnia. Sonata na słowa – ale bez słów. Bo one nie są tu potrzebne. Są za to te na papierze, które budują obraz. Jakże to dziwnie brzmi – słowa budują obraz. Ale taka jest sztuka. Można mówić kolorami, można malować nutami, można grać słowami napisanymi. Tak delikatnie, jak tylko muzyka brzmieć potrafi. Nostalgicznie, ale i impresyjnie.

Podsumowanie

Cóż można powiedzieć o tej poezji… ona płynie z duszy. Niesie ze sobą to wszystko, co jest każdemu bliskie, niezapomniane. I chociaż czasami jest trudna – jak życie – maluje obrazy i gra muzyką wspomnień. Bliskich każdemu, bez względu na jego pochodzenie i stan. Układają się te słowa w utworach w obraz stworzony przez poetę. Jego własny obraz życia, jego filozofię. A czytelną dla każdego, kto wsłucha się w te słowa, kto odczyta te czarne litery na białym papierze. I złoży je we własny obraz świata, taki co to każdemu inaczej w sercu brzmi.

Malują się te obrazy, przetwarzają, snują. Jak smugi śniegu pędzone zamiecią lutową, jak babie lato, jak woda deszczowa płynąca po zmoczonym asfalcie. Jak pieśń dzieciństwa chwil minionych, jak wspomnienie. Słowa pędzlem wyobraźni są w stanie każdemu namalować to, czego on pragnie. Słowa poety są tymi pędzlami naszych wspomnień. Akwarelami, linorytami, olejnymi kompozycjami kolorystów. Cokolwiek nam się wyśni. Bo one są inspiracją do wspomnień. A każdy człowiek ma przecież wspomnienia, i do nich z chęcią wraca. Bo w nich jest nasze życie, nasza miłość, nasze noce i dni.

Bernard Jesionowski, Impresje na temat Poezji. W tempie andante Jana P. Grabowskiego. Malbork, 19 kwietnia 2009 r.

 

53. Najnowszy tom Jana P. Grabowskiego nosi muzyczny tytuł Poezje. W tempie andante, i jest to – uprzedzając rzecz całą – tempo najbardziej odpowiadające autorowi, który właśnie w takim, umiarkowanym tempie przemierza świat, na własnych nogach, niespiesznie, zatrzymując się co chwila oczarowany cudem, którego nie można ominąć i – dodajmy – nie zapisać w poetyckim słowie. A cudem w tej poezji jest bodaj wszystko, co poeta spotyka na swojej drodze, unisono nie tylko tego, „co czuje i co żyje”, ale najdosłowniej w s z y s t k i e g o: „0, witać, pogodnie witać każdy dzień – czytamy w jednym z wierszy – I wszystkie noce”.

Co w nich jest takiego, że tak właśnie mamy czynić – można by zapytać. Poeta, jak każdy  u r z e c z o n y,  nie czeka na podobne pytanie, on je uprzedza:

 

Bo wczoraj pod wieczór po deszczu,

na przechadzce byłem. Wieczorem, czy

 

za dnia? Któż to rozstrzygnąć zdoła?

Bo dzień trwał w najlepsze, podczas

gdy już cienki sierp Księżyca światło

we wszystkich kałużach porozniecał.

 

Dzień, zatem, czy wieczór: kto wie ile

światła, a ile już zmierzchu w tę porę

powinno być w przestrzeni? Ile blasku

kałuże rozniecić mogą, a ile rozwłóczyć,

rozwiać wiatr tam, gdzie dotąd nie był?

[…]

 

Szedłem, a w ten wieczór

Wszechświat, jakiego nie znałem, otwierał

się nade mną. […]

 

I to wszystko dzieję się – zauważmy – nie w noc świętojańską, ani w żadną inną gwieździstą noc, lecz, jak skrupulatnie autor zaznaczył, 12 stycznia 2008 roku, powtórzmy, „pod wieczór po deszczu”. Dotąd bodaj tylko w poezji ks. Jana Twardowskiego mogliśmy przeczytać: „jaka ładna brzydka pogoda”. Okazuje się, że także Jan P. Grabowski bez zastrzeżeń akceptuje podobną sytuację. Bo chociaż u nas o tej porze roku – jak pisze poeta – „kto wie: gdzie kończy się dzień a noc zaczyna?”, w niczym to mu nie przeszkadza. Jego, bowiem emocje nie są związane z jakąś konkretną porą dnia czy nocy, gotów jest zachwycać się wszystkimi chwilami, gdyż każda z nich prowadzi „do tego, co jest niewidzialne”. Nawet w taki wieczór, nie zimowy, ale też nie jesienny, jeżeli zdecydujemy się wyjść z domu i iść przed siebie, może otworzyć się nad nami Wszechświat…

     *     *     *

Czytelnicy obeznani z twórczością gdańskiego poety, choćby z jego poprzednim tomem Złoto i biel. Wybór poezji (2007), do którego dołączona była płyta z wybranymi wierszami, znakomicie czytanymi przez Piotra Adamczyka, odnajdą w najnowszym zbiorze bliski sobie świat, tym bardziej pociągający, że na wskroś odrębny, własny. Ci zaś, którzy dotąd nie zetknęli się z tymi wierszami, mogą przyjmować je wręcz z niedowierzaniem, szukać informacji o autorze, który potrafi nadać poetycki wymiar każdemu, nawet najbardziej codziennemu zdarzeniu. 

Takie właśnie są jego wiersze, od pierwszego, tytułowego począwszy:

 

Dobrze mi tu. W tempie andante idę

przez zimę. Naprzeciw czemu nie wiem sam.

Jest mi tu dobrze, wiem co mnie spotyka.

Nie wiem co się wydarzy w następny dzień.

 

Ech, zima, zima. Znikam w tumanie:

Nie wiem, gdzie góra, nie wiem, gdzie dół.

Nie wiem nawet gdzie w prawo, w lewo.

Idę czy lecę? Wszędzie wiruje śnieżny pył.

 

Nie wiem, gdzie jestem. Ach, do domu

trafić i spojrzeć na zimę zza okna już?

Ale nie czułbym wtedy dotknięcia bieli.

Dotknięcia Tego, co stamtąd, już tutaj jest.

[…]

 

Nieoczekiwanie, choć – powiedziałbym – niejako naturalnie autor, ogarnięty realnością, przekracza próg metafizyki. Przez śnieżną zamieć trudno podążać z zachwytem. Nie sposób też dostrzec cokolwiek, gdy – powtórzmy – „znika się w tumanie” i nie wie się, „gdzie góra, […] gdzie dół […] gdzie w prawo, w lewo”, czy się idzie, czy się leci. W tej sytuacji trudno się dziwić chęci powrotu do domu i oglądania zimy jedynie przez okno. Wówczas jednak – raz jeszcze przywołajmy słowa wiersza – poeta nie czułby „dotknięcia bieli”, czyli „dotknięcia Tego, co  s t a m t ą d, już tutaj jest” (podkreśl. – W. S.).

Warto tutaj podkreślić, że gdański poeta dołączył tu do takich znakomitych liryków, jak Maria Pawlikowska-Jasnorzewska – „Śniegu. / Baranku Boży! / Gładzisz grzechy świata…”, czy zwłaszcza przywołany już ks. Jan Twardowski, który tak mówił o śniegu: „Jak niezwykły jest śnieg […]. Wszystko przykrywa, wybiela zło. Dla mnie śnieg ma metafizyczny charakter. Przychodzi jakby z innego świata. Deszcz jest z naszego świata. Śnieg jest zupełnie inny, ma w sobie jakąś duchowość, jest jak łaska.”. Ale tym, co można by określić jako copyright Jana P. Grabowskiego, jest potrzeba, a nawet konieczność nieustannego d o ś w i a d c z a n i a  realności. Skoro, albo powiedzmy nawet:  d o p ó k i  poeta żyje i może „w tempie andante […] przez zimę iść”, nie zrezygnuje z niczego, ponieważ:

 

[…] Kto wie, czy Tam

zimę napotkam i znowu powiem: „dobrze mi tu”.

 

Ta  g o t o w o ś ć  do zdumienia i zachwytu, której – jak widzieliśmy – nic nie może przekreślić, wypełnia się, ogromnieje zwłaszcza na wiosnę, gdy każdy dzień tyle przynosi, że aż pojawia się niepokój czy sprostamy budzącej się naturze. Nawet poeta, w sposób szczególny predysponowany do nazywania, świadomy niepowtarzalności każdej chwili, budzący się przed świtem, o tej porze roku jak nigdy odczuwa własną ograniczoność.

W wierszu Przystając w wiosenny dzień na chełmskim wzgórzu (Notatka pierwsza, z 25 kwietnia 2007 r.) czytamy:  

 

Dla kogo, po co to wszystko: wiatr biegnący

po trawach, skąd: stamtąd, gdzie jeszcze nigdy nie byłem?

I dokąd, Tam, gdzie nigdy nie będę? […]

 

O trawy jakże wysokie już, jakie zielone.

Przeoczyłem, przespałem nadejście wasze.

Czyżbym miał stać i czekać? I nie spać by

dostrzec – niezauważalne – nadejście wasze?

O hortensje, jakże was przeoczyć, nie zauważyć,

kiedy i tu, i pewnie Tam, i wszędzie jesteście.

[…]

 

Ach, kiedy przystaję pośród traw, w hortensjach,

czując wiatr na sobie niczego – w takiej chwili – mi nie trzeba.

 

Taka postawa, dominująca w dotychczasowej twórczości Jana P. Grabowskiego, w jakiejś mierze wyłączała poetę z otaczającej go rzeczywistości społecznej. Wychodząc na spotkanie śniegu, deszczu, wiosny, jesieni, zdumiony konstatował, że wobec takich cudów ludzie pozostają najzupełniej obojętni. Nieustannie gdzieś pędzą; zamknięci w swoich samochodach nie tylko niewiele widzą, ale nie mogą poczuć ani deszczu, ani wiatru, ani śniegu, ani słońca; ogłuszeni byle jaką muzyką nie słyszą śpiewu ptaków ani głosu morza; przebywając w rozświetlonym latarniami i neonami mieście, nie widzą rozgwieżdżonego nieba. 

Czytając podobne zdania prawie nietaktem byłoby zauważyć, że świat nie składa się jednak wyłącznie artystów, którzy w znacznie większej mierze niż inni ludzie są panami swojego czasu. Oczywiście, nie znaczy to, że nawet w największym zabieganiu nie moglibyśmy zatrzymać się choćby na chwilę refleksji, modlitwy, zachwytu wreszcie. W końcu – przyznajmy – nie zawsze tak było… Kiedyś potrafiliśmy wszak znaleźć czas na wpatrywanie się w gwiazdy, zabawę z dmuchawcami, poszukiwania czterolistnej koniczynki, a także na dobre uczynki, bezinteresowną przyjaźń, miłość, spacer z dziećmi.

Dobrze więc, że są ci, którzy nam o tym wszystkim przypominają, czy to najbliżsi, czy może kapłani, albo… lekarze; ale też poeci, jak choćby ks. Jan Twardowski, powtarzający: Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą, i Jan P. Grabowski właśnie, niemal wołający:

 

…jechać

autobusem, w taki czas, gdy wokół październik?

Idąc na wskroś sennego Przymorza naoglądałem

się października, nawdychałem – jego – powietrza:

 

rześkiego, o złotawym smaku i zabarwieniu.

Bo na Przymorzu im bliżej zatoki tym bardziej

miasto z… miasta wychodzi by w końcu tłem

pozostać, oddaleniem dla pogody października.

 

     *     *    *

 

 Jan P. Grabowski nie zamyka się we własnym świecie. Czym, bowiem byłby zachwyt, gdybyśmy nie mogli się nim dzielić. Unika bezpośredniej perswazji, ale nie kryje, jak bardzo ważny jest choćby jeden rozmówca:

 

 […]

Na przystanku coraz więcej osób się nazbierało.

Czy o czymś myśleli? – próbowałem z ich twarzy

odgadnąć. Dokąd jechali w ten złoty październik?

Czy spotkamy się jeszcze gdzieś i kiedykolwiek?

 

W końcu autobus nadjechał: jeden przystanek

zabrałem się nim do Jelitkowa. Wysiadłem ja,

jeden, jedyny. Autobus przed siebie pojechał.

A w nim i ci, z którymi na przystanku czekałem.

 

Lecz ani przez chwilę sam nie zostałem. To On

– prawie dotykalny – na powitanie otworzył mi

szum Zatoki, szelest piasku… A poza tym jeszcze

śpiew liści w wietrze łagodnie roztrzepotanych.

 

 Przełamywanie samotności dokonuje się – jak wszystko w tej poezji – bardzo naturalnie. Już w poprzednim tomie pojawiły się wiersze adresowane do żony. Ich tonacja przypomina najpiękniejsze liryki tego nurtu w naszej literaturze, jak choćby wzruszające wyznanie Kazimierza Wierzyńskiego Nie daj się smucić – „Boże, Boże, / Nie daj się smucić mojej żonie, / Ona jest wszystkim, co mi zostało…”.

W omawianym zbiorze od razu po otwierającym całość tytułowym wierszu zamieścił autor trzyczęściowy utwór Bo ona jest Słońcem – ja, zapewne, Księżycem? – w naszym planetarno-rodzinnym układzie (Czyli notatka na marginesie pewnego lutowego dnia Anno Domini 2007). „A żona i ja w dzień taki obok siebie jesteśmy” – czytamy w pierwszej części, wypełnionej, jak to zazwyczaj bywa w wierszach Jana P. Grabowskiego, codziennymi realiami. Motyw ten w pełni rozwinie autor w części środkowej:

 

Najważniejsze jest to, że obok siebie jesteśmy.

Jej obecność – jej bliskość – sprawia, że nieważna

jest pogoda, że mróz, że wiatr, że ziąb i brak Słońca.

Bo to ona jest Słońcem w naszym rodzinnym układzie.

Bo najważniejsze, że jesteśmy – tu, ze sobą – razem.

Teraz i przez te wszystkie dni, co są nam zapisane.

Co będzie „po” – nie wiemy, bo czyż jesteśmy wieczni?

I czyż warto – teraz, tutaj – o tym rozpamiętywać?

 

Bo najważniejsze są chwile, które właśnie… „są”.

Nawet nie te „przedtem”, również nieistotne – „potem”.

[…]

 

Kilka wierszy, o charakterze epitafium, poświęcił autor bliskim sobie ludziom kina: Bergmanowi, Antonioniemu, Witoldowi Leszczyńskiemu, którego arcydziełem, Żywotem Mateusza, nie przestaje się zachwycać. Nie powinny też ujść naszej uwadze liryczne powroty do lat młodości, zwłaszcza studiów polonistycznych na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu.

W wierszu Przypomnienie… że w Toruniu, nie gdzie indziej byłem poeta, przeżywający swoją „smugę cienia”, ulega „posłusznej pamięci” i przywołuje „poranny egzamin u dr Marii Szupryczyńskiej”. Po latach, a nawet dziesiątkach już lat, przemienia wszystko, co się kiedyś zdarzyło, w najczystszą lirykę, w której zacierają się zupełnie granice między sacrum profanum:

 

Wychodzę przed Collegium Maius. Pierwsze swoje

kroki kieruję – i zachodzę na krótka modlitwę – do

Najświętszej Marii Panny. A potem przez Rynek idę

ulicami – tymi samymi co zawsze – do kina „Orzeł”

 

na pierwszy poranny seans. Nie pamiętam, co to był

za film. Pamiętam poranek: tę świeżość i lekkość.

I jeszcze te światła jak gdyby rozproszone. I jeszcze

to poczucie zupełnej, absolutnej wolności. I radość,

że w Toruniu, nie gdzie indziej, jestem. Pamiętam

ten epizod i tych kilka innych, podobnych poranków.

[…]

 

Dodam – najzupełniej prywatnie – że podobnie jak poeta, mój studencki jeszcze kolega, wciąż „bardziej za Toruniem […] tęsknię”: „Szczególnie – pod jesień, najczęściej w październiku. / O, właśnie wtedy, kiedy rok akademicki się zaczyna.”. Życzę więc autorowi, by, zachowując zachwyt dla wszystkiego, co go otacza, sięgał też pamięcią do tego, co bezpowrotnie minęło, a co może powróci – dzięki sile słowa poetyckiego – piękniejsze jeszcze, bo przeniesione w zupełnie inny już wymiar.

Waldemar Smaszcz, ten dzień i te chwile…. Szkic o nowych wierszach Jana P. Grabowskiego z tomu Poezje. W tempie andante. Białystok, 1 czerwca 2009 r.

 

54. Od dawna obcuję z poezją Jana P. Grabowskiego, mojego jeszcze uniwersyteckiego kolegi. Nie dlatego wszakże, że się znamy od lat, ale że jego wiersze są mi wyjątkowo bliskie poprzez jedyną w swoim rodzaju aurę, rozpoznawalną dykcję poetycką i światopogląd nie tylko artystyczny. Niejednokrotnie o nich pisałem, a nawet – co uważam za najpiękniejszy wyraz relacji między poetą a krytykiem – czytałem je jeszcze zanim ukazywały się w książkach.

Nie mogę powiedzieć jednak, że działo się tak od początku twórczości Jana P. Grabowskiego. Pierwszym tomem, który po prostu mną zawładnął, był zbiór pt. Wiersze wybrane[12], wydany w 1991 roku. Do dziś „żyje” we mnie choćby strofa otwierająca liryk Dom[13]:

 

Wszystko jakby zmniejszone

przez odległość czasu,

kiedy patrzę za siebie albo niespodzianie

odwiedzam dawne miejsce,

w którym przeżyłem pół – być może – życia.

 

Od pierwszej lektury uległem urodzie tych fraz, że… trudno mi było się przełamać, aby o nich napisać. One po prostu  s ą,  stały się – daruje mi autor – „moimi”. Tak właśnie widziałem to, o czym jest tu mowa, a więc krytyk w tym przypadku nie miał nic do roboty. Czytałem dalej:

 

[…]

Oto wąska ulica pod starymi lipami.

Zawsze czuję ich zapach. To zapach przeszłości

tak wyraźny i trwały

jak gdyby nie było tych minionych lat.

I wtedy też wydaje mi się, że Tam mógłbym

żyć wiecznie. Bez upływu czasu.

To tylko ta krótka chwila staje się Wiecznością.

Bo – niekiedy – Wiecznością jest także i chwila.

 

Autor ma niebywały talent kreowania czasu świętego, który jest bez „przed” i „potem”, po prostu jest. Po przekroczeniu pewnego punktu w życiu przekonujemy się, że tak ważny wcześniej pęd do przodu przestaje poruszać nasze emocje. Przyswoiliśmy, bowiem niemało z otaczającej nas rzeczywistości, bez trudu rozpoznajemy to, co jest nam bliskie, a nawet co może okazać się na tyle „nasze”, że warto podjąć trud poznania i akceptacji. Chętniej zaś przywołujemy minione, jakby dopiero teraz w pełni smakując zapamiętane zapachy, krajobrazy, wrażenia. I jest nam z tym dobrze, jak w kojącym śnie, z którego niechętnie się budzimy. Bo jak się oderwać od obrazów ogarniających nas niby najpiękniejsze doznania.

„Obraz  p r z e j r z y ś c i e j ą c y – pisze poeta – ściszony jak szept” [podkreśl. – W.S.]. Czytając, podążamy za autorem, który bezpośredniością wypowiedzi potrafi uwiarygodnić każdą sytuację: „Ściszony jak moje życie…” – wyznaje, nie wahając się  dodać: „…lecz ileż kiedyś w nim było nieustającej nadziei, / ile Słońca i barw. / Ileż oczekiwania i zmagań z nocami. / Z nocami, które zawładnęły mroczniejącym światłem”, może powiedzieć to wszystko, gdyż nie uległ ciemności, a nawet potrafił ją pokonać:

 

[…]

Oto jednak przetrwałem napór tej ciemności,

co niedostrzegalnie wypełnia każdy jasny widok.

 

A teraz noce to łagodna przestrzeń

zabarwiająca wszystko na ametystowo i jest tak,

jak gdyby wielki kryształ

rozświetlał drogę na wskroś mroku.

