„ZIMNA PROZA POWSZEDNIEGO ŻYCIA”

Motto:

 

„W walce ze życiem i światem

Nikt przyszłości nie jest panem…

Z rąk Bożych wychodzim kwiatem –

Świat w grób nas rzuca – łachmanem…”.

 

Kamienica w Długim Rynku (1868),

Józef Ignacy Kraszewski (1812-1887).

 

Zaiste, przeczytałem powieść, a właściwie opowiadanie Józefa Ignacego Kraszewskiego pt. Kamienica w Długim Rynku. Przeczytałem to opowiadanie niejako w opozycji do niedawno zaczętej, a niedokończonej, lektury książki, której akcja ponoć ma się toczyć w XIX wieku w Gdańsku. Książkę tę napisała młoda współczesna pisarka. Mniejsza jednak o tę książkę i tę pisarkę, ponieważ lekturę po jej rozpoczęciu wrychle zakończyłem znużony zarówno miałkością treści, jak i laptopowym, pośpiesznym, stylem. Gdańska w niej nie uświadczyłem.

Tym bardziej ochoczo sięgnąłem po opowiadanie Kraszewskiego. Jego akcja miała się toczyć przecież w Gdańsku przy Długim Rynku, czyli przy współczesnym Długim Targu.

I kiedy autor przedstawia tę tytułową kamienicę, starałem się ją sobie umiejscowić, bo przecież śródmieście Gdańska znam niemal na pamięć. I już byłem niemal pewny, że ona istnieje, że wspomagając się zdjęciami Długiego Targu z Internetu, ją odnajdę, gdy w ostatnim zdaniu swojego opowiadania Kraszewski rozwiewa wszelkie oczekiwania i nadzieje pisząc:

„Paparonów w weneckim domu zastąpili Anglicy i przerestaurowali go tak zręcznie na gładkie pudełko w stylu XIX-go wieku, iż teraz próżno by go już szukać było w Gdańsku”.

Pfff!!! – można by rozczarowująco zareagować. A zatem tej kamienicy w Gdańsku tak naprawdę nie ma. Nie chciałbym nikogo a zwłaszcza turystów i przybyszów rozczarowywać, ale całe stare miasto Gdańska, z jego prześlicznymi kamieniczkami, to jest… powojenna rekonstrukcja. Tak, Kościoły są gotyckie, ale wszystko poza tym to… PRL-owska rekonstrukcja.

(Tu na marginesie chciałbym podkreślić, że kiedy zdarzało mi się m.in. znajomych oprowadzać po Gdańsku, to prowadziłem ich na ulicę Chlebnicą, gdzie zachowana jest jedna, jedyna kamieniczka, a właściwie jej szczyt, bodajże z Renesansu).

Opowiadanie Kraszewskiego jednak do końca przeczytałem. Chociaż Gdańska prawie w nim nie ma, bo Kraszewskiemu tak naprawdę chodziło o intrygę, o przedstawienie konfliktu dwóch rodów. Akcja tego opowiadania mogłaby toczyć się, bez szkody dla intrygi, np. w Warszawie.

Za to znacznie ciekawiej Kraszewski przedstawia… Sobótki, czyli ówczesny Sopot, gdzie toczą się ostatnie partie opowiadania. (A tak nawiasem nazwa Sopot, wtedy Sobótki, wzięła się stąd, że – według Kraszewskiego – Gdańszczanie lubili spędzać… soboty w tej niewielkiej, położonej nad morzem miejscówkowości. O tym jednak za chwilę).

I tak jak w przypadku powieści U babuni, także i teraz nie będę przedstawiał treści przeczytanej książki. Czy warto ją przeczytać? Ja przeczytałem, „bawiąc się” i nużąc pospołu. „Bawiąc się” bo wszystko można w tym opowiadaniu przewidzieć. „Bawiąc się” obyczajami, tym nade wszystko „padaniem do nóżek”, obejmowaniem się i bezustannie lanymi łzami.

Nie ma i w tym opowiadaniu… „zimnej prozy codziennego życia”. Natomiast zupełnie mi nie przeszkadza staroświecki styl i słownictwo jakich Kraszewski używa. Wręcz mi się – i jako czytelnikowi, i jako filologowi poloniście – podoba. Wolę taką „staroświecczyznę” niż te byle jak pisane współczesne powieści.

Bo czyż nie urocze są takie oto zdania z Kamienicy w Długim Rynku jak to np. ze strony 45, że: pułkownik tzn. Wiktor Paparona, stryj Klary… „poślubił gorąco intersa brata i synowicy…” albo to ze strony 86, gdy w. wym. Wiktor odwiedza Karolinę Hals i… „Z drugiego pokoju z robotą w ręku wyszła naprzeciw niego skromnie ubrana kobieta średniego wieku, jeszcze bardzo piękna, ale widocznie chcąca o tym zapomnieć, z twarzą smutną i ujmującą”.

