TRZY FILMY, ALBO O WICHURACH, KTÓRE „WKRACZAJĄ” I „POWODUJĄ”.

Zaiste, tutaj, gdzie mieszkam, czyli „Jeszcze dalej niż północ”[1], czyli na pograniczu zatoki a właściwie zalewu tzn. w „czerwonej strefie” wichrów, „Armagedonów pogodowych”, „wkraczań potężnych załamań pogody” itd., faktycznie jest wyłącznie… rześko z podmuchami już jakby przedwiosennymi, co naocznie, osobiście mogłem stwierdzić dzisiaj na przedpołudniowym spacerze.

Wszystkie zatem te komunikaty pogodowe o „potwornych wichurach” jak dotąd się nie sprawdzają i są bardzo mocno przesadzone. Wieje, powiewa, dmucha…, czyli jest tak, jak powinno być nad morzem, a właściwie na pograniczu zatoki i zalewu. Woda przy tym ma za każdym razem inny kolor. Najczęściej jest to kolor nefrytu.

Tyle zatem o pogodzie, która bardziej przypomina marzec niż luty, który teraz, tuż po Gromnicznej, a przed Popielcem rzeczywiście powinien być luty, czyli: srogi, mroźny, ostry, dziki, okrutny. (3 lutego A.D. czyli: „Pogoda na świętego Błażeja, dobra wiosny nadzieja”, ale… „Święty Błażej, gardła zagrzej”).

Tyle więc o aurze, bo chciałbym kilka zdań napisać o filmach, które ostatnio zrobiły na mnie największe wrażenie.

Po pierwsze zatem jestem pod urokiem serialu Yellowstone. Obejrzałem pierwsze dwie serie i mogę powiedzieć: ach! cóż to za serial. Jest to jakby połączenie najlepszych westernów (Poszukiwacze, Pojedynek w Corralu O.K, Biały Kanion, Ostatni pociąg z Gun Hill, Dwa oblicza zemsty, itd.)[2] z brutalną współczesnością. Nie chciałbym, na temat tego serialu się rozpisywać, bo kto chce, niech go zobaczy i podziwia (bo można go tylko podziwiać, wbrew kwasom i dąsom niektórych tzw. krytyków). Wszystkie superlatywy, że jest to serial „świetny”, „wspaniały” tudzież arcydzielny, to mało na określenie samej historii, czyli scenariusza, doboru i gry aktorów i aż po zachwycające zdjęcia, które szczególnie mnie w tym serialu urzekły. Właśnie Amerykanie w swoich filmach potrafią to, w kwestii zdjęć, czego w innych filmach nie ma.

(Tu na marginesie warto podkreślić, że bardzo często autorami tych genialnych zdjęć są… polscy operatorzy filmowi).

Owe „to” polega na tym, że opowiadaną historię ogląda się jakby przez szybę i widz ma wrażenie (ba! pewność), że osobiście w niej uczestniczy.

Bo Yellowstone po obejrzeniu chce się oglądać po raz drugi itd. Tak właśnie jest z najlepszymi filmami. I co najważniejsze: nie ma w Yellowstone tej maniery, czy raczej „mody”, że akacja dzieje się – jak w niemal we wszystkich serialach, które aktualnie można spotkać w streamingu – po ciemku, a jeśli za dnia to z tendencją do ograniczania barw kolorów do pomarańczowego oraz niebiesko turkusowego.

Po drugie: bardzo podobał mi się australijski serial zrealizowany według powieści Trenta Daltona pt. Chłopiec pochłania wszechświat, to naprawdę piękny film. Pisałem zresztą o nim już kilka zdań w jednym z poprzednich zapisków.

Natomiast do trzeciego filmu przymierzałem się od kilku tygodni. Wyczytałem bowiem, że jest to „wyjątkowo smutny film”, że trzeba mieć „wyjątkowo mocne nerwy by go oglądać”, że jest „porażający w swojej wymowie”, że „ciężko patrzy się na tragedię młodych ludzi” itp. podobne androny domorosłych jegomościów, którym wydaje się, że są recenzentami filmowymi.

(Tu nawisem chciałbym podkreślić, że przed laty funkcjonowało tzw. „Dziewięciu Gniewnych Ludzi” tj. krytyków filmowych, z których opiniami można było się nie zgadzać, ale byli to krytycy co się zowie, którzy „pół życia spędzili w ciemnościach”, na salach kinowych, a poza tym byli to oczytani, bardzo inteligentni, bywalcy festiwali filmowych).

Tym filmem jest Śnieżne bractwo (La sociedad de la nie ve – 2023), 144 min., reż. Juan Antonio Garcia Bayona, zrealizowany według książki Towarzystwo śniegu urugwajskiego dziennikarza Pablo Vierciego. W Internecie można znaleźć opis, że jest to: i dreszczowiec, i film przygodowy, i biograficzny, i dramat, i thriller o przetrwaniu. Tak naprawdę jest to… dobry film wyprodukowany i zrealizowany nowoczesną techniką z wykorzystaniem m.in. rzeczywistości rozszerzonej.

A poza tym… nie ma dnia bym mimo „alertów pierwszego stopnia” oraz „czerwonej strefy ostrzeżeń” , gdzie ponoć wichry „wkraczają” i „powodują” nie udał się na przymorski spacer. Piszę ponoć, ponieważ nie odczuwam ani owego „wkraczania”, ani tym bardziej „powodowania”. Te wszystkie „alerty” i „ostrzeżenia” są mocno przesadzone.

No, trochę wieje, ale dlaczegoż to nie miałoby wiać w lutym oraz marcu? Niech się wywieje. Przynajmniej nie ma smogu ani smrodów.

3-4 lutego 2024 r.

[1] Jeszcze dalej niż Północ (Bienvenue chez les Ch’tis – 2008), 106 min., reż. Dany Boon.

[2] Poszukiwacze (The Searches – 1956), 119 min., reż. John Ford (VistaVision); Pojedynek w Corrali O.K. (Gunfight at the O.K. Corral – 1957), 122 min., reż. John Sturges (VistaVision); Biały Kanion (The Big Country – 1958), 165 min., reż. William Wyler (Technirama, czyli VistaVision); Ostatni pociąg z Gun Hill (Last Train from Gun Hill – 1959), 95 min., reż. John Sturges (VistaVision); Dwa oblicza zemsty (One-Eyed Jacks –1961), 141 min., reż. Marlon Brando (VistaVision).