 

Ilu z nas zmagało się z ogarniającym zwątpieniem, z pochłaniającymi ciemnościami? Ilu nie udało się ich pokonać? A może warto było powrócić do zapachów i smaków z czasów, gdy byliśmy szczęśliwi, albo spojrzeć w rozgwieżdżone niebo, skąd pada na nas tyle światła i w dzień, i w nocy?

Wymaga to, z pewnością, przełamania przyzwyczajeń, ustalonych rytmów, a może nawet zaprzeczenia im, także za cenę wyśmiania. Wystarczy zbudzić się przed świtem, by zobaczyć najczystszą chwilę, gdy Bóg daje dzień, a w południe posłuchać dzwonów na Anioł Pański, jedynych dźwięków, „które jeszcze mogą przebić się przez nieustający hałas miasta”. Poeta nie kryje, że czysta przestrzeń, której wypatruje, „coraz częściej jest tylko obrazem zapamiętanym”, ale tym bardziej pragnie o niej przypominać.

*     *     *

Prezentowany wybór poezji Srebrne adagio. Poezje wybrane, gromadzący utwory od debiutanckiego wiersza Dotykanie czasu i zbioru Dotknięcie mroku, wydanego w roku 1981, w pełni ukazuje drogę artystyczną Jana P. Grabowskiego. Od początku głównym zagadnieniem jego twórczości – jakkolwiek górnolotnie by to zabrzmiało – była  W i e c z n o ś ć.  Poeta „dotykał czas”, by przekonać się, a może raczej upewnić, że jest  p r o g i e m  wieczności.  Zwróćmy uwagę na wspomniany debiutancki wiersz, artystycznie, co oczywiste, niedorównujący późniejszym utworom, ale niezwykle interesujący jeśli idzie o określenie źródeł tej poezji:

 

Rokrocznie:

o tej samej porze

ziemia nagrzana Słońcem,

ukołysana wiatrem i nasycona deszczem

rodzi różnokolorowy plon.

Ziemi

strzegą kamienie po miedzach.

Niekiedy

– gdy zgubisz się w powtarzalności pór roku –

podejdź, przyłóż ucho i

posłuchaj kamiennych szeptów o

przemijaniu.

 

W takich chwilach kamienieje

też czas. Ciepłem ciała poczujesz

jego szorstki dotyk.

 

Słońce, deszcze, wiatry…

będą z wolna ścierały

zastygły w kamieniu – czas.

Ty – możesz rozbić kamień.

Nie rozbijesz jednak – czasu, który ciągle pozostaje

najtwardszą przeszkodą do…

Wieczności.

 

Kontrastowe zestawienie ziemi, pokrytej różnorodną roślinnością, przez co poddanej przemienności pór roku oraz kamieni, niemal niepodległych czasowi, pozwoliło poecie zbudować jakże wyrazistą sytuację liryczną. Kamienie „strzegą ziemi” i szepczą „o przemijaniu”, stąd już tylko jeden krok do obrazu poetyckiego: „W takich chwilach kamienieje / też czas”. Człowiek może wprawdzie rozbić kamień, ale pozostaje bezradny wobec czasu, „najtwardszej – powtórzmy – przeszkody do… / Wieczności”.

Wieczność przywołuje poeta także poprzez wiersze-modlitwy, mające charakter rozmów ze Stwórcą. Najlepsze z nich przywodzą na myśl jedno z pierwszych tego rodzaju naszych arcydzieł – pieśń Jana Kochanowskiego „Czego chcesz od nas, Panie…”, z tą różnicą, że w przypadku Jana P. Grabowskiego są to zawsze modlitwy indywidualne, jak ta, zatytułowana Łaska widzenia:

 

Dałeś mi Panie wszystko, co najlepsze.

Abym tutaj – na podobieństwo Twoje – istniał i

abym mógł doczekać

szczęśliwej godziny spotkania z Tobą.

 

Trudno o piękniejszy wyraz hołdu dla Stwórcy niż to pierwsze, a więc szczególnie nacechowane zdanie: „Dałeś mi Panie wszystko, co najlepsze”. Można dodać z uśmiechem, że nawet ks. Jan Twardowski nie byłby w stanie zdobyć się na więcej. Ufność poety jawi się na miarę ufności dziecięcej, chociaż nie mamy wątpliwości, że autor tych słów jest człowiekiem dojrzałym; mówi wszak o „szczęśliwej godzinie” spotkania z Bogiem, czyli o śmierci.

Po tym inicjalnym czterowierszu nie zmienia się wprawdzie charakter owej dziękczynnej modlitwy, ale zaskakiwać może sprowadzenie wspomnianego „wszystkiego” do tytułowej Łaski widzenia

 

Dałeś mi wzrok, abym w dalekich krajach i

w opromienionym widoku najbliższego wzgórza

mógł odszukiwać i utrwalać w sobie barwę

przemijających wrażeń. Dałeś mi wzrok,

 

abym każdego dnia

mógł układać wielki poemat jasności

zrodzony z przestrzeni. Abym mógł zawierać

przymierze ze światłem,

które wyprowadza pragnienia i myśli

na druga stronę ciemności…  

[…]

 

Niemal cały przytoczony fragment, poza pierwszym zdaniem, wskazuje na metaforyczne rozumienie widzenia, które wprawdzie pozwala „zawierać przymierze ze światłem” (to konkret), ale „wyprowadza pragnienia i myśli / na drugą stronę ciemności”. Metafora ta z całą pewnością przenosi najważniejsze sensy wiersza „na drugą stronę”, albo w inny, symboliczny wymiar, także sam trud poety:

 

[…]

Dałeś mi Panie łaskę widzenia.

Abym w słowach dostrzegł wszystko to,

czego nie ogarnia jasność światła.

 

Jednak granica między – nazwijmy je tak – widzeniem symbolicznym a realnym okazuje się bardzo płynna, co w niczym nie zaciera najważniejszych sensów. Przywołany już tu ks. Jan Twardowski pisał: „Zachwyca mnie otaczający nas świat, jego kolor, dźwięk, zapach, różnorodność. […] Zdumiewam się i zachwycam urodą i dziwnością widzialnego i niewidzialnego świata. To, co widzialne, dotykalne, pozwala określić granice niewiadomego i niepoznawalnego. Bez tej jedynej bliskiej miary świata nie dałoby się też dostrzec i pojąć jego nieuchwytnych tajemnic.”

Jan P. Grabowski wyznaje: „Dałeś mi wzrok, abym tutaj i teraz / nie czuł się samotny i zagubiony w mroku”. I każdy, kto zna bliżej autora tych słów, wie, ile znaczą. 

*     *     *

Odtąd poeta, obdarowany przez Stwórcę nie tyle wzrokiem, co  – powtórzmy –  „ł a s k ą  w i d z e n i a”, bodaj każdym wierszem wielbi Pana w jego dziełach. Każdy dzień, nie tylko ten w potocznym znaczeniu uważany za piękny, tyle niesie, że nie sposób nie dziękować Boskiemu Siewcy za niepojętą hojność. Zatrzymajmy się choćby – nomen omen przy „Przystanku w błękicie”, już w samym tytule łączącym ziemię z niebem, widzialne z niewidzialnym, poznawalne z Tajemnicą (tak właśnie, pisaną wielką literą):

 

Cóż może być ważniejszego

prócz tych barw i woni,

gdy jadę pociągiem przez scenę jesieni?

 

Cóż może być bardziej radosnego

i zarazem wzniosłego – przez tę krótką chwilę –

gdy pociąg przystaje,

a najbliższe drzewa to jeden wielki świergot

i – wydaje się – jakby więcej na nich było ptaków, aniżeli gałęzi?

 

Wokół mnie szkarłatniejący wszechświat liści.

Jakże stąd blisko

i zarazem daleko do niewidzialnych granic przestrzeni.

 

Jakże stąd blisko do nieba.

[…]

 

Jestem przekonany, że większość z nas doświadczyła podobnych przeżyć, ale kto miałby  o d w a g ę  tak właśnie to ująć? Kiedy zaś nie potrafimy sięgnąć po słowa z owego szczególnego leksykonu, przechowującego jedyne w swoim rodzaju nazwy człowieczych uczuć i emocji, zdumienia i zachwytów, wreszcie łez radości i wzruszeń, skazani jesteśmy na nieuniknioną oschłość i na pewno nie wykrzykniemy już: „Jakże stąd blisko do nieba”. A wówczas niebo, jak horyzont, w kierunku którego tyle razy biegliśmy w dzieciństwie, będzie się od nas oddalało, aż zniknie… za horyzontem. 

Waldemar Smaszcz, Światło niedomkniętych tajemnic (o poezji Jana P. Grabowskiego). Wstęp do książki Srebrne adagio. Wybór poezji. Białystok, 15 września 2010 r.

 

55. Ukazała się najnowsza książka Jana P. Grabowskiego pt. Srebrne adagio. Wybór poezji. Ten malborczyk z urodzenia, na stałe mieszkającego w Gdańsku, w dalszym ciągu jednak podtrzymuje kontakty z Malborkiem. Tu miesza mama poety oraz, od pewnego czasu, także brat Henryk.

Anna Szade: – Zaskakuje Pan nas, czytelników, coraz piękniej wydanymi książkami. Jakiś czas temu, bowiem ukazała się książka Złoto i biel. Wybór poezji, zawierająca wiersze z lat 2003–2006; potem Poezje. W tempie andante, zawierająca utwory z lat 2007–2009, a teraz Srebrne adagio. Wybór poezji, gromadzący Poezje wybrane od debiutu poetyckiego na antenie Polskiego Radia dnia 19 marca 1978 r. aż po utwory najnowsze z 2010 r. Do książki  załączona jest płyta z 19 wierszami w interpretacji Ignacego Gogolewskiego, aktora Teatru Narodowego w Warszawie. Która to już Pana książka?

Jan P. Grabowski: – Szesnasta. Nie idzie mi jednak o ilość wydanych książek, lecz nade wszystko – jakość. I to nie tylko o tę, nade wszystko, dotyczącą treści, ale także edytorstwa. Dlatego moje książki to, przede wszystkim, wydania bibliofilskie. Wydanie Srebrnego adagio bardzo się przez to przedłużało, ponieważ zależało mi na tym aby również i ta książka została przyzwoicie wydana oraz żeby płyta z interpretacją moich wierszy przez Ignacego Gogolewskiego i w opracowaniu muzycznym Zespołu Muzyki Dawnej Cappella Gedanensis… „odpowiednio brzmiała”.

Byle jak wydawane „tomiki poetyckie”, które praktycznie biorąc są jednorazowego użytku „nie idą”. Czytelnik poezji, w tym nade wszystko mojej poezji, ma bardzo wysokie wymagania, także edytorskie. Staram się im „wyjść naprzeciw”. Ile to trudu i zabiegów ode mnie wymaga to tylko ja wiem i moja najbliższa rodzina.

A.Sz. – No właśnie, ile kosztuje wydanie tak pięknej pod względem edytorskim książki? Wewnątrz Srebrnego adagio można dostrzec, że projekt został dofinansowany przez Samorząd Województwa Pomorskiego oraz Starostwo Powiatu Malborskiego”.

J.P.G. – Wydanie książki z wierszami bez sponsorów jest praktycznie niemożliwe. Można, oczywiście, książkę poetycką wydać „własnym sumptem”. Kogo jednak stać na przynajmniej przyzwoite, pod względem edytorskim, wydanie książki z wierszami?

Zupełnie inna kwestia to autorzy kryminałów, czy literatury tzw. popularnej. W tym przypadku jeśli autor trafi na swoje literackie „rozlewisko” nie będzie potrzebować dotacji, a wręcz przeciwnie, nawet może zarobić.

A co do tych dofinansowań, to mój kolega krawiec (także pisarz), powiedział do mnie: „No, cóż, Jasiu, chciałeś sobie uszyć garnitur, a dostałeś tylko na… rękawy, nici i guziki”. Tak,  to obrazuje wysokość dofinansowania, jakie otrzymało Srebrne adagio. Nie mniej bardzo  dziękuję sponsorom, bo bez ich dofinansowania praktycznie Srebrne adagio chyba by się nie ukazało.

A.Sz. – Kwestie dofinansowań przez państwo, czy samorządy zupełnie inaczej są rozwiązywane przez inne kraje Unii Europejskiej. W Hiszpanii, w Niemczech, czy w Szwecji wspaniale funkcjonują wszelkie dofinansowania, stypendia, nawet dożywotnie, dla pisarzy, bardzo liczne nagrody, a u nas… „rękawy, nici i guziki”? Być może ma to wyzwolić „inwencję” poetów i pisarzy? No właśnie, jeśli jest tak pięknie wydana książka to kiedy zorganizuje Pan promocję?

J.P.G. – Cóż ja mogę odpowiedzieć: że są instytucje kultury, do których ustawowych obowiązków należy organizowanie promocji książek i spotkań autorskich, a rzeczywistość jest taka, że praktycznie autor je musi organizować sobie sam.

A.Sz. – Niedawno miał Pan promocję książki Złoto i biel. Wybór poezji w Miejskim Domu Kultury w Malborku[14]. Wspaniale zorganizowaną i bardzo udaną.

J.P.G. – No tak, ale przy osobistym zaangażowaniu mojego brata Henryka. (Także tą drogą chciałbym życzyć bratu powrotu do zdrowia)[15]. Dyrektor Miejskiego Domu Kultury bardzo dobrze tę promocję poprowadził, pięknie zaśpiewał chór „Lutnia”. Po tym spotkaniu usłyszałem, podczas rozmowy przy lampce wina, że „nabrał pan pozytywnej energii”. „Ta pozytywna energia” trwała do chwili, gdy po wydaniu następnej książki tj. Poezji. W tempie andante zacząłem prowadzić rozmowy z Biblioteką Miejską w Malborku w sprawie promocji właśnie tej książki. Spotkałem się, wówczas z wielkim zdziwieniem, że „przecież miał pan niedawno spotkanie w Malborku”. No, cóż, nie będę się więcej „napraszał” o spotkanie autorskie w Malborku.

A.Sz. – No tak, a przecież jest Pan malborczykiem, wiele Pana utworów opowiada o Malborku, o rodzinnych, podmalborskich, stronach, o ulicy Poznańskiej, gdzie spędził Pan dzieciństwo i młodość. Chyba jednym z najlepszych Pana wierszy w Srebrnym adagio jest wiersz Oto obraz ściszony, który przedstawimy na końcu tego wywiadu.

J.P.G. – Tak, to jeden z moich najlepszych wierszy. Nawet nie wiem w jaki sposób go zapisałem. Po prostu zapisałem. I tyle.

A.Sz. – Może Pan uchyli rąbka tajemnicy i opowie czytelnikom: skąd się biorą wiersze, w jaki sposób Pan pisze?

J.P.G. – Odpowiem słowami Julii Hartwig, jednej z najlepszych, moim zdaniem, polskich Poetek, że: „wiersze biorą się z niczego” i że „trzeba pisać tak, jak się oddycha”…

A.Sz. – Stąd ta szeroka fraza w Pana utworach?

J.P.G. – Chyba stąd. A poza tym pisanie wierszy polega nie tylko na tym, że… „się siada i pisze, i pisze, i pisze, i pisze”. Efekt takiego „pisania” widać w dziesiątkach i setkach „tomików poetyckich”, w których nie ma nawet cienia Poezji. Pisanie, bowiem wierszy to naprawdę bardzo trudne zajęcie. Pomijam talent i wrażliwość, bo to podstawa, ale nade wszystko trzeba umieć obserwować świat, dużo wiedzieć i bardzo dużo czytać. A poza tym… „pierwszy wers jest nam dany od Boga”, a potem trzeba umieć go rozwinąć.

A.Sz. – Czy zawsze jest tak z tym pierwszym wersem „danym od Boga”?

J.P.G. – Nie, nie zawsze. Dość często wiersz powstaje – tak jak właśnie Oto obraz ściszony – w „jednym błysku”. Siadam i zapisuję cały wiersz bez żadnych poprawek. Zdarza się jednak i tak, że i z pięćdziesiątej wersji nie jestem zadowolony.

A.Sz. – Czy komuś jeszcze potrzebna jest Poezja?

J.P.G. – Pomijając fakt, że teraz prawie wszyscy piszą wiersze a nikt nie czyta? Ale, zupełnie poważnie, chyba nam wszystkim jest potrzebna Poezja, tylko że nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawy, nie zawsze mamy czas, w wielkim pośpiechu, na chwilę Poezji, nawet na chwile refleksji.

A.Sz. – Czy ma Pan swoich „ulubionych” Poetów?

J.P.G. – O, tak: ostatnio odkryłem Gerarda Manleya Hopkinsa, a „na co dzień” zaglądam do Williama Blake,a, Johna Keatsa, Roberta Frosta, Emily Dickinson…

A.Sz. – A z polskich poetów?

J.P.G. – Ostatnio odkrywam, po raz kolejny, Stanisława Grochowiaka. Wszystkim młodym poetom oraz tym, którzy postanowili zostać poetami mówię: czytajcie Grochowiaka. Z jednej strony połóżcie jakiś wiersz Grochowiaka, a obok swój. Wtedy zobaczycie, jeśli potraficie zobaczyć, ile wart jest wasz wiersz.

A.Sz. – Dziękuję za rozmowę. Zapraszam do lektury, do słuchania wierszy Srebrnego adagio Jana P. Grabowskiego, w interpretacji Ignacego Gogolewskiego, aktora Teatru Narodowego w Warszawie.

 

Wszystko jakby zmniejszone

przez odległość czasu,

kiedy patrzę za siebie albo niespodzianie

odwiedzam dawne miejsce,

w którym przeżyłem pół – być może – życia.

 

Oto jadę pociągiem półtorej godziny. Blisko,

lecz dla mnie to cała wyprawa i

powrót do tej dawnej-niedalekiej przeszłości.

Powrót do tego, co było, a wciąż jeszcze trwa.

 

Oto wąska ulica pod starymi lipami.

Zawsze czuję ich zapach. To zapach przeszłości

tak wyraźny i trwały

jak gdyby nie było tych minionych lat.

I wtedy też wydaje mi się, że Tam mógłbym

żyć wiecznie. Bez upływu czasu.

To tylko ta krótka chwila staje się wiecznością,

bo – niekiedy – wiecznością jest także i chwila.

 

Oto obraz przejrzyściejący, ściszony

jak szept. Ściszony jak moje życie,

lecz ileż kiedyś w nim było nieustającej nadziei,

ile Słońca i barw.

Ileż oczekiwania i zmagań z nocami.

Z nocami, które zawładnęły mroczniejącym światłem.

Oto jednak przetrwałem napór tej ciemności,

co niedostrzegalnie wypełnia każdy jasny widok.

 

A teraz noce to łagodna przestrzeń

zabarwiająca wszystko na ametystowo i jest tak,

jak gdyby wielki kryształ

rozświetlał drogę na wskroś mroku…

 

Na wszelki wypadek mam i to wspomnienie.

Na wszelki wypadek.

Bo to wszystko wokół jest ulotne jak sen i trwa

nie dłużej, niż sen.

 

Oto cała Wieczność i Nieskończoność

jest w tym jednym wspomnieniu, w tym jednym obrazie.

Zawsze, kiedy wracam ulicą pod starymi lipami.

 

Anna Szade, Poezja wymaga odpowiedniej oprawy. Wywiad z Janem P. Grabowskim. „Gazeta Malborska”, 2 marca 2011 r., nr 9, s. 9.

 

56. W 2012 r. mija 35 lat od debiutu poetyckiego i pisarskiego Jana P. Grabowskiego. Z tej wyjątkowej okazji rozmawiamy z autorem niezliczonych wierszy i esejów, w których opisuje także rodzinne malborskie strony.

Anna Szade: – Panie Janku, od którego momentu liczy się debiut poetycki lub pisarski: od chwili napisania jakiegoś utworu, czy też publikacji?

Jan P. Grabowski: – Liczy się debiut w środkach masowego przekazu np. w prasie, radiu lub telewizji…

A.Sz. – Czy, więc np. „Gazeta Malborska” mogłaby być miejscem czyjegoś debiutu literackiego?

