ZGRYZOTA. RES CONTINUETUR

Już chyba nic nie zdoła mnie zadziwić, zaskoczyć itd. w sprawach tzw. stosunków międzyludzkich. Choćby ten i ów jednak nie wiadomo, co wymyślił to i tak życie pisze swoje… scenariusze, których człowiek nie potrafi przewidzieć.

(A swoją drogą owe „scenariusze” teraz są bardzo modne. Otworzysz telewizor – otwieram coraz rzadziej, prawie wcale – masz bezustannie mowę o jakichś „scenariuszach”. Jeśli jednak jest „scenariusz”, to gdzie „nowela filmowa”, gdzież „scenopis”?).

Jakiś czas temu zacząłem pisać opowiadanie, któremu dałem następujące motto „ – Wiesz co szefuniu? Jeżeli nie zadbasz o własne interesy, to ludzie pomogą ci tylko przy spuszczaniu trumny do grobu”. W ten sposób odzywa się Hud Bannon (Paul Newman) do swojego bratanka Lonnie Bannona (Brandon De Wilde) w filmie Martina Ritta Hud, syn farmera, 1963 r.

Ludzie bowiem sprawdzają się w sytuacjach trudnych. Od kiedy doznałem zgryzoty, nagle zamilkły telefony od przyjaciół i znajomych. (W., dzięki Ci za długą telefoniczną rozmowę i słowa otuchy. No, ale W. to wyjątek w oceanie obojętności). A w najbliższym otoczeniu słyszę: „Nie mam czasu”, „Mam swoje życie”, „To twoja sprawa” itd. Słowem: samo życie.

A ponadto czyż słowo „zgryzota” oddaje sytuację, w której się znalazłem? A poza tym ileż zgryzot dotyka innych. Wspominałem zresztą kilka słów o tym w poprzednim zapisku.

Pocieszenie na ten czas znajduję w… w czytaniu. Oto wypożyczyłem sobie dwie książki: Eseje Williama Butlera Yeatsa oraz Poetyka Williama B. Yeatsa i Kazimierza Wierzyńskiego: paralela Jolanty Dudek.

Przedtem przez zaledwie kilka dni przeczytałem Jerzego Stuhra Ja kontra bas oraz  Moje smoki na dobre i złe. Do lektury tych książek zachęcił mnie wywiad, który Jerzy Stuhr udzielił w jakimś programie telewizyjnym. Pomyślałem: mój rówieśnik, doznania zdrowotne niemal takie same, można zatem poczytać.

No i przyznam, że dość mocno się rozczarowałem. Wprawdzie obie książki napisane są dość gładką polszczyzną (za wyjątkiem częstego „Ale…” na początku zdań), to – po pierwsze – bardzo są do siebie podobne pod względem treści, a – po drugie – człowiek tak doświadczany w sztuce i tak bywały w świecie nie ma tak naprawdę nic ciekawego do opowiedzenia. I żeby jeszcze opisywał to w jakiejś interesującej formie.

Wprawdzie Moje smoki na dobre i złe zaczynają się intrygująco, bo Stuhr snuje przez ileś tam stron dość zawikłaną historię swoich koligacji rodzinnych, tak że trudno w końcu się „połapać” w ciotkach i dziadkach itd., ale potem, gdy autor idzie na studia wszystko staje się znane i banalne.

Dość ciekawy jest czas, gdy Stuhr jest aktorem Starego Teatru, ale poświęca tym latom, a zwłaszcza spektaklom, o których huczał wtedy cały teatralny świat, niewiele dość pobieżnie zapisanych stronic.

W obydwu książkach Stuhr przytacza te same anegdoty i zabawne przypadki ze swego życia estradowego i teatralnego. Czyżby w Moich smokach na dobre i złe aż tak bardzo nie pamiętał co pisał w nieco wcześniejszej Ja kontra bas?

Pamiętam Stuhra jako estradowca. Nie widziałem go w żadnej roli teatralnej. Natomiast jako kinofil z długim – i jeszcze dłuższym stażem – obejrzałem wszystkie, oczywiście, role filmowe Stuhra. Od razu powiem, że nie przepadałem ani za „kinem moralnego niepokoju”, ani za – tu zapewne moje wyznanie niektórych bardzo zadziwi – nie ceniłem sobie filmów Krzysztofa Kieślowskiego, przyjaciela Jerzego Stuhra.

Zresztą, któż teraz pamięta o owym „kinie moralnego niepokoju”? A i o Kieślowskim gdzieś tam, zapewne w szkołach filmowych przebąkują, gdzieś jeszcze urządzają „retrospektywy” jego filmów itd. Jego poetyka filmowa, a zwłaszcza tak skrupulatnie „podnoszona” „metafizyczność” do mnie jednak nie dociera.