Natomiast zdanie ze strony 116 jest… kuriozalne. Czytałem je po wielokroć i za każdym razem mnie ono zdumiewa:

„Jest coś w uczuciu niewynaśladowanego i jak eteryczne owe ekstrakty fruktowe, pachnąc doskonale ananasem i cytryną… czuć razem apteką, tak udanie czuć fałszem, choćby było najwytworniejsze”.

Co ciekawe, wyraz „niewynaśladowanego” nie został podkreślony przez korektę. To znaczy, że i takie dziwadło istnieje w języku polskim.

(Wszystkie załączone tu cytaty pochodzą z wydania Wydawnictwa Literackiego, 1987, „Józef Ignacy Kraszewski. Dzieła. Powieści obyczajowe”).

Natomiast nużyły mnie w Kamienicy w Długim Rynku… wielokropki, których Kraszewski używa ponad nie do wytrzymania miarę.

A co mi się szczególnie spodobało w tym opowiadaniu? Otóż m.in. sposób w jaki Karaszewski opisuje… Sopot. Jest tego dosyć dużo, ale pozwolę sobie przytoczyć fragment, który mnie szczególnie ujął. Otóż i on (strony 168-169):

„Ulubiłby ten brzeg anachoreta, ukocha go dusza spragniona pokoju, którego ziemia dać nie może… Cicho… cicho… szemrze fala… drzewa modląc się kołyszą… gdzieniegdzie domek ukryty w gałęziach bujnych, rzadziej wieżyczka kościołka. Bujnej poezji południa tu nie masz, ale jakaś sielanka z elegią wiejską się pożeniły, jest w tym urok, choć inny… jest myśl, acz różna, jest piękność, ale odmienna. Żyć trzeba na południu, starzeć się i wspominać tutaj.

Jest w tym coś, co się godzi z duszą zbolałą… co ją pociesza… natura jakaś zrezygnowana. Tam na południu skały kłócą się z drzewami, morze walczy z kamieniem, niebo piorunuje i klnie wichrami, tu wszystko się pojednało do jednej drzemki kontemplacyjnej.

Tak wygląda morze, a raczej zatoka w Zopot, dawnej Sobótce, dlatego podobno tak nazwanej, że mieszczanie bogatego Gdańska jeździli tam ostatniego dnia w tygodniu na odpoczynek niedzielny. Schludnie, cicho, jakoś klasztorno. A gdy sąsiednie ogrody opactwa w Oliwie na książęce cóś patrzą, Sobótka ze swymi drzewy podobną jest do pustelni karuzów”.

Niezwykle ujął mnie ten opis Sopotu. Przytoczyłem tylko fragment, ponieważ całość jest znacznie obszerniejsza. Właśnie taki jest Kraszewski, którego najbardziej lubię, ponieważ w wielu miejscach tej banalnej historyki miłosnej przytacza wiele bardzo mi się podobających refleksji jak także i ta z pierwszych kartek jego opowiadania, gdy pisze, że:

„Nie wszystko jest pięknym w naturze… ale natura w chwilach szczęśliwych jest doprawdy tak piękną, jak nigdy nie bywa sztuka! Sztuka tylko tę znikomą chwilę… ten błysk ducha niebieski… to ukazanie się ideału… wciela, chwyta i pozwala nam dłużej się wrażeniem jego napawać. Wierzcie mi, państwo, twórczość człowieka… jest zapożyczoną od Boga… i bez pierwowzoru… ziarnka piasku z atomów utworzyć by nie umiała. My się napawamy Bożą ideą i jej blaskiem… a jak mniej więcej czyste lub mętne zwierciadełka… odsyłamy to światło odbite”.

A wracając do opisu Sopotu, to jako żywo przypomina on sytuację w której aktualnie się znajduję, gdyż w miejscu… „Jeszcze dalej niż Północ” jest przepiękna Zatoka Pucka, której wody zmieniające niemal co dzień kolor, podziwiam. Trochę z przypadku, więcej z wyboru albo na odwrót, stałem się… „anachoretą”, co bardzo mi odpowiada. Mam tu kontakt z Naturą aż po horyzont i jest tu również…„schludnie, cicho, jakoś klasztorno”, za to z dala od wszelkiego zamętu świata współczesnego.

I nareszcie mam otwarte niebo nad sobą, tak, że wczoraj wieczorem mogłem podziwiać przepiękną koniunkcję Księżyca z Jowiszem.

18-19 stycznia 2024 r.