J.P.G. – Owszem, można tak uważać, chociaż „Gazeta Malborska” nie jest sensu stricto gazetą literacką, raczej chyba społeczno-kulturalną. Ja debiutowałem wierszem w wybrzeżowej prasie w Gdańsku oraz audycją poetycką w Redakcji Literackiej Rozgłośni Gdańskiej Polskiego Radia w Gdańsku. Natomiast moje pierwsze opowiadanie przyjął do druku tygodnik „Literatura” w Warszawie.

A.Sz. – A potem to już wszystko „literacko poleciało”?

J.P.G. – Nie od razu i nie tak szybko. Wracając jednak do momentu debiutu literackiego, to niektórzy moi koledzy po piórze obchodzą już nie tylko 35-lecie, ale nawet 50-lecie. Za swój debiut, bowiem uważają… umieszczenie wiersza w szkolnej gazetce ściennej albo wydanie własnym sumptem „tomika poetyckiego” w nakładzie np. 10 egzemplarzy. Gdybym w ten sposób podsumowywał dotychczasową działalność literacką, to powinienem obchodzić rocznicę co najmniej 40-lecia, a nie „zaledwie” 35-lecia. Nie, nie, liczy się debiut nade wszystko w czasopiśmie literackim lub tzw. „kulturalnym” i najlepiej o zasięgu ogólnopolskim.

A.Sz. – Teraz niemal w każdym mieście powstają jak nie miesięczniki to, co najmniej kwartalniki literackie lub społeczno-kulturalne.

J.P.G. – No cóż, po 1989 r.  prawie każdy może założyć swoje czasopismo literackie i swoje wydawnictwo, w którym może wydawać swoje książki. Słowem teraz każdy może być pisarzem.

A.Sz. – Co, zresztą, widać w księgarniach i bibliotekach.

J.P.G. – Bardzo często zachodzę do księgarń i równie często powtarzam: „Tyle książek, a nie ma co czytać”.

A.Sz. – Czyżby, więc autorzy tych wszystkich książek nie byli pisarzami?

J.P.G. – W swoim mniemaniu, i wspierających ich wydawców, na pewno są. Czesław Miłosz nazywa takich pisarzy… „zapełniaczami papieru”.

A.Sz. – Czym, zatem jest pisarstwo, skąd się bierze? Jak pan, panie Janku, został poetą i pisarzem?

J.P.G. – Nie wystarczy „siąść i pisać, i pisać, i pisać, i pisać”. Pisarstwo to bardzo trudne i skomplikowane zajęcie. Trzeba mu się bez reszty poświęcić, a wynik i tak zawsze jest niewiadomy. Umieć „podnosić” poezję i prozę do rangi Sztuki, to dopiero jest… Sztuka. Odnieść sukces i artystyczny, i komercyjny jest to zadanie prawie nieosiągalne. Niemal wszyscy na pisaniu teraz chcą tylko „zarobić”.

A skąd się bierze teraz aż tylu „poetów” i „pisarzy”? Trudno powiedzieć. Bo „każdy pisać może”, ale 99% z tego co zostało napisane i wydane nie ma nic wspólnego z literaturą.

Natomiast ja nie potrafię odpowiedzieć na pytanie: „dlaczego” lub „jak zostałem poetą i pisarzem?”. Złożyło się na to bardzo wiele przyczyn: na pewno miejsce urodzenia, „dzieciństwo jak w raju” na ulicy Poznańskiej w Malborku, na pewno polonistyczne studia na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu i Profesor, który mnie wtedy na pisarza „pasował”, moje literacko-artystyczne zaintesowania, a także życie osobiste. Zadecydował moment, gdy po ukończeniu polonistyki wróciłem do Malborka, do moich Rodziców na ul. Poznańską. Bardzo dużo wtedy słuchałem radia. Usłyszałem ogłoszenia o konkursach literackich. Postanowiłem spróbować.

A.Sz. – No i udało się: otrzymał Pan bardzo wiele nagród i wyróżnień na ogólnopolskich i regionalnych konkursach literackich, zaprosiło Pana do współpracy ówczesne Wydawnictwo Morskie w Gdańsku, gdzie wydał Pan dwie, debiutanckie, książki. Do dnia dzisiejszego jest już ich 16. Odniósł pan, zatem artystyczny sukces…

J.P.G. – 17 książka pt. Przez chwilę… została przygotowana z myślą o 35–leciu działalności literackiej i wydawniczej. Właśnie złożyłem ją w wydawnictwie. Niedawno jeden z moich dalszych znajomych usłyszawszy, że wydaję 17 książkę zawołał: „Jasiu, ty pewnie jesteś już milionerem”. Roześmiałem się, ponieważ absolutnie nie zna rzeczywistości literacko-wydawniczej. Milionerami na pewno są nobliści. Nawet autorzy wysokonakładowych romansów i książek kryminalnych „cienko przędą”. A sytuacja poetów nie zmieniła się od, co najmniej, Romantyzmu.

A.Sz. – W takim razie, proszę wybaczyć szczerość: dla kogo i po co Pan pisze?

J.P.G. – Dla kogo? Piszę nade wszystko dla tych osób, które chcą czytać moje utwory. Piszę również dla tych osób, którym potrzebna jest refleksja i zastanowienie, którzy wierzą w Poezję i Sztukę, którzy nie poddali się rozpaczy i zwątpieniu w tych bardzo trudnych czasach. Dla nich piszę. To dla nich są także bibliofilskie wydania moich wierszy. Grupa moich odbiorców oscyluje około… „stałej Enzensbergera”. Cieszy mnie przede wszystkim to, że są osoby, które czekają na moje wiersze, przychodzą na spotkania autorskie i promocje.

A.Sz. – W Gdańsku na pięknie zorganizowane spotkania autorskie z akompaniamentem muzyków z Zespołu Muzyki Dawnej Cappella Gedanensis, z aktorami Teatru „Wybrzeże” przychodzi na każde takie spotkanie nie mniej niż sto osób. A w Malborku, czy z okazji 35–lecia Pana debiutu odbędzie się jakaś uroczystość?

J.P.G. – Pani naczelnik wydziału promocji, edukacji, kultury i sportu starostwa „zaproponowała” mi… aulę w mojej szkole średniej i abym, jako jej absolwent, sam sobie wszystko zorganizował. No bo przecież… „każdy może mieć 35–lecie”.

A.Sz.  – Tak, tylko, że nie każdy może być profesjonalnym pisarzem, autorem bardzo wysoko ocenionych przez krytyków literackich i historyków literatury wierszy, autorem wydanych na najwyższym poziomie edytorskim bibliofilskich książek.

J.P.G. – Zapraszam czytelników „Gazety Malborskiej” oraz w ogóle Malborczyków do Trójmiasta. Wczesną jesienią będę miał tam „Poranek poetycki” w Teatrze Miejskim w Gdyni. A w Gdańsku odbędzie się promocja książki Przez chwilę….

A.Sz. – Dziękuję za rozmowę. „Gazeta Malborska” obejmuje niniejszym patronat medialny nad 35–leciem działalności literackiej i wydawniczej Jana P. Grabowskiego, malborczyka z urodzenia. Być może uda się zorganizować chociażby spotkanie autorskie z Janem P. Grabowskim także w Malborku. Będziemy o tym informować Czytelników „Gazety Malborskiej” w późniejszym terminie.

Anna Szade, Są osoby, które wciąż czekają na wiersze. Wywiad z Janem P. Grabowskim. „Gazeta Malborska”, 4 kwietnia 2012 r., nr 14, s. 14.

 

57. Przez chwilę jest siedemnastą[16]publikacją książkową Jana P. Grabowskiego, który ma w swoim dorobku przede wszystkim książki poetyckie. Debiutem literackim w ścisłym tego słowa znaczeniu było opowiadanie Jak szukanie śladów ptaka w powietrzu, albo dróg ryby w wodzie – opublikowane na łamach tygodnika „Literatura” w Warszawie,  w 1977 roku. Rok kolejny przyniósł zaś debiut poetycki, który odbył się na falach Rozgłośni Gdańskiej Polskiego Radia – w programie poetyckim Dotknięcie mroku, przygotowanym przez redaktor Reginę Witkowską. 

Od początku swojej drogi twórczej Jan P. Grabowski chętnie dyskutuje o własnych (i nie tylko) utworach. Okazją do rozmów są przede wszystkim spotkania autorskie, wzbudzające duże – co z uznaniem należy podkreślić – zainteresowanie czytelników. „Piszę (…) – mówi autor w wierszu Sierpień – od czasu do czasu. Bo mam / czytelników, którzy na te wiersze wciąż jednak czekają”. Grabowski oddaje w wierszach swoje pasje i mówi o nich wprost. Twórczość staje się więc dla niego odbiciem autorskiego i nieskrywanego „ja”, które nie zamyka się w sobie, lecz otwiera na drugiego człowieka. Poeta mówi, mając na uwadze innych i zwracając się do publiczności, wśród której sporo jest osób bliskich lub znajomych, a świadczą o tym już same tytuły i dedykacje wielu utworów.

Autor nie stroni również od wymiany uwag z krytykami i badaczami literatury, którzy często opiniują do druku jego teksty, a także honorują je w rozmaitych konkursach. Jan P. Grabowski otrzymał dotychczas kilkadziesiąt nagród i wyróżnień w ogólnopolskich konkursach literackich. Przyznano mu również sporo państwowych nagród i odznaczeń, m.in. Złoty Krzyż Zasługi, Medal Sint Sua Praemia Laudi, Nagrodę Prezydenta Miasta Gdańska, oraz Nagrodę Specjalną Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Wiersze gdańskiego poety zamieszczane są w czasopismach, antologiach i almanachach, najczęściej jednak – w osobnych tomach poetyckich. Celowo użyto tu słowa „tomy”, ponieważ książki Jana P. Grabowskiego nie mają postaci drobnych tomików wierszy. Publikacje te wyróżniają się nie tylko objętością, lecz także staranną szatą graficzną: odpowiednio dobraną czcionką i papierem, układem tekstu, ciekawym formatem i twardą oprawą. Przypomnijmy, że wydawcą utworów autora Dotykania czasu było nie tylko Wydawnictwo Bernardinum w Pelplinie, lecz także Wydawnictwo Morskie w Gdańsku, Gorzowskie Towarzystwo Kulturalne w Gorzowie Wielkopolskim, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza w Warszawie, Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik” w Warszawie, Zabytkowa Papiernia-Muzeum w Dusznikach Zdroju oraz Fundacja Rozwoju Uniwersytetu Gdańskiego w Gdańsku.

Szukając źródeł popularności utworów Jana P. Grabowskiego w kręgach czytelników, można by wskazać trzy zasadnicze walory jego twórczości. Niewątpliwie jest to walor estetyczny, ponieważ autor uwrażliwia czytelnika na piękno świata przyrody – która jest w zasięgu ręki, piękno kosmosu – który ekscytuje i niepokoi, jak również piękno muzyki – która stanowi harmonię. Poza tym w swoich wierszach niejednokrotnie przypomina ciekawe i zapomniane dziś słowa z bogatego zasobu polszczyzny. Drugą zaletą tej twórczości jest walor poznawczy. Oto bowiem dzięki poezji gdańszczanina z wyboru można poszerzyć lub przypomnieć wiedzę na temat gatunków drzew, kwiatów, ptaków, planet, gwiazdozbiorów i muzyki. Autor Łaski widzenia jest niezwykle uważnym obserwatorem i słuchaczem: wypatruje na przykład ptaków, nasłuchuje ich śpiewu, a także wyczekuje ich powrotu z dalekich krain – martwiąc się, jeśli zbyt długo nie przylatują. Grabowski swoją postawą próbuje zachęcić czytelnika do codziennej afirmacji świata, przekonuje, że warto uważnie rozglądać się wokoło, spoglądać w niebo i podziwiać cuda natury, nawet jeśli mieszka się w dużej aglomeracji. Jest jeszcze jeden, ściśle związany z poprzednimi, walor przywoływanej twórczości. Otóż, świadectwa odbioru tej poezji – w postaci listów, rozmów, recenzji i opinii – pozwalają wysnuć wniosek, że utwory Jana P. Grabowskiego pełnią również rolę terapeutyczną. Nawet jeśli ich czytelnicy nie przyznają się do tego wprost. Wydaje się, że twórczość ta może zaproponować współczesnemu odbiorcy chwilę wytchnienia od wszechobecnego cywilizacyjnego pośpiechu. Otwiera również drogę do własnych refleksji i poszukiwań odpowiedzi na pytania o egzystencję, piękno i czas.

Nie bez znaczenia dla poezji Jana P. Grabowskiego pozostaje bogata tradycja literacka, rozpoznana nie tylko podczas studiów polonistycznych w Toruniu, ale i w czasie codziennych lektur autora-czytelnika. Uważny odbiorca wierszy Grabowskiego znajdzie w jego twórczości różnego typu kontynuacje i nawiązania do utworów poetów różnych epok. Stosowane tu zabiegi intertekstualne świadczą o podejmowanym przez autora dialogu z tradycją literacką, a w szczególności dorobkiem takich mistrzów słowa, jak: Jan Kasprowicz, Jan Kochanowski, Mikołaj Sęp-Szarzyński, Leopold Staff, Kazimierz Wierzyński, Stanisław Baliński, a także Emily Dickinson, John Donne, Robert Frost, John Keats – by wymienić tylko niektórych patronów poetyckich Jana P. Grabowskiego.

Autor Żółtej poczekalni ma także swoje ulubione tematy. Najszerszy krąg tematyczny tworzy natura: ptaki (spośród nich najbliższy lirycznemu „ja” jest kos, którego tak niecierpliwie i przyjaźnie wypatruje każdego roku), drzewa, jeziora, gwiazdy i planety. Należy podkreślić, że Grabowski bardzo chętnie dzieli się swoimi obserwacjami i rozmyślaniami na temat wciąż zmieniających się pór roku. I choć twierdzi, że „nie ma piękniejszego miesiąca aniżeli październik” (Pean dla października), to w jego utworach każdy miesiąc ma niepowtarzalny urok, czar i wdzięk. Nieco rzadziej pojawia się tu tematyka miejska, a raczej: trójmiejska. Zarówno we wcześniejszych, jak i obecnym tomie można odczytać fragmenty poetyckiej mapy Gdańska, Sopotu oraz Gdyni. W topografii Jana P. Grabowskiego szczególne miejsce zajmują najbliższe okolice Zatoki Gdańskiej, molo w Sopocie, katedra i park w Oliwie, a także osiedle Gdańsk-Chełm. Najwęższy krąg tematyczny tworzą wiersze mówiące o relacjach i spotkaniach z osobami najbliższymi, znajomymi i nieznajomymi. Dużo lirycznego ciepła i wzruszenia wnoszą utwory będące apostrofami do żony, na przykład ten, w którym podmiot/autor wyznaje: „Każdy dzień z tobą to nowy świat, chociaż / niczym nie różni się od poprzedniego” (Obecność).

Bez względu na tematykę – utwory Jana P. Grabowskiego łączy występujący niezwykle często, choć realizowany w różny sposób, motyw podróży. Wędrówki do parku, nad zatokę, do lasu czy centrum miasta podmiot liryczny podejmuje niby samotnie, ale tak naprawdę w towarzystwie przyrody, która swoją obecnością ułatwia mu dostęp do świata duchowego. Mamy tu bowiem do czynienia również z innym, wewnętrznym, wymiarem podróży, podczas których poeta doświadcza harmonii natury i poczucia jedności ze światem, próbując zarazem uchwycić na jego tle własną tożsamość.

Nieodłączną towarzyszką podróży podmiotu mówiącego w wierszach Grabowskiego jest też muzyka, zwłaszcza kompozycje barokowych mistrzów (Bacha i Telemanna) oraz… „niekończący się koncert planet”, „spokojny hymn widnokręgu” czy „muzyka pszczół”.

W poetyckim świecie autora Żółtej poczekalni częste są podróże do jasności – zarówno tej ziemskiej (światła, blasku), jak i transcendentnej, wykraczającej poza zasięg doświadczenia i poznania ludzkiego. Pomimo trosk, cierpienia i pewnego lęku przed światem podmiot liryczny, każdego dnia układa „wielki poemat jasności”. Całym swoim istnieniem przeżywa świt, zachwyca się południem, kontempluje zmierzch, podziwia rozgwieżdżone niebo… , a wtedy jego życie staje się pogodną rezygnują z pośpiechu. Dopiero wówczas może rozpocząć się wewnętrzna podróż i jakże piękna „milcząca rozmowa” ze Stwórcą. Poezja Grabowskiego ukazuje przejmujące wizje przyrody, w której objawia się Bóg, choć często jest to obraz z pozoru zwyczajny.

Nieodłącznym elementem każdej niemal wędrówki lirycznego „ja” staje się refleksja nad czasem. Autor Przez chwilę jest niezwykle wrażliwy na upływ czasu, który – co może wydać się paradoksalne – nadaje sens ludzkiej egzystencji. Czas w utworach Grabowskiego uświadamia bowiem, że człowiek nie jest przypadkowym i tymczasowym istnieniem. Czas uczy także pokory, przywraca ład i daje nadzieję. Z drugiej strony jednak „nieśpieszne wiersze” gdańskiego poety konsekwentnie próbują przeniknąć, uchwycić i utrwalić to, co nieuchwytne. Koncentrowanie uwagi na „tu i teraz” – tak mocno akcentowane przez Grabowskiego – mimo wszystko odsłania również lęk i niepewność, które są niejako wpisane w refleksję o czasie.

Być może dlatego, w obawie przed nieodgadnionym i niewiadomym, z każdej niemal chwili i każdego drobiazgu czyni poeta ucztę dla zmysłów. Pozornie zwykłe, codzienne czynności i zjawiska za każdym razem stają się dla niego nowe i wyjątkowe, jak choćby w utworze Miedź i być:

 

Zatoka jak jezioro spokojna: żadnej, nawet najmniejszej fali.

Woda i jakby sponad niej – zewsząd – wschodzące Słońce.

W samą porę zdążyłem na ten cud, który przecież codziennie,

nieustannie się zdarza. Lubię nad wodą – nad jeziorem albo

 

nad zatoką – przebywać wsparty na Nieskończoności. […]

 

Autor W tempie andante ma dar widzenia, nazywania i obrazowania niezwykłych momentów, na przykład momentu wyjazdu, przechodzenia dnia w zmierzch, nocy w świt czy nadejścia wiosny. Każdy wiersz jest dla poety formą zapisu chwili, wszak „taki bowiem – na chwilę – wymiar ma życie” (W cichości).

Stąd właśnie bierze się charakterystyczny rys twórczości Jana P. Grabowskiego: ciągłe zdumienie światem i zachwyt nad jego pięknem, co bardzo dobrze podsumowuje fragment utworu z prezentowanego tomu:

 

… jak dzień lipcowy oddycham. Ech, po co

mi podróże do krajów nieznanych. Bo i ci,

którzy tam byli nie potrafią nic opowiedzieć.

A mój kraj to… lipiec, który nie ma granic.

 

Bo jakże wyznaczyć granice zapachów lip

kwitnących albo jak rzekę wiatru ujarzmić? (Lipiec)

 

Marcin Lutomierski, Poetycka kronika (nie)codzienności. Słowo o wierszach Jana P. Grabowskiego. Posłowie do książki Jana P. Grabowskiego Przez chwilę… Wiersze z lat 2010-2011 oraz Wiersze nowe z 2012 r. Toruń, 22 czerwca 2012 r.

 

58. Słowa kluczowe: świat, niebo, doświadczanie, zmysły, rozmyślanie, przyroda.

Key words: world, heaven, experience, seanse, reflect, nature.