Stuhr występuje z tym swoim Kontrabasistą już przeszło trzydzieści lat. Tłumaczy, że to wyłącznie na zapotrzebowanie widzów, dyskretnie tylko zaznacza, że na jego występ bilety są bardzo drogie. Po co Pan – Panie Stuhr – tak mąci? Przecież tu chodzi nade wszystko o „kasę” i to wcale o niemałą „kasę”. Wprawdzie okupioną dużym wysiłkiem, bo jest Pan już siedemdziesięciojednolatkiem, ale o kasę!

Jakim Jerzy Stuhr jest aktorem filmowym? Bo jak wiem? Takim sobie. Natomiast Jerzy Stuhr ma dużo żalu do rodzimej krytyki filmowej, że nie dostrzega jego dokonań, jako reżysera filmowego. No, bo jakże to tak: nagrody na zagranicznych festiwalach filmowych, półmilionowa publiczność na tym i owym filmie, a krytyka w ogóle nie dostrzega.

Panie Jerzy Stuhr, po co Panu ta reżyseria filmowa? Widziałem kilka filmów wyreżyserowanych przez Pana i jako skromny, szary kinofil ośmielam się napisać, że nie zrobiły one również na mnie żadnego wrażenia. Są to słabe, a nawet bardzo słabe artystycznie filmy. I niechże Pan przestanie pisać, jakie to nagrody otrzymały te filmy, na jakich to festiwalach. To najzwyczajniej nie wypada.         

Jakby mało było Stuhrowi reżyserowania, zabrał się także za pisanie. No bo przecież „klikać w komputer każdy może”. Pisze Pan, wydaje Pan bardzo podobne książki. Po co to Panu?

Żeby jednak nie było tak minorowo podobał mi się jeden fragment z Pana książki pt.  Ja kontra bas:

„Jest takie zdanie Picassa, które mnie fascynuje i jest moim mottem na życie: »Natchnienie? Owszem, istnieje coś takiego, czasem się zjawia – ale dobrze, żeby zastało artystę przy pracy«. A więc nawet taki artysta, którego dzieło – jak się dzisiaj dowiedziałem – zostało sprzedane z 180 milionów dolarów, uważał, że fundamentalna dla artysty jest praca. A czym jest praca dla artysty? Praca to wymyślenie, a następne żmudne dopracowywanie formy”.

No właśnie: „wymyślenie, a następne żmudne dopracowywanie formy”. Ileż ja mam do czynienia – jako czytelnik – z ową bylejakością, brakiem dbałości o styl, o formę. Biorę bowiem jakiś tekst do ręki i – każdy teraz jest jak nie „poetą”, to „pisarzem” – „coś” tam owi „poeci” i „pisarze” chcą opowiedzieć. Jakież to jednak niemal wszystko nieudolne myślowo, byle jakie stylistycznie, niedopracowane, bez jakiejkolwiek formy.

25 stycznia 2018 r.

Ps.

1. Czymże okrasić ten zapisek? Może… Cynowym Drwalem? („Czarnoksiężnik z Oz”; „The Wizard of Oz”, 1939 r., 98 min., reż. King Vidor; w woli Cynowego Drwala – Jack Haley).

Jeszcze bowiem mam w uszach metaliczny pogłos zainstalowanych na próbę aparatów słuchowych. Firma, która zaproponowała mi wypróbowanie owych aparatów zechciała abym wyraził swoją opinię. Napisałem zatem jak jest: że aparaty słuchowe potęgują aż do bólu, aż nie do wytrzymania wszelkie hałasy; że słychać – zwielokrotnione – wszelkie szelesty i stąpnięcia; że mam pewność jakbym miał głowę w metalowej beczce lub w wiadrze (stąd cynowy pogłos) itd. A nade wszystko owe aparaty słuchowe w nawet najmniejszym stopniu nie poprawiają odbioru treści rozmów.

(Inna sprawa, że ludzie mówią niechlujnie. Bełkot, mamrotanie i fatalne akcentowanie to, niestety, codzienność).

Firma „oczywiście, na mnie… „się obraziła”. Jakie to zatem wszystko… „polskie”.

2. Co do owego bełkotu i mamrotania. Co dziwić się zwykłym ludziom. Zachciało mi się oglądać Pokot Agnieszki Holland. Nie dosyć, że film bardzo marny (no, krajobrazy są piękne), to gdyby nie napisy, za nic nie można pojąć, o czym ci polscy aktorzy(!) po polsku mówią. Z ekranu bowiem dobiegało tylko bełkotanie i mamrotanie.