We wstępie do wydanego w 2007 roku tomu Jana Piotra Grabowskiego, Waldemar Smaszcz sugeruje, iż podczas lektury tej poezji nie można zatrzymać się tylko na jej, aż narzucającym się, sensualizmie, gdyż jej autor „widzi i więcej i głębiej”[17]. Od pierwszych stron tomu Złoto i biel, który jest antologią poezji pisanej od 2003 roku, spotyka się w nim bardzo wrażliwego na bodźce zewnętrzne człowieka. On zaś nie na nich się skupia – on rozmyśla, a jego myśli biegną ku różnym wymiarom egzystencji, niekiedy zostają tu i teraz, częściej jednak wybiegają ku rzeczywistości eschatologicznej. Wynika to zapewne z wypowiadanego często przekonania o niepowtarzalności życia. Przeświadczenie o istnieniu wymiaru Tam, w tej poezji kojarzonego z innym, pośmiertnym wymiarem bytu, jest jednym z wyznaczników światopoglądu analizowanej twórczości, mimo że wcześniej raczej głoszona w niej była pustka powstała po skończonym dniu[18]. Co ciekawe, owo Tam (tak, między innymi, rzeczywistość eschatologiczną nazywa autor) jest pojmowane jako miejsce, „gdzie i tak prędzej, czy później się spotkamy” (Zib, s. 114), które z jednej strony jest zdecydowanie oddzielone od tu i teraz, a z drugiej – daje się poznać w dotyku bieli padającego śniegu. Ujawnia się więc druga ważna cecha tej poezji – „przestrzeń mówi” (Zib, s. 208). Tylko czy znajdą się tacy, którzy zastanowią się nad tym, co chce powiedzieć? – myśli wielokrotnie podmiot. On, jako baczny obserwator zachowań ludzi wie, że wielu zatrzymuje się tylko na powierzchni bytu, bez głębszej refleksji. Sam zaś dystansuje się od takiej postawy retorycznie zadanym pytaniem:

 

I kto więcej spostrzega ponad

codzienność? I że po nocy trzeba wstać i wyjść

Zib, s. 208

 

Brak znaku zapytania na końcu wersu wyraża już nie pytanie, ale twierdzące przypomnienie ustalonej i znanej przecież kolejności. W jej powtarzalności jest nie tylko powszedniość, jest coś więcej – ustalony porządek, ale czy w natłoku zwyczajności dostrzegany, zdaje się pytać mówiący.

Perspektywę „zobaczenia”, a nie tylko „patrzenia”, zmienić może nie tyle nastawienie, ale czas dokonywanej percepcji. Patrzenie jest teraz i było wcześniej, ale przedmiotem troski staje się tu to, co zostało dostrzeżone, kiedyś, w wieku lat dziewięciu i kolejny raz teraz właśnie. Okazuje się, że już nie ma czasu na czekanie, trzeba wyjść „naprzeciw”, po to, aby przekonać się, że nie ma powrotu do przeszłości. Patrzenie na padający śnieg może już tylko przywołać wspomnienia tego prószącego przed laty i pobudzić do zastanowienia się nad słusznością obranej, w czasie i przestrzeni, drogi, nad niemożnością powrotu i w konsekwencji do przekonania, że istnieje tylko „teraz” szczególnie wyraźnie wskazane przez czas prowincji. Owo „teraz” jest tu „niepochwytne”. Stąd raczej doświadczane, a nie utrwalane, co powoduje, że podmiot dzieli się refleksją, a nie opisuje tego, co ogarniają jego zmysły. Podczas takich przemyśleń zawsze towarzyszy mu pogoda ducha, mająca swe źródło w zgodzie „na świat w jego wymiarze rzeczywistym” (Zib, s. 148). Jeśli wcześniej pojawił się niepokój, to tylko z obawy przed poczuciem osamotnienia:

 

To mnie ogarnia niepokój

że mogłem zostać naprawdę sam

na tym brzegu gasnących świateł[19]

 

Można więc bezpiecznie mówić, że podmiot dojrzewał aż do wyznania: „doświadczać Ciebie w tym, co wokół mnie”[20]. Bez wątpienia taka postawa ułatwia otwarcie się na postrzeganie, a w konsekwencji na dostrzeganie. Ciało jest narzędziem spostrzegania i dalej poznania. Nie ma tu zatrzymania się na powierzchni świata, ale raczej podejmowane są:

 

[…] próby, aby dotrzeć dalej

poza ten zewnętrzny świat barw, doznań i wrażeń aż… Tam,

skąd pierzcha mrok. A trwanie nie jest już tylko oczekiwaniem

Szib, s. 67

 

Taka postawa wynika z przeświadczenia o niemożliwości utrwalenia tego, co się postrzega w słowach, czy jakichkolwiek innych kodach. Pozostaje więc myśl, sięgnięcie do „głębi”, a to już może uczynić poeta i to nie tylko dla siebie, ale i dla tych, którzy zostali pochłonięci przez codzienność:

 

[…] zapamiętać, zapisać zdarzenia,

zjawiska z powietrza jakby, może ze światła?

I z wszechogarniającego przestworu nieba.

I które niezauważalnie – na pozór? – istnieją.

Zib, s. 69

 

Trzeba jeszcze dopowiedzieć, iż źródłem odczuć jest świat natury, sporadycznie tylko inny człowiek czy jego wytwory. Podmiot wręcz niekiedy stapia się ze światem ożywionym i nieożywionym i doświadcza go całym ciałem. W ten sposób sprowokowany, zastanawia się nad obecnością Boga, nad przemijaniem, czy nad granicami poznania. Charakterystyczne dla tej poezji jest, z jednej strony, przesycenie sensualnością, a z drugiej przekonanie o niepełności poznania zmysłowego. Słychać w niej wręcz potwierdzenie tego, co wcześniej ustalił Jean Guitton, że „natura działa tak, jakby chciała ukryć przed nami prawdę bytu; wrażenie zmysłowe nie jest jeszcze poznaniem”[21]. Ta idea tu została wyrażona, między innymi, przez odwołania do sztuki filmowej, której miłośnikiem jest sam autor. Stąd zapewne wypowiedziane przekonanie, że film jest „najważniejszą / formą sztuki” (Zib, s. 82), bo tylko on, dzięki zdobyczom techniki, ma władzę pokazywania, zarówno tego, co już było albo mogło być, co jest, albo może się w przyszłości zdarzyć. Człowiek zaś zmienia tylko role, raz jest aktorem, raz widzem. Czasami nawet bywa pewien, że jest reżyserem. To diagnoza. Od niej dystansuje się mówiący:

 

[…] Reżyserem może tylko On być

Bo On światła stwarza, opowiada światłami.

Zib, s. 82

 

Jednak tu ciągle żyjemy w „półcieniu”. Tak jak według św. Pawła, dopiero później poznamy, tak jak i zostaliśmy poznani (1 Kor 13, 12). Tylko „cóż wówczas nagle ujrzymy?”, pyta sugestywnie. Być może właśnie to „Niepoznane”, o którym mówi podmiot tryptyku Trzy wiersze na temat Niepoznanego. On to sytuuje siebie w gronie tych wszystkich, którzy ciągle nie znajdują odpowiedzi na fundamentalne pytania: skąd przyszedłem? i dokąd zmierzam? Mimo, że wiedzą, iż tu są tylko podróżnymi, to starają się ogarnąć świat i to nie tylko zmysłami. Nie zadawala ich także dotarcie do tu i teraz. Podmiot wie, że jego wędrówka ma swój cel. Ona zmierza do Tam. W tej sytuacji musi się pojawić pytanie o punkt, w którym się teraz znajduje, czy bardziej jest tu, czy może już bliżej tego, co Niepoznane (to też nazwa tego, co przynależy do eschatologii). Ta wątpliwość sugeruje kolejną: czego dotyczy Tajemnica, z jakim wymiarem życia jest kojarzona? O ile podmiot tej poezji nie odcina się od teologii chrześcijańskiej, o tyle z jej eschatologii przyjmuje przeświadczenie o ciągłości istnienia o tym, że „[…] życie Twoich wiernych, o Panie, zmienia się, ale się nie kończy”[22]. Jednak to, jak ono będzie wyglądało, dla mówiącego pozostaje tajemnicą. To właśnie granica życia i śmierci wyznacza definitywny koniec możliwości poznania zmysłowego.

W tej poezji ciągle brzmią Pawłowe słowa: to, czego ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują (1 Kor 2, 9). Konsekwentnie więc ta niemożność sensualnego ogarnięcia oznacza dotarcie do końca ziemskiego wymiaru bytu. W ten sposób mówiący uświadamia sobie istnienie dwóch światów: poznawalnego zmysłowo, a więc ziemskiego i tego, który zaczyna się na końcu percepcji sensualnej. Dzięki temu ograniczeniu podmiot wie, kiedy już zbliża się do „Niepoznanego” i wówczas świadomie dotyka obydwu rzeczywistości. Mimo tego, stara się ustalić, gdzie owo Tam jest, czym albo kim jest. I tu pojawiają się spekulacje. Najpierw więc swój wzrok kieruje ku kosmicznym przestworzom, potem ku powietrznym przestrzeniom, a potem ku wodom jezior. Oczywiście te poszukiwania kończą się fiaskiem, co dodatkowo pozwala, mówiącemu na rozliczenie się z różnymi wierzeniami, czy utrwalonymi w kulturze ich interpretacjami[23]. W tej sytuacji poszukujący zwraca się ku codzienności, aby w niej, choć bez pewności, dostrzec już ten „inny wymiar”. Tu zaś szczególną uwagę zwraca wyjątkowość każdego ludzkiego życia, dostrzeżona w najzwyklejszych czynnościach i słowach. Można więc uznać, że doświadczenie granic poznania zmysłowego doprowadziło podmiot do dokonania sakralizacji codzienności. Taki stosunek do tego, co powszednie, znany już jest z tradycji judeochrześcijańskiej. Zawiera się ona w starotestamentowym wyznaniu: „bo we wszystkim jest Twoje nieśmiertelne tchnienie” (Mdr 12, 1). Gdyby zaś szukać jakichś wzorów literackich, na pewno trzeba się zwrócić ku poezji Jana Twardowskiego, choć w niej ten „inny wymiar” uobecnia się w drobinach stworzenia[24]. Obydwaj twórcy łatwiej dostrzegają Boga właśnie zmysłowo z dala od miejskiego zgiełku[25]. W poezji Twardowskiego wykorzystywany jest przede wszystkim wzrok, a u Grabowskiego prawie wszystkie zmysły: „w gorącym słońcu września” (dotyk), „w ciszy” (słuch), „w zapachu niesionym przez wiatr” (zapach), „w widzialności dnia” (wzrok) (Zib , s. 50). Brak jest tylko zmysłu smaku. To charakterystyczna cecha tej poezji, człowiek obcuje z naturą bez używania tego zmysłu. Jednak nie może to dziwić, gdyż ten typ poznania wymaga kontaktu jednostkowego, bardzo intymnego, a tu raczej dąży się do ogarnięcia większej całości, jakimi są: świat, życie i przemijanie. Podmiot poznający sytuuje się we wnętrzu poznawanego i przez docierające do niego bodźce chce dotrzeć do jego „drugiego dna”. To mu się w zasadzie udaje i na pewno nie dzięki naiwnej wierze. On wie, że dziś można wytłumaczyć zjawisko, jakim jest padający zimą śnieg. Proponuje tylko, aby człowiek czasami oderwał się od posiadanej wiedzy, co nie znaczy, że namawia do powrotu do czasów, kiedy wszystkie niewytłumaczalne zjawiska były przypisywane działaniu sił nadprzyrodzonych. Raczej postuluje wykorzystanie zdolności, nie tylko widzenia, ale i dostrzegania piękna w zwyczajności, która odsyła tak, jak w Księdze Mądrości, do jego Twórcy (por. Mdr 13, 5). Pytając „jak”, trzeba odwołać się do Rogera Bacona, gdyż to on, jako pierwszy tak wyraźnie, mówił o dwóch rodzajach doświadczenia – zewnętrznym, poprzez zmysły, i wewnętrznym, odbieranym w duszy. To ostatnie przekracza zdolności umysłu i wymaga oświecenia pochodzącego od Boga[26]. W poezji Grabowskiego nie uwidacznia się ten podział. Tu dotykający twarzy padający śnieg nie jest odczuwany jako zjawisko fizyczne, ale jako doświadczenie Innej, Boskiej rzeczywistości. Dopiero później następuje spekulacja intelektualna i zgoda na odwołanie się do praw fizyki. Zaraz jednak zjawia się wątpliwość, czy to jest konieczne. Ostatecznie podmiot proponuje powrót do stanu przednaukowego, gdyż jest przekonany, że zapomnienie zasad rządzących naturą umożliwi człowiekowi trwanie w zachwycie. Widać więc, że nie o cofnięcie świata do czasów pierwotnych tu chodzi. Nie ma też w tej poezji śladów dawnego lęku przed nieznanym. Można więc sądzić, że w erze naukowego patrzenia na świat ta poezja, trochę w duchu idei Maurice’a Merleau-Ponty’ego, raczej przypomina, że są jeszcze inne sposoby poznawania zarówno natury, jak i transcendencji, właśnie przez takie narzędzie, jakim jest własne ciało[27].

O ile w tradycji biblijnej i literackiej, chociażby w wierszach przywołanego już Twardowskiego, szczególnie eksploatowany był zmysł wzroku do poznania Boga, o tyle u Grabowskiego częściej w takich sytuacjach wykorzystywany jest dotyk. Pozostaje to w zgodzie z przekonaniem Guittona, który uważa, iż ten zmysł „w większym stopniu niż inne stwarza złudzenie możliwości wniknięcia w głębie bytu”[28]. Niekiedy więc tak, jak to zostało wcześniej pokazane, spadający śnieg odbierany jest jako dotyk Boga. Kiedy indziej, gdy podmiot całym sobą wtapia się w naturę, czuje się pewnym „dotykalnej – nieobojętnej – Jego tu obecności” (Zib, s. 119). Co ważne, jest przekonany, że to nie on został dotknięty, ale że dotknął Boga poprzez kontakt z przyrodą. Tym samym, nie oddziela on, tak jak to uczynił Bacon, doświadczenia zmysłowego i mistycznego. Dla niego raczej zachodzi między nimi związek warunkowy – wymienione tu jako pierwsze generuje to drugie.

Gdyby w tym miejscu znowu przywołać poezję autora na osiołku, to okazałoby się, że wspólna obydwu twórcom jest, mająca swe korzenie w sentymentalizmie, waloryzacja przestrzeni nienaruszonej przez technikę. Różnie jednak ją motywują. Dla autora na wsi uporządkowanie świata natury dowodzi istnienia przyczyny nadprzyrodzonej. U Grabowskiego zaś odczucia, przede wszystkim dotykowe i słuchowe, powodują konieczność stawiania pytań o przyczynę sprawczą. Tam pewność, tu poszukiwanie. Zaczyna się ono od uświadomienia sobie przez podmiot niedoskonałości swojego umysłu. Następnie przyznaje on, iż dzięki dwóm ambiwalentnym doświadczeniom, najpierw Bożej obecności w stworzeniu, potem „nieosiągalności nieba” (Zib, s. 118) właśnie z Nim może się spotkać. Zestawiając poezję Twardowskiego i Grabowskiego można jeszcze dostrzec inne podobieństwo. Obydwaj roczne uporządkowanie świata odczytują jako świadczące o jego Sprawcy. Są jednak i między tymi autorami różnice. O ile Jan od Biedronki skupia się na gromadzeniu jak największej ilości przykładów porządku dobowego: „jest noc żeby był dzień” i pokazuje elementy świata jako kompatybilne, o tyle Grabowski nie koncentruje się na świecie, ale raczej na poznającym go człowieku[29]. On ma do spełnienia konkretne zadania: „doświadczać Ciebie w tym, co wokół mnie” (Szib, s. 53). W ten sposób poeta wskazuje swój sposób poznawania świata. Mówi o otwartości zmysłów, o dostrzeganiu i doznawaniu, które przemieniają się w dialog Boga i człowieka. On zaś uświadamia podmiotowi niezmienność transcendencji, która dodatkowo wyostrza niestałość przyrody. Dynamikę jej zmian ujawnia, „dzisiaj” nazywane „niepochwytnym” (Zib, s. 119) teraz. Gdyby przyjąć Arystotelesowską ideę, „że tylko rozum umie wydobyć z doświadczenia to, co istotne”, to zapewne dla podmiotu poezji Grabowskiego najważniejsze byłoby, wydobyte z doświadczenia, przekonanie o linearnym upływie czasu i przemijalności człowieka:

 

Ty przekonasz mnie, ja przekonam Ciebie

że inaczej nie może być

że nadejdzie następna jesień

i że to czas pożegnań jeszcze nie nasz[30]

Dm, s. 8

 

Można nawet uznać, że człowiek jest tu pokazany jako byt-ku-śmierci. Jednak o ile Martin Heidegger twierdził, o tyle podmiot tej poezji pyta: „[…] rodzimy się po to, by umierać?” (Zib, s. 26). Wątpliwość ta jednak z czasem jest potwierdzana i staje się wnioskiem. Do jego wyciągnięcia na pewno przyczyniło się dostrzeżenie adekwatności zachowań człowieka do pory roku. Szczególnie „mgliście” zachowuje się w najbardziej „zamglonym” miesiącu – listopadzie. Nieco bardziej wyraziście funkcjonuje wraz z nastaniem kolejnego miesiąca – grudnia. Potem dojdzie jeszcze jeden nowy element, w lutym, gdy dni stają się dłuższe

 

[…] ubywa ciemności i

ciebie ubywa […]

Zib, s. 78

 

Tu doświadczenie wzrokowe stało się najpierw przyczynkiem do uświadomienia sobie współgrania czasu świata i ludzkiego. Gdy ten pierwszy posuwa się do przodu, tego drugiego ubywa. W ten sposób mówiący sugeruje pytania o stosunek człowieka do takiego porządku. Ujawniające się prawie w każdym utworze Grabowskiego przekonanie o zmianach przybliżających życie do końca sprawia, że przemijanie można uznać za leitmotiv tej poezji. Podmiot swoją postawą wyraża zgodę na taki porządek i dlatego towarzyszy mu spokój. Ciągłe ujawnianie się „czasu przyszłego” stanowi dla niego wniosek wyciągnięty z obserwacji świata natury, której zmiany odbiera jako świadczące o nieodwracalnym upływie życia. Nawet jeśli widzi powtarzalność dobową, noc-dzień-noc i roczną, to nie postrzega jej jak człowiek archaiczny, ale nowożytny[31]. Taki trochę beznamiętny, chłodny stosunek do przemijania zbliża mówiącego nieco do niemieckiego filozofa. Heidegger ograniczył się do przedstawienia tego, co dla niego było oczywiste. Człowiek jest bytem-ku-śmierci. Obydwaj też zajmują stanowisko wobec tego Tam. Heidegger, w czasie pisania Bycia i czasu, zastrzegał, że nie rozstrzyga niczego o tym innym wymiarze bytu[32]. Badacze jednak dostrzegali w jego myśleniu połączenie nicości ze śmiercią[33]. Grabowski zaś wyraźnie mówi o „Wieczności”, „Nieskończoności”. Można więc uznać, przyjmując ustalenia Zofii Zdybickiej, że podmiot tych wierszy jest człowiekiem religijnym[34].

Motyw przemijania powraca także w refleksji podmiotu w zetknięciu z dziełami kultury. Wówczas wylicza on nietrwałe elementy, wśród których znajdują się obrazy z wyblakłymi już farbami, filmy, które już się „zestarzały”, czy wyczytane z książek zdezaktualizowane idee. To zaś, co jest uchwytne dla ucha, muzyka, wciąż pozostaje tajemnicą i dlatego też do Tajemnicy zbliża. Ta wędrówka przez dokonania ludzkości prowadzi do, typowej dla tej poezji, konkluzji – „śmiertelni jesteśmy i to, co śmiertelne tworzymy” (Zib, s. 97). W tym kontekście następuje przewartościowanie. To natura staje się teraz synonimem trwania. W refleksji nad dwoma bytami – własnym, ludzkim i nad widzianym krajobrazem, mówiący dostrzega swoją znikomość, która wskazuje mu kierunek patrzenia na świat. Dostrzeżenie odmienności natury w stosunku do losu ludzkiego, sprawia, iż podmiot uważa ją za rzeczywistość świętą[35]. Konsekwentnie więc, podobnie jak Michel Henry, zastanawia się nad wzajemnymi relacjami tych dwóch wymiarów[36]. Doprowadza go to do przekonania, że mimo śmiertelności, człowiek ma przewagę nad wszechświatem, bo ma potrzebne do jego odczytania narzędzie – „podmiot-ciało”[37].

Zapewne takie przeświadczenie warunkuje często wypowiadany w tej poezji postulat refleksyjnego obserwowania przyrody, jej niepowtarzalnego piękna, co zaowocuje radością przeżywania każdej chwili

 

To dla takiej chwili warto tutaj żyć,

chociaż w kalendarzu od niedawna już listopad.

To dla takiej chwili warto tutaj żyć …

Bo więcej lśnień i błysków niż chmur i chłodów

Zib, s. 53

 

Fascynacja niepowtarzalnością piękna świata każe podmiotowi zastanowić się i nad rolą poety. On wie najlepiej, że język literatury jest na tyle niedoskonały, iż nie można przy jego pomocy oddać tego, co się postrzega, czy szerzej – czego się zmysłowo doświadcza. Ratunek przynosi pamięć, tu wręcz traktowana jak szósty zmysł. Dzięki niej mówiący również odkrywa swój stosunek do świata i zdaje sobie sprawę, że to, co ulotne może być przechowywane w pamięci. Jednocześnie uświadamia sobie jej mitotwórcze zdolności i dlatego jest przekonany, że w miarę upływu czasu zatrzymany w niej obraz, w przeciwieństwie do tych malarskich, nie blaknie, a zapamiętany krajobraz

 

dał początek

krajobrazom późniejszym

Dm, s. 4

 

W ten sposób podmiot znalazł antidotum na przemijanie. Konsekwentnie proponuje on długie przebywanie w jakimś miejscu, aby mogło ono wniknąć do trwałego schowka pamięci. Jedyne utrudnienie jakie mówiący dostrzega, to jego ograniczona pojemność. Ona wymusza dokonywanie selekcji i to dość trudnej, bo między pięknem a pięknem. Mimo tego w poezji Grabowskiego „podmiot jest egzystencjalnie otwarty na przyjęcie świata, który wspaniałomyślnie mu się ofiaruje”[38]:

 

Przestrzeń była – sobie, ja – sobie.

Kto komu bardziej potrzebny? Ja – jej,

czy ona – mnie? I czy gdyby tu mnie

nie było ktoś by ją spostrzegł, stworzył?

Zib, s. 137

 

About Essence Of Word And Heaven –

The Poetry Of Jan Piotr Grabowski

 

In the introduction to Jan Piotr Grabowski’s volume published in 2007, Waldemar Smaszcz suggests that when reading the above author’s poetry one cannot stop only at its obvious sensualism because the author ‘sees more and deeper’. Starting from the first pages of ‘Złoto i Biel’, an anthology of poetry which has been written since 2003, one meets a person very sensitive to external stimuli. However, the person does not concentrate on the stimuli. Instead, his thoughts extend to various dimensions of existence. Sometimes they stay here and now, but usually they extend to an eschatological reality. This probably stems from the frequently expressed belief that life is unique. A conviction that a ‘There’ dimension, associated with another, post mortem dimension of existence in this poetry, exists is one of the determinants of the outlook on life presented by the analysed volume.

dr Anna Stempka[39], O istocie rzeczy świata tego i Tamtego – poezja Jana Piotra Grabowskiego, „Bielsko-Żywieckie Studia Teologiczne”, Tom 13 (2012).

 

59. Szczęśliwy autor, który ma swoich czytelników, ale bodaj bardziej szczęśliwy jest czytelnik, który ma swojego autora, a zwłaszcza – poetę. Niemal wiek temu czytelnicy mogli wybierać między Julianem Tuwimem, Janem Lechoniem, Kazimierzem Wierzyńskim, Jarosławem Iwaszkiewiczem, Antonim Słonimskim, by wymienić nazwiska najbardziej znane. Jeszcze nie tak dawno czekano na nowe wiersze Czesława Miłosza, ks. Jana Twardowskiego, Zbigniewa Herberta, Tadeusza Różewicza, Wisławy Szymborskiej. Dzisiaj z owej „wielkiej piątki” drugiej połowy minionego stulecia pozostał jedynie Różewicz…

Ale nie tylko ci najpowszechniej znani i uznani mają swoich czytelników. Prawdziwi – powiedziałbym – koneserzy poezji znajdują autorów niejako wyłącznie dla siebie, czekają na każdą ich książkę, a choćby na publikacje prasowe, o które – przyznajmy – jest jednak coraz trudniej.

Od dawna jednym z „moich” autorów jest Jan P. Grabowski, poeta o rozpoznawalnej już po pierwszych frazach dykcji i bliskim mi świecie. Studiowaliśmy ongiś – jeszcze w epoce prof. Konrada Górskiego i prof. Artura Hutnikiewicza – na toruńskiej polonistyce, a później odnaleźliśmy się „przez odległość czasu”.

Zawsze myślałem o poezji jako szczególnym języku poznania, sięgającym w te niedostępne obszary, gdzie bezradne okazują się języki pojęciowe, a więc i potoczny, i naukowy. Nawet w moich doświadczeniach krytycznoliterackich więcej zawdzięczam samym poetom, niż uczonym. Nie znaczy to, że jestem zwolennikiem pisania o poezji jej własnym językiem. Nic bardziej błędnego! Niezmiennie natomiast szukam inspiracji w różnego rodzaju wypowiedziach poetów. Wówczas nawet twórczość autorów uchodzący za „trudnych”, „hermetycznych” czy sięgających już poza zasłonę rzeczywistości, okazuje się nie tylko czytelna, ale ogarnia nas niby blask światła.

Wiersze Jana P. Grabowskiego przywodzą mi na myśl twórczość… starożytnych Greków, gdy wszelkie piśmiennictwo stanowiło jedność, dzisiaj nie do pomyślenia. Poezja, owa – by przywołać słowa Zygmunta Krasińskiego – „pieśń odwieczna ludzkości”, mówiła o świecie w takiej właśnie perspektywie, wpisywała dziejące się zdarzenia, a więc historię, w niezmienny rytm natury, stawiając fundamentalne pytania metafizyczne i filozoficzne.

 

*     *     *

 

Gdański poeta rozpoczął swój najnowszy tom, zatytułowany Przez chwilę…, „powiastką styczniową” Wróbel i ja byliśmy w rękach tęgiej zimy. Przytoczę ten utwór w całości, gdyż tylko w tym kształcie owa poetycka „powiastka” nie traci nic ze swego charakteru:

 

Rankiem, kiedy na dwór drzwi otworzyłem,

na oszronionej gałęzi wróbel siedział.

Wcale – mimo tęgiego mrozu – nie był zmarznięty.

 

Przynajmniej – gdy na chwilę zatrzymałem się –

takiego nie robił wrażenia. Najwyraźniej… wesoły był.

 

Poznałem to po jego bystrym oku i pozycji,

w jakiej siedział – właściwie przycupnął –

na zmrożonej gałęzi. Zupełnie jakby na mnie czekał.

I chciał mi powiedzieć – raczej, jak to wróbel,

zaćwierkać – „Popatrz, zima i mróz wcale nie są straszne,

chociaż z wnętrza ciepłego domu takie mogłyby się wydawać”.

 

„A czy wiesz” – chciałem mu odpowiedzieć – „że zima i

mróz zatrzymały wszystkie pociągi, że gdzieś tam ktoś

w zaspach utknął, że ludzie w chłodzie muszą siedzieć?”.

 

Skąd jednak mógłby o tym wszystkim wiedzieć?

Bo czyż nie był piękna zimy… potwierdzeniem?

Tak, jak te ptaki, które zlatują się do karmnika mojego

znajomego, kiedy z przejęciem mi o nich opowiada:

 

Nigdy jeszcze nie widziałem aż tyle barwnych ptaków.

Mam sikorki, kowaliki i dzwońce. I chyba rudziki, i

chyba gile, i nawet dzięciołek jeden, drugi przyleciał.

Zima jest piękna z tymi ptakami u mnie w ogrodzie”.

 

Ja wtedy rankiem do swoich spraw pójść musiałem.

Wróbel jeszcze czas jakiś posiedział i odleciał tam,

gdzie on sam jeden wie. Nie da się jednak ukryć:

zarówno on i ja byliśmy w rękach tęgiej zimy.

 

Jan P. Grabowski jest poetą, tak jak się jest magiem, kapłanem, jeszcze do niedawna lekarzem. Nawet więc idąc „do swoich spraw”, wychodzi z domu – by powtórzyć za moim zmarłym przyjacielem, Wiesławem Kozaneckim – zawsze „gotów na przyjęcie wiersza”. Ależ – można zauważyć – gdzie tu jest miejsce na tak zwaną prozę życia? Gdyby wszak śpieszył się do pracy, na dworzec kolejowy czy „umówione spotkanie biznesowe”, czy mógłby się zatrzymać? I to jest pierwsza sytuacja, która sprawiła, że porównałem autora do greckich poetów sprzed tysiącleci, kiedy czas odmierzały pory roku, a wędrujące po nieboskłonie słońce pełniło rolę ówczesnego… sekundnika.

Taką właśnie miarą autor określa czas w cytowanym wierszu: „ranek” i „tęgi mróz”. Zatrzymajmy się wszakże na samym poecie. Człowiek skupiony na sobie, będący „w rękach tęgiej zimy”, na pewno nie dostrzegłby wróbla, siedzącego na „oszronionej gałęzi”, raczej otuliłby się szczelniej płaszczem, poprawił szalik i brnął przed siebie. Poeta, wyszedłszy z domu, nie patrzy pod nogi, ale na otaczający go świat, jak zawsze gotowy, by się dziwić. Stąd nie tylko dostrzegł „ptaszynę niewielką”, szarą, niewiele różniącą się od oszronionej gałęzi, ale nawet to, że wróbel „najwyraźniej… wesoły był”.

A że radość jest zawsze zaproszeniem, bez wahania na nią odpowiedział; dostrzegł jeszcze i to, że wróbel „jakby na niego czekał”, nawet chciał coś powiedzieć.

Rozmowa z wróblem ukazuje przepaść dzielącą naturę i człowieka, który wszak jest jej częścią. Odeszliśmy od świata przyrody bodaj równie daleko, jak od biblijnego Edenu, uzależniliśmy się od własnych wytworów cywilizacyjnych, jakże niedoskonałych, bez względu na to, czy jest to potężny „Tytanic”, czy jeden z wielu pociągów przemierzających nieogarniętą sieć żelaznych torów. Wystarczy chwila mrozu, będąca niczym dla wróbla, by zatrzymać wszystkie pociągi, utknąć w zaspach i „w chłodzie […] siedzieć”.

A wróbel? Jest jakby „był piękna zimy… potwierdzeniem”.

Nie powinniśmy też przeoczyć niezwykle istotnego, choć na pozór bardzo zwyczajnego fragmentu o ptakach zlatujących się do karmnika „znajomego” autora. Nie do końca, jak się okazuje, zostały zerwane więzi ze światem przyrody, która pięknie odwdzięcza się człowiekowi. Wystarczy nasypać ziarna do niewielkiego karmnika, by nagle wypełniło go niezwykłe bogactwo ptaków, mieniących się wszystkimi barwami, szczególnie widocznymi na tle białej zimowej przestrzeni. Proste zdanie: „Jeszcze nigdy nie widziałem aż tyle barwnych ptaków…” mówi znacznie więcej, niż wynikałoby z tych niewielu słów. Sformułowania: „jeszcze nigdy”, „aż tyle” zwielokrotniają jego semantykę. Karmnik okazał się… namiastką biblijnego raju.

W dwuczęściowym utworze Rozproszone światło pochmurnych dni nadal znajdujemy się wśród ptaków, nazywanych po imieniu: gawrony, kawki, wrony; sroki, mewy, wróble. Nie dość jednak, że „miękkie, rozproszone światło pochmurnych dni” niewiele pozwala dostrzec, to jeszcze „za pobliskim horyzontem wieżowców, śniegów i mgieł” samoloty zagłuszają nawet najgłośniejsze krakanie. Ale nawet taka sytuacja – zdaniem poety – sprzyja „bardziej medytacjom niż depresjom”. Nie możemy bowiem niczego zmienić: „Nikt […] Nie zatrzyma / odwilży. Nie przyśpieszy wiosny. Jest, jak ma być.”.

„Ach, nigdy zbyt dużo wierszy o ptakach…” – zaczyna autor kolejny wiersz, jakby wyprzedzając ewentualne zastrzeżenia. Ks. Jan Twardowski cytował swojego proboszcza, który powtarzał, że nigdy zbyt wiele kazań o Matce Boskiej. Pozwólmy więc poetom na zapis ich fascynacji, nawet jeżeli nigdy nie przebrnęliśmy przez botanikę i nie udało się nam skompletować żadnego „Zielnika”. Jan P. Grabowski – by użyć tego kolokwialnego zwrotu – nie mógł inaczej. Nie mógł nie opowiedzieć o spotkaniu z kosem, ponieważ kos…

Sięgnijmy do wiersza Mistycyzm płynący z natury:

 

Ach, nigdy zbyt dużo wierszy o ptakach,

nigdy zbyt dużo o kosach. Tym bardziej,

że w lutym – kosa spotkałem. Siedział

tuż obok, w krzakach, na gałęzi i gwizdał.

 

Ani na mnie, ani na nikogo nie zwracał

uwagi. To ja go podczas przechadzki

zauważyłem. Poprzez krzątaninę kukułek,

mew, gawronów, wróbli i kawek tylko

 

jego gwizd dominował. Siedział i gwizdał

tak jakby dla siebie. Albo dla wszystkich

Nie czekał aż wszyscy się nagle uciszą, jak

ja przystaną i właśnie jego słuchać zaczną.

[…]

 

W puencie zaś czytamy: „Gwiżdże swoje. Przecież jego »gwizdanie« to  »nicnierobienie«. Tak jak poety wiersze”.

To – można powiedzieć – jedynie dopowiedzenie, ale jakże istotne. Autor raz jeszcze określił swoje rozumienie twórczości poetyckiej jako zapisu podziwu dla wszystkiego, co go otacza. Nie jakieś szczególne natchnienie czy trud szlifierza brylantów, po prostu potrzeba dania świadectwa na miarę wrażliwości i talentu, jakim zostaliśmy obdarowani.

 

*     *     *

 

W najnowszym tomie raz jeszcze mogłem znaleźć się wraz z poetą nad jego ukochanym kaszubskim jeziorem. Nigdy tam nie byłem, nie widziałem, a przecież po lekturze kolejnych tomów Jana P. Grabowskiego, jest to także „moje” jezioro. Może aż tak nie czekam na spotkanie z nim, jak autor wiersza Czuję wiatr, srebrne dotknięcia wody…, ale z radością konstatuję, że oto znowu je zobaczę, o innej porze roku, o innej godzinie..

Od pierwszych więc wersów poddaję się poetyckiej wizji:

 

I ja czekałem na spotkanie z jeziorem.

Oto spotykam cię, oto cię witam nareszcie.

1.

Wokół mnie późno popołudniowa godzina.

Słońce za drzewami na brzegu powoli się kryje

i chyba nigdy nie zajdzie? Bo jego ślady

– jak gdyby w złocie, w purpurze, w szkarłacie,

w karminie i w karmazynie… I we wszystkich

barwach zachodu – na wodzie zostają. W jeziorze,

Aż do późnej wciąż jednak widnej – nocy.

 

Zdumiewająca jedność, możliwa tylko w przyrodzie! Zachodzące słońce w tym cudownym miejscu – powtórzmy – „chyba nigdy nie zajdzie? Bo jego ślady / – jak gdyby w złocie, w purpurze, w szkarłacie, w karminie i karmazynie… I we wszystkich / barwach zachodu – na wodzie zostają.” Jednak żeby to wszystko zobaczyć, owe mieniące się wszelkimi odcieniami barwy, które, jak pisał Miłosz, „ze słońca są”, trzeba stać, patrzeć i podziwiać. Bezinteresownie, dla czystej kontemplacji ulotnego piękna, jedynie w tym właśnie miejscu i o tej porze.

Zdarza się wprawdzie, że turyści pozostają na noc we wskazanym miejscu, by podziwiać wschód słońca, ale zazwyczaj jest to wydarzenie jednorazowe, a nawet – używając mało eleganckiego wyrażenia – „zaliczenie” miejscowej atrakcji. W poezji gdańskiego poety nie ma o tym mowy. On powraca nad „swoje jezioro”, by być bliżej siebie i Pana Boga, „światłem jak powietrzem oddychać”: 

 

Stoję w przestrzeni pomiędzy niebem,

a światłem. Bo światłem woda się zdaje.

Czy zatem na wodzie stoję, czy także

– jak jezioro – światłem się staję? Ach

już stąd nigdzie nie wracać. Wiem, prawie

nikt mnie tu nie dostrzega? A czy On wie,

gdzie jestem? A czyż to nie On dał mi tu

widzenia i stwarzania możliwość? A to,

że światłem jak powietrzem oddycham?

 

Kontemplacji – na wskroś mistycznej – sprzyjają wszechobecne, łączące niebo i ziemię, ptaki, jak zawsze nazywane po imieniu, nawet gdy są niewidoczne. Poeta rozpoznaje je bez trudu jedynie słuchając:

 

A od wschodniego brzegu trzciniaki słychać.

Chciałbym trzciniaka zobaczyć. Trudno go

dostrzec w trzcinach jak wilgę pośród liści.

Do trzciniaka łódką mógłbym popłynąć,

ale jak wypatrzeć wilgę wśród gąszczu i liści?

Trzciniakom kukułka wtóruje. Ktoś liczy?

Komu lata wyznacza? Ja gwizdu kosa słucham.

Tym bardziej, że kos mi jest bardziej bliski.

 

Kolejna część tego rozbudowanego, niczym Kronika olsztyńska Gałczyńskiego, utworu, zamieszczonego w zbiorze jedynie we fragmentach, przywodzi na myśl świat poetycki „srebrno-zielonego” Konstantego. Obu poetów różni jednak zdecydowanie poetyka: 

 

A wieczorem Księżyc zagościł na niebie.

(Jak się okazało na tę jedną, majową noc).

 

Już wyjść, już się z nim przywitać chciałem,

srebrem fal, oddalą przestrzeni pooddychać,

gdy powstrzymał mnie nagły, z wieczora ziąb.

Tymczasem zza sosen się z nim przywitałem.

Widziałem, jak pełnią ogromnieje na wschodzie.

I blednąc, od chłodu, znika. Pogasły i srebra

w jeziorze. […]

 

A rankiem? Rankiem znów kosa słychać.

Biegnę czym prędzej nad wodę,

aby się z jeziorem przywitać.

[…]

 

Także obecne w zbiorze wiersze do żony mogą nasuwać skojarzenia z autorem nieśmiertelnych strof do ukochanej Natalii:

 

Noc cię październikowa odprowadza,

gdy przed świtem do pracy idziesz.

Gwiezdna i zimna noc. I wydaje się,

że znikasz w tej nocy. Lecz masz

nad czołem światło porannych gwiazd.

[…]

 

Ileż takich poranków, ile świtów,

gdy nie wiadomo: czy to noc już

odstępuje, czy nowy bieżący dzień?

 

*     *     *

 

Podążając za autorem, możemy doznać prawdziwego zawrotu głowy. Ile wrażeń – można zapytać, parafrazując cytowane pytanie poety – człowiek jest w stanie wchłonąć? I nie jest to pytanie bezzasadne. Bo oto po zachłyśnięciu się wszystkimi kolorami mieniącego się w wodzie światła zachodzącego słońca, w innym wierszu, już październikowym, czytamy:

 

Nie ma piękniejszego miesiąca aniżeli październik,

jeśli codziennie pogoda rześka i słoneczna się zdarza.

I kiedy wyż uralski albo syberyjski trwa wiele tygodni.

Wtedy powinieneś jak najczęściej na dworze przebywać.

[…]

 

W doświadczeniu autora minęło pół roku od zachwytu nad wiosennym jeziorem, w książce zaś jest to zaledwie kilka kartek. Nieco dalej znajdziemy wiersze czerwcowe, lipcowe, sierpniowe… A w Wierszach nowych ponownie docieramy nad „chryzoprazowe jezioro” i spotykamy kosa, tym razem w Parku Oliwskim.

To jedynie potwierdza, że nie zawsze tom poetycki należy czytać jak ekscytującą powieść, niemal ścigając się z autorem. Wiersz – by tak powiedzieć – wystarcza na dłużej. A też na dłużej możemy z nim zostać”.

Waldemar Smaszcz, …nigdy zbyt dużo wierszy o ptakach, nigdy zbyt dużo o kosach. Recenzja tomu wierszy Jana P. Grabowskiego Przez chwilę… Wiersze z lat 2010-2011 oraz Wiersze nowe z 2012 r. Białystok, 5 listopada 2012 r.

 

60. Wyobrażam sobie Poetycki Monodram pod powyższym tytułem zbudowany z liryków pana Jana P. Grabowskiego – Poety Jesiennej Zadumy i Głębokiej Refleksji nad Sensem Człowieczego Losu…

Jako aktorka zajmująca się od lat poezją zarówno w teatrze jak i w pracy dydaktycznej  na Wydziale Aktorskim Krakowskiej PWST mam różnorodne doświadczenia z mową wiązaną i wiem, że nie zawsze jest ona przekładalna na język sceny.

Wiersze Jana P. Grabowskiego dzięki niezwykle precyzyjnej i konsekwentnej konstrukcji Ja-lirycznego, w sposób wyjątkowy nadają się na konfesyjne wyznanie istoty nadwrażliwej, obciążonej ponad miarę świadomością przemijania i wynikającą z niej samotnością…

Do siebie – małego chłopca i do nas widzów, słuchaczy, czytelników zwraca się autor w wierszu Tafta z 1988r. słowami:

 

Trwasz tak kilka chwil i nic jeszcze nie wiesz

o przestrzeni wielkich miast. I o tym,

że świat to przeszłość, której nie można już zmienić.

Tafta (1988)

 

Ja Przemijające nie tkwi biernie wobec nawału heraklitejskich fal – walczy – walką jest Pisanie wbrew, pod prąd… fali czasu…

 

Pisałem,

a moja młodość odpływała z biegiem dni.

[…]

A mimo to pisałem,

jak gdyby na przekór temu wszystkiemu,

co nieustannie wraca

o świcie każdego dnia.

[…]

Pisałem stojąc nad łagodną wodą.

Przede mną otwierał się jasny przestwór.

Pisałem… (1989)

 

Pisanie staje się aktem oczyszczenia – uspokojenia, pogodzenia się z tym, że trzeba zejść ze wzgórza w nadchodzącą jesień i nieodwołalną zimę życia, które wciąż jeszcze trwa. Poprzez Pisanie można dojść nawet do Dziękczynienia za przemijanie:

 

[…] Dziękuję Ci

za tę przestrzeń stąd i aż po widnokres. A także

za zorze wieczorne szkarłatem i purpurą obwieszczające

koniec coraz krótszego dnia,

który mija na zawsze. Bez powrotu…

Dziękuję, Dziękuję (1992)

 

Powtórzenia będące tu częstym chwytem stylistycznym czynią ze słów zaklinającą mantrę, gorliwe zaklęcie modlitwy. Tak dzieje się np. w wierszu z Dyptyku Listopadowego z wypowiedzeniem: „Pięknie tu, bo pusto”, podobną funkcję spełnia wers – zdanie: „Przywożę z sobą” w wierszu z Dyptyku Malborskiego. Ja Przemijające Grabowskiego jest w nieustannej podróży do Itaki Dzieciństwa, do Rajskiej Itaki:

 

Nie mówię „do widzenia”, „żegnaj” mówię.

Bo spotkam cię, mój niezapomniany ogrodzie,

już na tamtym świecie, Kiedy tu zdrożony

będę musiał pójść przez doczesne ogrody

naprzeciw Nieznanemu. A może Tobie Panie?

 

Tymczasem wciąż istnieją moje ziemskie ogrody:

najbardziej dotykalne to te stąd, z przedmieścia.

Za godzinę lub dwie mogę do nich zdążyć,

bo są ze, mną niezmiennie już od wczesnych lat.

 

Oddycham ogrodami. Nade mną wciąż trwa

wasz chryzoprazowy cień…

Niezapomniany Ogród (1999)

 

Podróż Odysa-Grabowskiego do Ogrodowej Itaki jest zarazem podrożą ku dojrzałości, ku zgodzie na przemijanie. Po długim marszu przez szkarłat października i „listopadową woń stearyny”, odnajduje On:

 

[…] zastanowienie

nad umykającym czasem. I zdziwienie. I zachwyt

nad przemieniającą się tu świata postacią.

Dyptyk Listopadowy Epizod pierwszy (1995)

 

Droga do Ogrodowej Itaki, gdzie dojrzewają ukochane przez Autora papierówki wiedzie poprzez liczne doznania zmysłowe – dotyku rąk, światła na oczach i Muzyki kojącej słuch. Wrażenia te składa się na swoistą synestezję nie tylko przenikających się i wymiennych doznań i narządów zmysłowych, ale tworzą zarazem swoisty klimat, w którym to, co podległe rozumowi dookreśla się poprzez smakowanie barwy, światła i dźwięku. Świadomość Istnienia Boga Jest Tu NIEODZOWNYM WARUNKIEM POSZERZENIA POZNANIA!:

 

Panie, to właśnie do Ciebie

przychodzę cały pochylony zmęczeniem zdarzeń.

 

Mam jeszcze tyle siły

by… dziwić się, myśleć i

odczuwać przemawianie tego wszystkiego

co żyje poza krańcami moich rąk.

Ukojenie (1998)

 

Jeśli zechcesz świat otworzysz,

nazwiesz barwą… popiołu lub jak chryzopraz:

jabłkowozieloną, zielonawobiałą…

 

Wystarczy wyciągnąć dłoń i… dotknąć

albo tylko wsłuchać się w delikatną

przędzę potwierdza z blasku utkaną, ptaków…

Ich śpiewu. Ich nagle wszędobylskiej obecności.

 

Albowiem wystarczy dostrzec To,

co dzieje się – niedostrzegalnie? – obok ciebie,

I nieustannie Tam cię zbliża w… Nieodgadnione.

Nastroje (1998)

 

Monodram pt. Mój Świat z Chryzoprazu wymagałby niezmiernie dokładnej analizy formalnej tekstów, gdyż tylko ona może zapewnić właściwy i skuteczny artystycznie dobór środków ekspresji. Liryki pana Grabowskiego są bowiem budowane bardzo konsekwentnie, z ogromną znajomością wiersza. Już sama forma zapisu ewoluująca  od wiersza wolnego, poprzez strofikę regularną (częste kwarty i sestyny) ku wierszowi stychicznemu stanowi nie lada wyzwanie. A tu jeszcze ogrom stylistycznych zabiegów: wspomniane powtórzenia, przerzutnie, tok inwersji… słowem zbudowanie Świata z Chryzoprazu to Prawdziwe Artystyczne zadanie!

Myślę, że w czasach, gdy „rzeczywistość skrzeczy” z głośników, ekranów i bilbordów…, warto przyswoić sobie i oswoić słowa:

 

Znów nad chryzoprazowym jeziorem chciałbym

siąść, srebrem blasku się zachwycić. Zapomnieć

o wszystkim, nawet o tym, że mija czas, że niemal

wszystko mija bezpowrotnie. Gdybym patrząc na

chmury wiedział gdzie płyną być może zabrałbym

się z nimi. Gdzieś bym odleciał: wyżej, dalej, poza

horyzont? Jeszcze dalej? Co bym zobaczył stamtąd?

Siebie, że jestem pośród ogromu świata także i tam,

nad jeziorem niedostrzegalny.

 

Znów nad Chryzoprazowym Jeziorem chciałbym siąść,

srebrem blasku się zachwycić

(2012)

 

Chryzoprazowy Świat czeka na swego Nowego Odkrywcę… Na zaistnienie w światłach rampy – tak myślę jako aktorka i wieloletni pedagog zajmujący się trudnym rzemiosłem artystycznego słowa scenicznego.

Dr hab. Monika Rasiewicz[40], Mój Świat z Chryzoprazu. Recenzja tomu poezji Jana P. Grabowskiego Wybór wierszy z lat 1977–2012. Kraków, wrzesień 2013 r.

 

61. Do Jana: / Poeci są wśród nas / zatrzymują dla nas czas / słowami malują obrazy / literami wypełniają kształt // widzą czują kreślą słowa / formą myśli budzą świat // i zderzają / znaczenia / brzmienia / ciężar / rytm // wynajdują / słów harmonię // a każde słowo / oglądane /ze wszech stron // to spełnione dzieło.

Szanowni Państwo, w dniu 16 kwietnia 2016 r. w siedzibie Cappelli Gedanensis odbył się wieczór poetycki prezentujący twórczość Jana Piotra Grabowskiego, urodzonego w Malborku poety gdańskiego.

Jest oczywiście wiele spotkań poetyckich i każde z nich ma swój emocjonalny przekaz, ale ten wieczór był wyjątkowy. Nie był debiutem bowiem w dorobku autora znajduje się kilkanaście wydanych w ubiegłych latach pokaźnych tomików. Nie stanowił standardowych i przypadkowych łączeń pomiędzy słowem, muzyką i oklaskami. Było w tym wieczorze coś, co miało niezwykłą, wewnętrzną spójność, łączącą wrażliwość autora i zasłuchanych widzów. Jakaś tajemnica wzajemnego zrozumienia. Nienarzucona, lecz wydobywająca się ze słów wiedza o przemijaniu i potrzebie zatrzymania chwili. Mówione strofy oraz prezentacje muzyczne kwartetu smyczkowego orkiestry Capelli Gedanensis zatrzymywały  czas i podnosiły emocje do poziomu zamyślenia, wzruszeń i zachwytu. W ten wieczór poezja stała się bliska i potrzebna. Prowadziła słuchaczy przez cztery pory roku, które są zaplanowanym motywem przewodnim tomiku W czerni. I w bieli. Każda z tych pór roku, malowana słowem i harmonią obrazów, kołysała struny serc. To taka tajemnica poezji autora. Kilka zderzających się słów i wędrujemy po świecie, którego architektem jest Jan Piotr Grabowski.             

Debiutował w roku 1991 tomikiem poezji Wiersze wybrane, a potem w kolejnych latach wydał tomiki Szkarłat i błękit w 1994, Kolor chryzoprazu w 1997, Światło popielate w roku 1999, Poezje wybrane w 2000, Sonata obojowa w 2003, Złoto i biel w 2007, Poezje. W tempie andante w 2009, Srebrne adagio w 2010, Przez chwilę… w 2012 oraz wydany w 2015 roku tomik W czerni. I w bieli, o którego prezentacji piszemy. 

Poezja Jana Piotra Grabowskiego to bardzo ciekawa forma zapisu i kierunku myśli. W harmonizujących z muzyką słowach zwraca się do:

czytelnika – bo każdy odczytuje zapisane słowa i emocje,

do słuchacza – bo poeta mówi, zwraca uwagę, 

do kogoś, kto słowa ogląda – bo poeta maluje obrazy przemijającego roku,

do kogoś, kto słowa smakuje – odnajdując w nich słoneczny sok kwaśnej antonówki…

Jan Piotr Grabowski pisze z przeświadczeniem niepowtarzalności chwili, którą chce zatrzymać nie tylko dla siebie, ale i dla grona przyjaciół, czytelników, którym zawierza wrażliwość i myśli.  Pisze o czymś, co wszyscy znamy, ale czego nie dostrzegamy, bo świat wokół pędzi w swoim niezachwianym rytmie i nasze myśli krążą ponad pięknem chwil. Jan powstrzymuje czas. Uzmysławia, że jeżeli nie dostrzeżemy tej jednej chwili, właściwej bądź przypadkowej, to ona zniknie z nadchodzącą następną sekundą czasu, z kolejną myślą, z kolejnym dotknięciem emocji.

W jego poezję się zapada. Tu każdy wers zamyślenia oddala nas od rytuału dnia i wydobywa zatrzymany w zachwycie kształt.  Trzeba mu się przyjrzeć, nie trzeba się spieszyć. Wsłuchując się w rytm pisanych przez Jana fraz odnajdziesz samego siebie. Dotkniesz swojej wrażliwości. Jeszcze raz zrozumiesz przyjaźń, dobro, zachwyt, zapach, szelest, plusk, wspomnienie, każdy dźwięk i każdą barwę, wszystkie krajobrazy emocji.  Jan jak przyjaciel coś nam, zaprzyjaźnionemu gronu, spokojnie, cierpliwie tłumaczy i przypomina. Pisze o sobie, ale czujesz, że i on i Ty i ja, jesteśmy stworzeni w tej samej harmonii świata. Jeżeli możesz czytaj jego wiersze. Jeżeli możesz posłuchaj jak te wiersze rozpalają serca.

W imieniu Jana i swoim bardzo serdecznie zapraszam na wspólny, zatrzymujący czas, wieczór poezji Jana Piotra Grabowskiego. 

Maciej Gąsiorek, aktor Teatru Rampa w Warszawie, mówiący Jego poezję.

(16 kwietnia 2016 r. odbyła się z inicjatywy Zespołu Muzyki Dawnej Cappella Gedanensis w Sali Koncertowej Cappelli promocja tomiku pt. W czerni. I w bieli. Promocję prowadził i wiersze recytował Maciej Gąsiorek, aktor Teatru „Rampa” w Warszawie. Oprawa muzyczna: Kwartet Smyczkowy Cappelli Gedanensis w składzie: Katarzyna Kowacz (koncertmistrz) – I skrzypce, Katarzyna Rogalska – II skrzypce, Agnieszka Urbanek – altówka, Alicja Lach-Owsiany – wiolonczela).

 

62. Prezentowany wybór wierszy obejmuje czterdziestolecie twórczości poetyckiej Autora od debiutu w roku 1977 po wiersze najnowsze, powstałe w 2017 roku i już choćby przez to należy uznać tę edycję za wydarzenie zarówno w biografii twórczej poety, jak i w naszym życiu literackim.

Czterdzieści lat w dziejach poezji współczesnej to więcej niż cała epoka! Ileż nurtów, szkół poetyckich, przewartościowań! Wiek XX był najbardziej dynamicznym stuleciem w dziejach literatury, czasem euforii i przekonania o niezwykłej sile poezji, ale też głębokiego zwątpienia po straszliwych doświadczeniach „czasu pogardy” i „epoki pieców” oraz porażek społecznych i artystycznych, połączonych niejednokrotnie z dramatami samych twórców. Dopiero w ostatnich dziesięcioleciach, przede wszystkim dzięki takim luminarzom słowa poetyckiego, jak Czesław Miłosz czy ks. Jan Twardowski, poezja polska odzyskała niemal utraconą ciągłość, a także wielkość, jaką nadał jej ongiś Jan Kochanowski.

Nieprzypadkowo przywołałem nazwiska Miłosza i ks. Twardowskiego, ponieważ w kręgu tych właśnie poetów należy umieścić dorobek twórczy Jana P. Grabowskiego, którego z naszym Noblistą łączy zarówno niebywała perspektywa obejmująca całość człowieczych doświadczeń, podniesionych do rangi sztuki, jak i prawdziwa maestria w budowaniu pięknej frazy poetyckiej. Z ks. Twardowskim zaś nie tylko najgłębsze umiłowanie przyrody, ale w ogóle dzieła stworzenia, obejmującego cały Kosmos, i namacalna wręcz obecność Stwórcy w świecie.

Powrót Czesława Miłosza do naszej literatury oraz popularność liryki ks. Twardowskiego zamknęły w końcu coraz bardziej jałowe dyskusje – mówiąc nieco żartobliwie – na temat wyższości awangardy nad Skamandrem, a dokonania tych znakomitych poetów przywróciły znaczenie najbardziej zużytym kategoriom literackim, jak choćby poezja współczesna. Miłosz to poeta szerokiej frazy, opartej nie tyle na tradycyjnej linii melodycznej, jaką ukształtował u nas wiersz sylabiczny, ale na naturalnym rytmie zdania. Dzięki czemu poeta, zachowując nieograniczoną wręcz swobodę wypowiedzi, jaką przyniósł wiersz wolny, zachował urodę organizacji brzmieniowej, przydającej szczególne walory jego sztuce słowa.

Jan P. Grabowski od najpierwszych swoich wierszy – by tak powiedzieć – wręcz

uwodził poetycką dykcją, jak w tym Posłuchajmy jeszcze, z roku 1977, a więc roku debiutu poety:

 

To jeszcze nie czas na pożegnania.

Nie czas.

Poczekajmy aż ziemia spurpurowieje od liści.

Aż jesień od nas odbiegnie.

[…]

 

W ogóle był to debiut nad wyraz dojrzały, ukazywał twórcę w pełni ukształtowanego, w tym samym stopniu sprawnego w budowaniu wypowiedzi poetyckiej, co i o wyraźnie określonym światopoglądzie ideowym i artystycznym. Wiersz Dotykanie czasu wszedł do kanonu najbardziej znaczących i najlepszych jednocześnie utworów poety.      

Od początku, z rosnącym zainteresowaniem, śledziłem kolejne tomy Jana P. Grabowskiego, jako ich czytelnik ulegający poetyckiej aurze, odnajdujący się w rzeczywistości utrwalonej w słowie niby w znanej, a jednocześnie wciąż odkrywanej na nowo przestrzeni. Lektura dawała też prawdziwą satysfakcję obcowania z dziełem spełnionym, wzbogacającym najlepsze dokonania naszej sztuki słowa. Wśród wielu bliskich mi wierszy natrafiałem na takie, które już po pierwszej lekturze zapadały w pamięć niby pokryte patyną czasu dokonania dawnych mistrzów. Jednym z takich olśnień był utwór Oto obraz ściszony:

 

Wszystko jakby zmniejszone

przez odległość czasu,

kiedy patrzę za siebie albo niespodzianie

odwiedzam dawne miejsce,

w którym przeżyłem pół – być może – życia.

 

Oto jadę pociągiem półtorej godziny. Blisko,

lecz dla mnie to cała wyprawa i

powrót do tej dawnej-niedalekiej przeszłości.

Powrót do tego, co było, a wciąż jeszcze trwa.

 

Oto wąska ulica pod starymi lipami.

Zawsze czuję ich zapach. To zapach przeszłości

tak wyraźny i trwały

jak gdyby nie było tych minionych lat.

I wtedy też wydaje mi się, że Tam mógłbym

żyć wiecznie. Bez upływu czasu.

To tylko ta krótka chwila staje się wiecznością,

bo – niekiedy – wiecznością jest także i chwila.

[…]

 

Jest w nim owa szczególna aura powrotu, jaka niezwykle poruszyła mnie po lekturze wiersza Miłosza o takim właśnie tytule, Powrót, o którym napisałem osobny tekst i po który wciąż sięgam.

Ten – mówiąc skrótowo – nurt metafizyczny każe przywołać drugie z wymienionych tu wielkich nazwisk – ks. Jana Twardowskiego. Obu poetów łączy przekonanie, że chwila nie jest przeciwstawieniem, ale cząstką wieczności, podobnie, jak to, że – mimo naszej małości, ułomności – na co dzień obcujemy ze Stwórcą, który dał nam „łaskę widzenia” i nazywania oraz łaskę zachwytu. Skoro zaś – powtórzmy – każda chwila jest niesłychanie ważna, bo nigdy się nie powtórzy, musimy mieć świadomość, że tracąc ją, bezpowrotnie tracimy coś z wieczności, co Jan P. Grabowski ujął w słowach: „Niepowtarzalność i wonność tej chwili tym bardziej dotkliwa, / że już nigdy – i w żadnym miejscu – nie do powtórzenia”. 

Niejako w parze z tak przeżywaną każdą chwilą idzie przekonanie poety o – jak napisał w wierszu Dotykalność nomen omen dotykalności „światła, wody, powietrza / potwierdzających, że jeszcze tu wśród nich jesteś. /Że sam jesteś ze światła, wody, powietrza”. Człowiek jest cząstką świata stworzonego, z którego się wprawdzie wyłonił, ale – w przekonaniu poety – nie po to, by go opuścić, niby utracony eden.

Największym wrogiem owego cudu, jakim jest dzieło stworzenia –  przyroda i Kosmos, stała się nasza codzienność, w której nie ma miejsca na zachwyt, zadumę, a nawet na zatrzymanie się choćby na moment. Stąd powracające nawoływania, by „widzieć coś więcej ponad swoją codzienność”. Bo tylko „z dala / od codzienności” można odnaleźć „niepochwytne dzisiaj […] trwające / w każdej chwili.” Poeta chciałby „wziąć jak najwięcej z takich chwil”, jednak pozostaje przekonany, że „Wystarczy być. I mieć prawie / pewność dotykalnej – nieobojętnej – Jego tu obecności”. Gotów jest porzucić wszystko i pójść za tym, co „niespotykane”, niemające wszakże nic wspólnego z ułudą. „Niespotykane” w jego świecie poetyckim jest wszakże dotykalne, obecne zarówno w najbliższym sąsiedztwie, nad zatoką, w oddalonym kaszubskim lesie nad jeziorem, a także roztacza się dookoła nas, jak choćby „delikatna przędza z blasku utkana, ptaków… / Ich śpiewu. Ich nagle wszędobylskiej obecności”.

Trudno jest jednak dostrzec „niespotykane” w zgiełku wielkiego miasta, stąd wciąż ponawiane wędrówki autora, te bliższe, nad zatokę i wzdłuż wybrzeża, oraz dalsze, nad jeziora, w góry.

Jan P. Grabowski mieszka w Gdańsku, przemierza ulice miasta, nieodmiennie podążając ku zatoce, jak w Dyptyku jesiennym:

 

A więc dopiero tutaj

można cię zastać – październiku –

w całej twojej krasie i wytworności.

Dopiero tu, poza miastem, w otwartej i

wolnej przestrzeni drzew, powietrza i zatoki.

 

Tak naprawdę jednak to, co najbardziej poruszające, co sprawia, że dotykamy wieczności, można odnaleźć jedynie wśród oddalonej od ludzkich siedlisk przyrodzie:

 

Cisza. Jakaż wokół cisza. A jej ornamentem

sikorki bogatki na pobliskich krzewach,

zwieńczeniem – głośny stukot dzięcioła na sośnie.

Ale najpiękniejszy na tle bieli i czerni jest

srebrny, z podwójnym pniem, świerk:

[…]

I chciałoby się zostać w tym pejzażu na dłużej.

I nigdzie nie wracać. I już więcej nie pytać:

dlaczego wszystko trwa tylko jeden, jedyny raz?

 

Jan P. Grabowski nie zamyka się w swoim świecie, dzieli się nim z każdym, kto zachował wrażliwość i gotowość do zachwytu tym, co nieprzemijalne, co trwa i co tylko człowiek może zauważyć. Dlatego jego dokonania to ważne, wybitne zjawisko artystyczne, wzbogacające najlepsze tradycje polskiej poezji.

 

   *     *     *

 

Na zakończenie chciałbym podkreślić znakomity dobór wierszy, dzięki czemu jubileuszowa edycja w pełni ukazuje skalę talentu poetyckiego Jana P. Grabowskiego. Z całą pewnością wybór ten zasługuje na wydanie, wybór – powtórzę – z czterdziestu lat twórczości Autora, który tak znacząco zapisał się w naszej literaturze.

Waldemar Smaszcz[41], Rekomendacja Wyboru wierszy z lat 1977-2017 Jana P. Grabowskiego, Białystok, 21 marca 2017 r.

 

63. Jan P. Grabowski – poeta, prozaik, absolwent filologii polskiej – jest uznanym autorem o bogatym dorobku twórczym. Jego wiersze i teksty prozatorskie były drukowane w czasopismach, antologiach i almanachach, a przede wszystkim w osobnych tomach. Grabowski ma na swoim „koncie” autorskim 18 książek literackich opublikowanych m.in. przez Wydawnictwo Morskie, Gorzowskie Towarzystwo Kulturalne, Ludową Spółdzielnię Wydawniczą, Spółdzielnię Wydawniczą „Czytelnik”, Zabytkową Papiernię-Muzeum w Dusznikach Zdroju, Fundację Rozwoju Uniwersytetu Gdańskiego oraz – najczęściej – Wydawnictwo Bernardinum. Autor Przez chwilę otrzymał dotychczas kilkadziesiąt nagród  i wyróżnień w ogólnopolskich konkursach literackich. Przyznano mu również sporo państwowych nagród i odznaczeń, m.in. Złoty Krzyż Zasługi, Medal Sint Sua Praemia Laudi, Nagrodę Prezydenta Miasta Gdańska oraz Nagrodę Specjalną Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Projektowana książka zawiera wybór wierszy od debiutu w 1977 r. aż do utworów najnowszych. Większość proponowanych do druku tekstów poetyckich Jana P. Grabowskiego była już publikowana w osobnych i trudno dziś dostępnych tomach. Warto więc zebrać je w jednej książce, by czytelnik sam mógł się przekonać, że autor jest poetą, który ma do powiedzenie coś istotnego o świecie.

Najszerszy krąg tematyczny wierszy autora Żółtej poczekalni tworzy natura: ptaki (spośród nich najbliższy lirycznemu „ja” jest kos, którego tak niecierpliwie i przyjaźnie wypatruje każdego roku), drzewa, jeziora, gwiazdy i planety. Należy podkreślić, że Grabowski bardzo chętnie dzieli się swoimi obserwacjami i rozmyślaniami na temat zmieniających się pór roku. I choć twierdzi, że „nie ma piękniejszego miesiąca aniżeli październik” (Pean dla października), to w jego utworach każdy miesiąc ma niepowtarzalny urok, czar i wdzięk.

Pojawia się tu również tematyka miejska, a raczej: trójmiejska. Zarówno we wcześniejszych, jak i obecnym tomie można odczytać fragmenty poetyckiej mapy Gdańska, Sopotu oraz Gdyni. W topografii Grabowskiego szczególne miejsce zajmują najbliższe okolice Zatoki Gdańskiej, molo w Sopocie, katedra i park w Oliwie, a także osiedle Gdańsk-Chełm. Najwęższy krąg tematyczny tworzą wiersze mówiące o relacjach i spotkaniach z osobami najbliższymi, znajomymi i nieznajomymi. Dużo lirycznego ciepła i wzruszenia wnoszą utwory będące apostrofami do żony, na przykład ten, w którym podmiot/autor wyznaje: „Każdy dzień z tobą to nowy świat, chociaż / niczym nie różni się od poprzedniego” (Obecność).

Bez względu na tematykę – utwory Jana P. Grabowskiego łączy występujący niezwykle często, choć realizowany w różny sposób, motyw wędrówki. Spacery do parku, nad zatokę, do lasu czy centrum miasta podmiot liryczny podejmuje niby samotnie, ale tak naprawdę w towarzystwie przyrody, która swoją obecnością ułatwia mu dostęp do świata duchowego. Mamy tu bowiem do czynienia również z innym, wewnętrznym, wymiarem podróży, podczas których poeta doświadcza harmonii natury i poczucia jedności ze światem, próbując zarazem uchwycić na jego tle własną tożsamość.

Nieodłączną towarzyszką podróży podmiotu mówiącego w wierszach Grabowskiego jest też muzyka, zwłaszcza kompozycje barokowych mistrzów (Bacha i Telemanna) oraz… „niekończący się koncert planet”, „spokojny hymn widnokręgu” czy „muzyka pszczół”.

Natura i muzyka dla podmiotu lirycznego omawianych tu wierszy stanowią pewien asumpt do refleksji o charakterze metafizycznym. Sporo w tej poezji pytań o istotę rzeczy, niemało też dociekań filozoficzno-religijnych. Charakterystyczny dla poezji Grabowskiego jest motyw podróży do jasności – zarówno tej ziemskiej (światła, blasku), jak i transcendentnej, wykraczającej poza zasięg doświadczenia i poznania ludzkiego. Pomimo trosk, cierpienia i pewnego lęku przed światem podmiot liryczny, każdego dnia układa „wielki poemat jasności”.

Całym swoim istnieniem przeżywa świt, zachwyca się południem, kontempluje zmierzch, podziwia rozgwieżdżone niebo… , a wtedy jego życie staje się pogodną rezygnują z pośpiechu. Dopiero wówczas może rozpocząć się wewnętrzna podróż i jakże piękna „milcząca rozmowa” ze Stwórcą. Twórczość Grabowskiego ukazuje przejmujące wizje przyrody, w której objawia się Bóg, choć często jest to obraz z pozoru zwyczajny.

Już z lektury pierwszych utworów autora Przez chwilę czytelnik może wnioskować, że ma (i, dodajmy: będzie miał) do czynienia z niezwykle uważnym obserwatorem i słuchaczem. Oto bowiem podmiot mówiący – utożsamiany tu z autorem – wypatruje ptaków, nasłuchuje ich śpiewu, a także wyczekuje ich powrotu z dalekich krain, martwiąc się, jeśli zbyt długo nie przylatują. Interesuje go wiatr, planety, żywioł wody, drzewa… Grabowski swoją postawą próbuje zachęcić czytelnika do codziennej afirmacji świata, przekonuje, że warto uważnie rozglądać się wokoło, spoglądać w niebo i podziwiać cuda natury, nawet jeśli mieszka się w dużej aglomeracji.

Znamienny rys twórczości autora Dotykania czasu stanowi także wszechobecna refleksja temporalna (z dodatkiem motywów wanitatywnych). Poeta jest niezwykle wrażliwy na upływ czasu, który – co może wydać się paradoksalne – nadaje sens ludzkiej egzystencji. Czas w utworach Grabowskiego uświadamia bowiem, że człowiek nie jest przypadkowym i tymczasowym istnieniem. Czas uczy także pokory, przywraca ład i daje nadzieję. Z drugiej strony jednak „nieśpieszne wiersze” gdańskiego poety konsekwentnie próbują przeniknąć, uchwycić i utrwalić to, co nieuchwytne. Koncentrowanie uwagi na „tu i teraz” – tak mocno akcentowane przez Grabowskiego – mimo wszystko odsłania również lęk i niepewność, które są niejako wpisane w refleksję o czasie.

Oscylowanie między afirmacją życia a obawą przed nieodgadnionym
i niewiadomym sprawia, że z każdej niemal chwili i każdego drobiazgu czyni poeta ucztę dla zmysłów. Pozornie zwykłe, codzienne czynności i zjawiska za każdym razem stają się dla niego nowe i wyjątkowe. Grabowski to poeta codzienności, ale rozumianej inaczej niż w kategoriach zwykłości. Jego pospolitość nie tyle „skrzeczy” (jak powiedziałby Stanisław Wyspiański), co zachwyca i pobudza do egzystencjalnych refleksji. Nierzadko myśli poety prowadzą od codzienności do… nieskończoności.

Kontemplacyjno-refleksyjne utwory Grabowskiego posiadają również walor terapeutyczny. Twórczość ta proponuje współczesnemu odbiorcy chwilę wytchnienia od wszechobecnego cywilizacyjnego pośpiechu. Otwiera również drogę do własnych pytań o piękno i czas, a także – poszukiwań sensu istnienia.

Niejako przy okazji często uwydatnia się walor estetyczny, ponieważ autor uwrażliwia czytelnika na piękno świata przyrody – która jest w zasięgu ręki, piękno kosmosu – który ekscytuje i niepokoi, jak również piękno muzyki – która stanowi harmonię. Poza tym w swoich wierszach niejednokrotnie przypomina ciekawe i zapomniane dziś słowa z bogatego zasobu polszczyzny (np. aniżeli, zdrożony).

Na koniec zagadnienie wcale nie najmniej istotne. Otóż, poezja Grabowskiego podejmuje dialog, na ogół dyskretny, z bogatą i jakże interesującą tradycją literacką. Jest ona zarówno częścią praktyki twórczej, jak i elementem świadomości literackiej autora Dotknięcia mroku.

Nie mamy tu jednak do czynienia z poetyckimi „kalkami” czy rekonstrukcjami, zawsze są to określone wybory. Uważny odbiorca wierszy Grabowskiego znajdzie w jego twórczości różnego typu kontynuacje i nawiązania do utworów poetów różnych epok. Stosowane tu zabiegi intertekstualne świadczą o podejmowanym przez autora dialogu z tradycją literacką, a w szczególności dorobkiem takich mistrzów słowa, jak: Jan Kasprowicz, Jan Kochanowski, Mikołaj Sęp-Szarzyński, Leopold Staff, Kazimierz Wierzyński, Stanisław Baliński, a także Emily Dickinson, John Donne, Robert Frost, John Keats – by wymienić tylko niektórych patronów poetyckich Jana P. Grabowskiego.

Stosunek autora Łaski widzenia do tradycji literackiej (i jej formy) jest zazwyczaj dynamiczny, tzn. poeta nie próbuje rekonstruować zjawisk przeszłości, ale stara się twórczo nawiązać do pewnych zasad konstrukcyjnych (motywów, obrazów, ujęć), proponując własne rozwiązania artystyczne. Istotnym przejawem tradycji literackiej jest intertekstualność, z którą mamy do czynienia wówczas, gdy nawiązanie do tekstu wcześniejszego jest składnikiem budowy semantycznej tekstu nowego. Przy czym elementy zapożyczone mogą tu pełnie rozmaite funkcje; w wypadku poezji Grabowskiego występuje zjawisko rekontekstualizacji, ponieważ zaczerpnięte składniki zostają wprowadzone w nowy kontekst
z poszanowaniem ich, jak mówi Michał Głowiński, „świadectwa pochodzenia”.

Omawiana twórczość to poezja subtelnego i inspirującego dialogu międzytekstowego. Jedną z najczęściej obecnych postaci intertekstualności w utworach Grabowskiego jest aluzja literacka, która – jak wiadomo –  stanowi akt świadomego wyzyskania cudzego dzieła dla własnych celów, ale bez czyjejkolwiek krzywdy.

Aluzja literacka jest także rodzajem hołdu złożonego dawniejszemu dziełu, stanowiącego dla nowego twórczą inspirację. W wierszach Grabowskiego najczęściej występują aluzje pośrednie, zwłaszcza różnego typu reminiscencje, m.in. metafizycznych niepokojów poetów barokowych czy fascynacji codziennością skamandrytów – wprowadzone we współczesne konteksty .

Podsumowując te uwagi, stwierdzić należy, że zebranie i wydanie
w jednym tomie najważniejszych wierszy Jana P. Grabowskiego miałoby/będzie miało trojakiego typu wartość.

Po pierwsze: wartość kulturotwórczą, gdyż twórczość gdańskiego autora to poezja o charakterze uniwersalnym, zachowująca stoicki dystans do współczesności i nieangażująca się w doraźność, a zarazem mocno osadzona w realiach tzw. codziennego życia.

Po drugie: wartość społeczną, ponieważ ze względu na głęboko humanistyczną problematykę oraz dialogiczny charakter książka ta może pozytywnie wpłynąć na czytelnictwo literatury pięknej oraz poznawanie innych tekstów kultury. A nie trzeba przypominać, jak wiele zaległości mamy – jako społeczeństwo – do odrobienia.

Po trzecie: wartość pragmatyczną, dlatego że projektowana publikacja będzie właściwą reprezentacją wieloletniego i rozproszonego dorobku poetyckiego autora, tworzącego w zgodzie z samym sobą, z dala od zmieniających się mód i upodobań krytyków literackich.

Niniejszym rekomenduję do druku wybór wierszy Jana P. Grabowskiego.

Marcin Lutomierski[42], Rekomendacja projektu książki Jana P. Grabowskiego

Wiersze wybrane z lat 1977–2017, Toruń, 29 kwietnia 2017 r.

 

64. Lektura wierszy Jana P. Grabowskiego prowadzi w sferę czystej liryczności; liryczności właśnie, a nie liryzmu (bo wszystkie –izmy pobrzmiewają scjentystycznie), a liryczność zdobywa sobie trochę przestrzeni w języku i świecie na granicy egzystencji i słowa starającego się zgłębić jej niepowtarzalność i tajemnicę. Wiersz bywa tutaj fotografią chwili przetworzoną przez myśl i wyobraźnię poety; często więc także – fotografią lirycznego „ja”. Ale autor zbioru nie skupia uwagi na swoim dominującym ego. Chce się raczej podzielić  zdziwieniem, zachwytem, czasami także – własnym lękiem przed światem. Stąd poetycka nadrzędność przestrzeni, z kreacji której wyłania się – czasami szkicowo, niekiedy bardzo  wyraźnie –   wizerunek podmiotu.

Przyjrzymy się zatem przestrzeni, do której zaprasza nas poeta. Wprowadzają w jej granice trzy słowa-klucze: zatoka, ogród niebo. Pierwszy motyw wiąże się z miejscem poety na ziemi; miejscem, które wybrał lub może został przez niewybrany. Jan P. Grabowski jest mieszkańcem Gdańska i jego wiersze wpisują obraz codzienności w przestrzeń rozciągającą się między  Zatoką Gdańską a oliwskimi wzgórzami.

 

Więc jeszcze raz

zdarza się wszystko to,

co… już kiedyś było? Więc to

– z całą pewnością – znów ocalenie?

 

I znowu jest to jedyna szansa:

właśnie w tym miejscu,

na brzegu ciemniejącej zatoki?

w tym miejscu,

gdzie pasmo oliwskich wzgórz okrywa

zmieniająca się zieleń?

[Niezmienność]

 

Kontemplacja nad brzegiem zatoki to motyw powracający w licznych wierszach; Poeta raz ogląda jej wody gładkie i świetliste, innym razem: wzburzone, zamglone lub ciemniejące. Jednak nie tylko o realizm deskrypcji tu chodzi. Brzeg i zatoka to najbardziej własne miejsce na ziemi i zarazem metafora życia.

 

Tu wrócisz na zawsze. I zostaniesz tutaj:

gdzie woda nad zatoką łączy się z błękitem

w wieczność i bezkres. Tak, jak nigdzie indziej…

[Nikt ci żadną kradzieżą nie odbierze tego…]

 

Zatoka to symbol życia otwartego na bezmiar, na nieskończoność, ale zarazem ograniczonego brzegiem doczesności. Jest połączona z oceanem istnienia, ale jednak jakoś zaznacza i chroni swoją nieoczywistą odrębność.

Topos ogrodu jest tak bardzo zakorzeniony w kulturze i ma tyle literackich i ikonograficznych wariantów, że tworząc w poezji taką przestrzeń i starając się jej nadać własny kształt, poeta musi szczególnie uważnie wybierać motywy i barwy. Grabowski jest tego świadomy,  nie stroni od nawiązań literackich i plastycznych, ale pamięć tradycji artystycznej kształtuje w jego wierszach raczej tło niż pierwszy plan poetyckiej przestrzeni ogrodu. Takie rozłożenie akcentów osiąga poeta dzięki przywołaniu biograficznego konkretu. Źródłem obrazowania staje się malborski ogród, który otaczał rodzinny dom; jest on i katalizatorem wspomnień z dzieciństwa, i przesłanką postrzegania świata jako Bożego gaju. Doświadczenie biograficzne splata się tutaj z biblijną symboliką utraconego Edenu. Szczególnie poruszającym i pięknym przykładem tego splotu są wiersze z Tryptyku malborskiego (ze zbioru Szkarłat i błękit) i wiersze poświęcone odchodzącym rodzicom. Rezultatem poszukiwania własnego głosu dla oddania odcieni świata w zmieniającym się świetle dni i miesięcy są kunsztowne i wyrafinowane, czasami chyba nadmiernie, określenia kolorów – na przykład te pochodzące od nazw minerałów: barwa opalu, ametystu, chryzoprazu… Jest w tym jakiś ślad barokowej wyobraźni poety, a także – fascynacji paletą kolorystyczną malarzy impresjonistów. Nie ma w tym jednak konceptualnego dystansu. Uderza w tych wierszach ton czułości dla drzew, ptaków i… gwiazd. Uwagę pisarza  mogą przykuć drzewa w sadzie, kwitnąca w miejskim parku magnolia czy pigwowiec, złote liście październikowych klonów czy nagie gałęzie drzew późnej jesieni; drzewa pełne rozśpiewanych ptaków lub ewokujące ciszę. Budzą one uczucie doskonale bezinteresownego zachwytu ich istnieniem i urodą i często kierują refleksję poetycką ku Stwórcy.         

 

Oto pełen zachwytu przystaję

Popod gruszami. Pod jabłoniami…

Wśród drzew jesieni.

To one właśnie tu wyznaczają

mój – i na zawsze – wymiar istnienia.

[…]

Albowiem Boga obecność czuję,

Który w tym gąszczu mnie dostrzega i

dotyka: niby przez cień

– jakim tu jestem – przemknął liść

światłem promienny. Wtedy jestem,

staję się, trwam na okamgnienie

wśród drzew jesieni. W ogrodzie świata.

[Jakaż tu cisza… ]

 

Grabowski nie stroni w swoich lirykach od codzienności, ale tak mało w jego wierszach rytmu trójmiejskiej metropolii. Miasto jest obecne w dalekim tle. Jego zgiełk i pośpiech nie sprzyjają kontemplacji. Poeta chce zamieszkać „na granicy wody, powietrza i ciszy […], z daleka od pejzaży wysokich miast.” (W krajobrazie czerwieniejących buków). Jeżeli wprowadza przestrzenie miejskie, to są to najczęściej przestrzenie parkowe; wiersz o spacerze przez Park Oruński otwiera słowami:

 

Oto za miastem nareszcie jesteśmy

uwolnieni od tego, co z nim związane.

[Uwolnieni]

 

Liryczne wspomnienia z podróży też akcentują obrazy natury, a nie architektury: Góry Izerskie, Czantoria, brzegi Jeziora Mausz. Jeżeli już pojawiają się w zbliżeniu fragmenty miejskiego pejzażu, to są to przede wszystkim kościoły, zwłaszcza Katedra Oliwska. I przyroda, i architektura zazwyczaj odsyłają ku niebu i to zarówno w znaczeniu astronomicznym, jak i metafizycznym; gwiazdy, planety, konstelacje są dla poety tajemniczą odmianą Bożego alfabetu.      

W lirykach Grabowskiego trwałość natury jest często kontrastowana z ulotnością czasu.  Niepokój poety budzi bowiem nieuchwytna natura temporalności, która podkreśla w każdej chwili kruchość ludzkiego istnienia. Poezja to sposób przeciwstawienia się jej, przedłużenia  –  chociaż na krótko – nietrwałej obecności lirycznego „ja”. Nie jest to jednak żadne echo dumnej Horacjańskiej deklaracji Exegi monumentum aere parennius, raczej coś z postawy myślącej trzciny Pascala. Nadzieję na trwanie w wiecznym „tam” może spełnić jedynie Bóg, na którego wskazuje odbierany wszystkimi zmysłami alfabet świata przyrody. W tym miejscu nasuwa się pytanie o lirycznych bohaterów w wierszach Grabowskiego, o osoby. Czy szept Stwórcy można rozpoznać tylko w śpiewie ptaków, szumie drzew i rysunku rozgwieżdżonego nieba, a został on już całkiem zagłuszony w osobach? Niektóre wiersze sugerują taką interpretację; może najmocniej majowy dyptyk ze zbioru Szkarłat i błękit. Błękitny maj: moment uwznioślenia niesie euforyczną pochwałę piękna świata tonącego w majowej zieleni ujętej w ramy błękitnego nieba. Poetycki obraz świadczy o zmysłowej wrażliwości autora, a jego puentą staje się wzniosła pochwała istnienia człowieka – w takim nadmiarze obdarowanego urodą przyrody. A obok wiersz Majowe impresje Anno Domini 1993 i zderzenie wybuchu piękna w naturze z postawą ludzi, którzy przytłoczeni niedostatkiem i codziennymi troskami „nie patrzą w górę”, którzy z goryczą komentują wydarzenia polityczne i wpływ tychże na ich życie. Mamy w tym utworze do czynienia z obecnością sporadycznego w liryce Grabowskiego motywu przemian ustrojowych lat dziewięćdziesiątych minionego stulecia. Natomiast obraz „ludzi wydrążonych”, postaci-marionetek tworzących niezróżnicowany tłum pojawia się częściej. Jest to jednak tylko jedna strona antropologicznej rzeczywistości w poetyckim świecie przedstawionym. Zbliżenie literackiego portretu rodzi empatię. Widać to zwłaszcza w lirycznych wizerunkach najbliższych osób: matki, żony, ojca, syna. Ta empatia dotyczy także tych, którzy pozostawili w sztuce ślad ważny dla autora (lub chociażby przez niego dostrzeżony): Bacha i Mahlera, Miltona i Mickiewicza, romantyków i impresjonistów. Podmiot liryczny to z jednej strony samotnik z wyboru, starający się o to, by ludzie nie zakłócali jego drogi ku metafizycznej przygodzie utrwalanej w poezji. Z drugiej strony – jednak ktoś, kto szuka bratnich dusz, by podzielić się swoim doświadczeniem czasu i przestrzeni. Jest też w poezji Grabowskiego ton współczucia wobec innych, ponieważ oni wszyscy – czy to dostrzegają czy nie – są kruchymi istotami tracącymi z każdą chwilą cząstkę siebie. Jedyną szansą na zaspokojenie głodu trwałego istnienia jest perspektywa wiary w Bożą mądrość.     

Dlatego ton tej poezji jest rozpięty między dwoma biegunami: elegijnym i psalmicznym. Pierwszy mocno pobrzmiewa w wierszach wskazujących na ulotność czasu i nietrwałość ludzkiego bycia w świecie, drugi – często związany z formami modlitwy poetyckiej – wyraża przede wszystkim nadzieję, ale zarazem rejestruje zróżnicowane stany duchowego napięcia: od zachwytu i dziękczynienia, poprzez lęk, nawet zwątpienie – do błagania o pewność celu. Jan P. Grabowski należy do tych poetów, których Jerzy Liebert w wierszu nomen-omen Poeci (ze zbioru Kołysanka jodłowa) scharakteryzował słowami: „ocieram się o wieczność jak o domu mojego ścianę.     

Prof dr hab. Grażyna Halkiewicz-Sojak[43], Poeta „na brzegu ciemniejącej zatoki”, Toruń, 2 czerwca 2018 r.

 

65. Wiersze Jana P. Grabowskiego, z tomiku pt. Jak szelest jedwabiu, mądrze poszerzają wyobraźnię, pomagają zobaczyć więcej, karmią duszę słowem prawdy, które ma w sobie coś z dobrej nowiny dla świata i naszego życia. A dobra nowina budzi nadzieję i wnosi pokój do serca, bo odsłania plan Boga, w którym wszystko znajduje swój sens, nawet przemijanie. W myśl tego planu, a jest to plan zbawienia, nic z tego, co Bóg stworzył, nie zmierza donikąd. Jedynie na zawsze przeminie zło, które ze swej natury żeruje na dobru i z tej racji niepokoi, zasmuca, i rodzi cierpienie. Dlatego zło nie znajdzie dla siebie miejsca w świecie naszej wiecznej przyszłości, który będzie spełnieniem wszystkich zbawczych obietnic, a które Bóg na różne sposoby ogłasza, także w pięknie stworzenia, którego więcej może dostrzec wrażliwe oko poety.

Biblia wielokrotnie zaświadcza, że ten nowy świat, w którym zbawienie osiągnie swój kres, stanie się niebem, a nasze życie w nim przybierze znamiona boskości. W ten sposób spełnią się najgłębsze pragnienia naszego serca. A przecież każde serce pragnie być szczęśliwe. Dlatego, chociaż to „wszystko, co trwa chwilę… jak szelest jedwabiu”, nie zatrważa, nie budzi rozpaczy, gdyż zmierza do objawienia się owej zbawczej pełni, która na zawsze zachwyci. Stąd w tych wierszach jest tak dużo nadziei, którą poeta intuicyjnie odkrywa w ukochanej małżonce, bez której dom jego byłby pusty, w zapachu kwitnących lip, w zieleni oliwskich wzgórz, w śpiewie ptaków, w owocach drzew z matczynego sadu, w ciszy kaszubskich i borowiackich jezior, i w zmieniających się porach roku, które w mieście jakoś trudniej zobaczyć. Ale i „to miasto nad brzegiem zatoki” – z Bazyliką Mariacką, z dźwiękiem dzwonów głoszących radość Zwiastowania Pańskiego, z barwnym pejzażem ulic, na których tętni codzienność i ożywają wspomnienia – jest też szczególną miłością poety. Bo to miasto jest też głosem nadziei i zarazem świadectwem przeszłości, w której żyje przyszłość. A tę przyszłość najlepiej rozpoznają ci, którzy się modlą. Dlatego w tych wierszach jest tak dużo modlitwy.

Jakże wielowymiarowa jest w tym tomiku poezja, pełna światła, w której autor pomaga odkrywać sens głębszych znaczeń osobistych przeżyć i otaczającego świata oraz z pokorą oswaja czytelnika z ich tajemnicą. Dzięki temu można się jeszcze bardziej przekonać, że życie znaczy więcej niż czas, że życie to wieczność. A wieczność wtedy ma sens, gdy przepełnia ją miłość, której obficie udziela nam Bóg w pięknie stworzeń i dziele zbawienia. Miłość jest darem, o czym z głębokim przekonaniem zaświadczają te wiersze, wskazując, że świat jest pełen jej znaków, a słowo może je opisać. Takich właśnie słów, których treścią jest miłość, tak bardzo nam potrzeba, bo leczą rany, podnoszą na duchu, a człowiek staje się bardziej człowiekiem. Takich słów, których tak wiele znajdujemy w tych wierszach, potrzeba nam zwłaszcza dziś, gdy coraz częściej rozbrzmiewa hejt, by niszczyć, a nawet zabijać.

Wiersze te stały mi się jakoś dziwnie bliskie, że zdążyłem się już z nimi zaprzyjaźnić. Każdorazowa ich lektura jest jakby nowym świętem, duchowym wytchnieniem i subtelnym światłem, dzięki któremu można zobaczyć więcej tego, co zachwyca, co dodaje sił, by wybierać dobro, nawet to, które dużo kosztuje. Bogu niech będą dzięki za talent, którym obdarował autora tych wierszy. Są one jak fotografie dzieł Boskiej opatrzności, a w ich ciszy można usłyszeć melodię owej pieśni nowej, którą w niebie śpiewają zbawieni. Ileż w tych wierszach barwnych wariacji na temat tej pieśni, ileż przeżyć, wrażeń i doznań, których dostarcza nieznane uchwycone w znanym. I gdybym miał tylko jednym zdaniem wyrazić opinię o poezji Jana P. Grabowskiego, to powiedziałbym, że jest ona tak prawdziwa, że nie musi udawać wielkiej.

Ks. bp Wiesław Szlachetka[44], Kilka refleksji o wierszach Jana P. Grabowskiego

 z tomiku Jak szelest jedwabiu, Gdańsk-Oliwa, 7 stycznia 2020 r.

 

 

 

[1] Uroczysta promocja Koloru chryzoprazu. Liryków wybranych z lat 1985-1996 ) odbyła się 11 grudnia 1997 r. Słowo o Poecie wygłosiła Regina Witkowska. Wiersze recytował aktor Teatru „Wybrzeże” Mirosław Baka. Podczas tej uroczystości została Janowi Piotrowi Grabowskiemu wręczona Nagroda Prezydenta Miasta Gdańska z okazji 20-lecia Twórczości Literackiej

[2] Po dodaniu do książki wierszy z roku 2005 Pas Wenus oraz 2006 Lascia da spina zmieniłem jej tytuł z: Pogodna rezygnacja na Złoto i biel.

[3] Przy ul. Poznańskiej w Malborku przemieszkałem 34 lata.

[4] Uzupełnienia, wyjaśnienia i uwagi zawarte w przypisach są autorstwa Jana P. Grabowskiego.

[5] Zaproponowany 22 kwietnia 2004 r. do oceny autorski wybór poezji Srebrne adagio dr hab. Krystynie Turo miał charakter tematyczny i zawierał utwory zebrane w następujące tematy: Chodź, pójdź za mną…; Jak szelest jedwabiu; Przed wejściem w Bezmiar; Pogodna rezygnacja; Niezapomniany ogród; Na wieczny – wobec nas – krajobraz patrzymy; Tryptyk pogodny; Panna Jeziorna; Niewypowiedziane jest piękno jesieni; Śnieg pod nogami nam zaśpiewał; Cóż pozostaje w pogoni za wymykającą się prawdą świata?. Dlatego też zarówno Sonatę obojową, jak i Srebrne adagio, które oceniała Krystyna Turo zaczynał utwór pt. Chodź, pójdź za mną…. Ostatecznie jednak zdecydowałem się pozostać przy układzie chronologicznym Srebrnego adagio. Wyboru poezji.             

[6] tj. Chodź, pójdź za mną… Na marginesie chciałbym podkreślić, że utwór ten otrzymał Nagrodę Publiczności w Turnieju Jednego Wiersza oraz Nagrodę Lęborskiej Fundacji Kultury w XVII Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Mieczysława Stryjewskiego. Na tym samym Konkursie otrzymałem również II Nagrodę w Kategorii Poezji oraz Nagrodę Grand Prix i Nagrodę Marszałka Województwa Pomorskiego za utwór prozą pt. Świat to tylko obrazy wykreowane przez naszą świadomość.

[7] Dyptyk zimowy z G. Ph. Telemannem to utwór, który składa się z dwóch epizodów. Epizod pierwszy to Chodź, pójdź za mną… , drugi to Koncert B-dur na trzy oboje Georga Philippa Telemanna. Cytowany fragment pochodzi z drugiego epizodu.

[8] W 2003 r. ukazała się dzięki Bazylice Mariackiej w Gdańsku, wydrukowana w drukarni „Bernardinum” w Pelplinie Sonata obojowa Wybór liryków zawierająca wybór utworów z lat 2000-2002. Książka ta ma charakter wydawnictwa jubileuszowego, gdyż istotnie w 2003 r. obchodziłem jubileusz 25–lecia twórczości poetyckiej. Niezależnie od Sonaty obojowej powstał pomysł wydania wyboru poezji z całego 25-lecia. Z różnych przyczyn nie mogłem tej książki wtedy wydać. Wybór, który oddaję do wydania postanowiłem poszerzyć o wybór utworów, które powstały w latach 2003-2005. Tytułu Srebrne adagio postanowiłem jednak nie zmieniać, gdyż zadomowił się on w świadomości m. in. osób które tę książkę w wydrukach komputerowych czytały i oceniały. Nie chciałbym także ustosunkowywać się do interpretacji słów „srebrny”„adagio”. Niech tytuł Srebrne adagio pozostanie do swobodnej interpretacji dla każdego z czytelników.

[9] Wyjaśnienie wyrazu srebrny formułuję w oparciu o: W. Kopaliński: Słownik Symboli, Warszawa 1990, s. 401-402 (Srebro może symbolizować sprawiedliwość, radość, pokój, zwycięstwo, czystość, niewinność, dziewictwo, czyste sumienie, wierność, szczęście Słowo Pańskie, miłosierdzie, ale też i starość siwiznę; Srebro – mowa zwłaszcza mowa człowieka rzetelnego, zacnego, „srebrem wybornym jest język sprawiedliwego” (Ks. Przypowieści 10,20). Przysłowie „mowa jest srebrem, milczenie złotem”. Pan do Mojżesza – „Uczyń sobie dwie trąby srebrne, kute, abyś mógł zwoływać lud” (Num. 10,2); Znaczenie wyrazu adagio podaję za Uniwersalnym Słownikiem Języka Polskiego, red. S. Dubisz, Warszawa 2003, s. 11 (adagio – muz. tempo powolne, wolniejsze niż andante, szybsze niż largo, w balecie klasycznym: liryczny taniec solistki z partnerem w powolnym tempie).

[10] J. P. Grabowski, Dotknięcie mroku, Gorzów Wlkp. 1981 r., s. 14, dalej DM.

[11] Ten i kolejne cytowane przeze mnie utwory Jana P. Grabowskiego pochodzą z wyboru Srebrne adagio. Wybór poezji.

[12] Wiersze wybrane, Zabytkowa Papiernia-Muzeum w Dusznikach Zdroju, 1991 r.

[13] Autor w następnej książce pt. Szkarłat i błękit. Wiersze religijne i metafizyczne, Wydawnictwo Diecezjalne, Pelplin 1994 r.  zmienił tytuł tego utworu na Oto obraz ściszony.

[14] 18 marca 2009 r.

[15] Henryk Grabowski po długiej i ciężkiej chorobie zmarł, w wieku 58 lat, 15 maja 2011 r. Pochowany został w Gorzowie Wielkopolskim.

[16] Szczegółowe informacje na temat dotychczas wydanych książek Jana P. Grabowskiego można znaleźć na stronie internetowej www.grabovius.com w zakładce „Wydane książki”.

[17] W. Smaszcz, „Wystarczy być. / I mieć prawie pewność dotykalnej / – nieobojętnej – jego tu obecności”, w: Jan Piotr Grabowski , Złoto i biel, Pelplin 2007, s. 7 (cytaty pochodzące z tego tomu oznaczam skrótem: Zib).

[18] J. P. Grabowski, Dotknięcie mroku, Gorzów Wielkopolski, 1981, s. 3 (cytaty pochodzące z tego tomu oznaczam skrótem: Dm).

[19] J. P. Grabowski, Łaska widzenia, Warszawa 1990, s. 33 (Łw).

[20] J. P. Grabowski, Szkarłat i błękit, Pelplin 1994, s. 53 (Szib).

[21] J. Guitton, Sens czasu ludzkiego, Warszawa 1968, s. 92.

[22] Mszał Rzymski dla diecezji polskich, Prefacja o zmarłych, Poznań 1986, s. 279.

[23] Mam tu na myśli chociażby cykl legend arturiańskich, w którym przecież, zgodnie z wierzeniami Celtów, owo Tam kojarzone jest często właśnie z jeziorami.

[24] A. Stempka, Tradycja religijna w poezji Jana Twardowskiego i Janusza St. Pasierba, Bydgoszcz 2006, s. 42-48.

[25] O ile Twardowski, przeświadczony o nieadekwatności słowa „Bóg’” do desygnatu, niechętnie, ale go używa, o tyle Grabowski czyni to tylko sporadycznie, korzystając z pisanych wielka literą zaimków.

[26] W. Tatarkiewicz, Historia filozofii, t.1, Warszawa 1990, s. 269.

[27] M. Maciejczak, Świat według ciała w „Fenomenologii percepcji”…, dz. cyt., s. 116.

[28] J. Guitton, Sens czasu ludzkiego, dz. cyt., s. 36.

[29] J. Twardowski, nie przyszedłem pana nawracać, Warszawa 1986, s. 163.

[30] W. Tatarkiewicz, Historia filozofii, t. 1, dz. cyt., s. 110.

[31] Terminy „archaiczny” i „nowożytny” używam w Eliadowskim rozumieniu. M. Eliade, Mit wiecznego powrotu, Warszawa 1998.

[32] M. Heidegger, Bycie i czas, Warszawa 1994, s. 348.

[33] B. Jasiński, Dwie fenomenologie, Husserl i Heidegger, Warszawa 1997, s. 77.

[34] 18 Z. Zdybicka, Człowiek i religia. Zarys filozofii religii, Lublin, 1993, s. 166.

[35] Zob. M. Eliade, Sacrum i profanum. O istocie religijności, Warszawa 1999, s. 6 n.

[36] M. Drwięga, Ciało człowieka: Studium z antropologii filozoficznej, Kraków 2002, s. 229–259.

[37] M. Maciejczak, Świat według ciała w „Fenomenologii percepcji”, dz. cyt., s. 140-141.

[38] Tamże, s.161.

[39] dr Anna Stempka pracuje w Katedrze Literatury Powszechnej i Komparatystyki, Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy 

[40] dr hab. Monika Rasiewicz, absolwentka Wydziału Aktorskiego Krakowskiej PWST im. Ludwika Solskiego i od trzydziestu lat uczy w macierzystej uczelni na obydwu wydziałach (tj. WA i WRD). Od kilku lat prowadzi również zajęcia dydaktyczne z dykcji, gry aktorskiej i reżyserii w krakowskiej Akademii Muzycznej.

[41] Waldemar Smaszcz, historyk literatury, krytyk, eseista.                                              

[42] Marcin Lutomierski, doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa, specjalność: literatura polska, Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu.

[43] Prof. dr hab. Grażyna Halkiewicz-Sojak jest kierownikiem Zakładu Literatury Polskiej Romantyzmu i Pozytywizmu w Instytucie Literatury Polskiej Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.

[44] Ks. dr Wiesław Szlachetka, Biskup Pomocniczy Archidiecezji Gdańskiej. Zainteresowania Księdza Biskupa, to nade wszystko biblistyka oraz poezja, która jest jedną z form jego apostolstwa.