ZAPISEK O SZTUCE PISANIA (I NIE TYLKO…)

Spadły już ostatnie rajskie jabłuszka… Listopad, a jeszcze tak niedawno był piękny październik. Wyjrzysz przez okno, wydaje się, że jest cisza i spokój, i czas na spacer, a tu tymczasem od razu pojawia się ziąb i natrafiasz na ten charakterystyczny mroźno-zdradliwy „wiaterek”, który gdzie byś nie szedł zawsze wieje ci w twarz.

Ziąb zatem i nie dziwota, że wszyscy siedzą po domach. Nawet biegaczy odzianych w modne kalesonki nie uświadczysz.

Prawie codziennie rano słucham w radiu przeglądu prasy i jeżeli usłyszę coś ciekawego kupuję tę lub tamtą gazetę. Otóż bodajże w czwartek (7 listopada bm.) usłyszałem w „dwójce” kilka zdań o „sztuce pisania”. Kupiłem zatem gazetę z tym artykułem („Gazeta Wyborcza”, Magazyn reporterów „Duży format”, nr 45/1052, 7 XI 2013, Krzysztof Varga Kubuś Puchatek  literatury, czyli chcemy wiecej miodu, s. 3) i przeczytałem oraz podkreśliłem następujące zdanie:

„Problem raczej polega na tym – i jest to problem nabrzmiewający – że coraz więcej ludzi nie oczekuje od literatury, aby była literaturą, tylko czymś zupełnie innym, z literaturą jako sztuką pisania niemającym w zasadzie nic wspólnego; literatura jako sztuka pisania odchodzi powoli w niesławie”.

Wyjątkowo zgadzam się z autorem tej wypowiedzi. Nie zwróciłbym, oczywiście, na nią uwagę, gdyby nie to, że przedtem usłyszałam o niej w radiu.

(Tak, na marginesie, to nie czytam felietonów tego autora. Nie cenię sobie tego autora jako prozaika. A zgłoszenie jego ostatniej „powieści” o jakichś wiórach, czy czymś podobnym, do Nagrody Nike uważam za co najmniej nieporozumienie. Zresztą próbowałem przebrnąć przez tę „powieść”.

Oto co o niej pisałem w zapisku pt. Nareszcie nad jeziorem datowanym na 10 września 2012 r.: „Najpierw nalegano na mnie abym „coś” napisał o bardzo wychwalanym ostatnio w środkach masowego przekazu „prozatorskim majstersztyku”. Zraził mnie jednak ów „majstersztyk” już od pierwszych zdań tym, że jest utrzymany „w kolorach rozwolnienia i rzygowin”. A poza tym ileż można czytać o „popierdywaniu”, „gównach” i „gnoju” odmienianych na wszystkie przypadki?”).

Cóż to jest ta owa „sztuka pisania”. Otóż nie polega ona jedynie na wydawaniu książek napisanych przez „zapełniaczy papieru”. Książek owych „pisarzy” można napotkać w bród w każdej bez wyjątku księgarni. A piszą teraz niemal wszyscy. Tak jak niemal wszyscy potrafią śpiewać, co można stwierdzić, gdy włączy się radio lub telewizor.

Sztuka pisania. To taka umiejętność, to taki stan, gdy wiesz nie tylko „co” masz, napisać, ale nade wszystko „jak” masz napisać i żeby to było dla kogoś (czyli dla odbiorcy jeśli także pamiętasz o narratorze i narracji), a nade wszystko żeby to było nie tylko dla „tu i teraz”, lecz także „poza”/”ponad” ten tu czas i „poza”/”ponad” to miejsce, w którym jesteś. Przykład takiej książki? Proszę bardzo: Władca much (1954) Williama Goldinga (1911-1954).    

Za każdym razem, gdy zajdę do mojej biblioteki napotykam w holu, gdzie można wypić kawę, długi stół, na którym leżą na stosie przeróżne książki, w tym przewaga „powieści” i „prozy”. Można w tych książkach przebierać i wziąć sobie ile kto chce. Całe stosy „powieści”, których nikt nie przeczytał. Dla kogo i po co były pisane?

Kilka dni zwlekałem z lekturą zbioru opowiadań Drogie życie tegorocznej noblistki Alice Munro. Spodziewałem się wyśmienitej prozy. Z książki liczącej trochę więcej niż 400 stron przeczytałem jedną czwartą, czyli dwa opowiadania. Może oczekiwałem zbyt wiele, a może czytałem zbyt uważnie (z ołówkiem w dłoni), bo nie dostrzegłem w tych opowiadaniach niczego interesującego. Nie wiem, poza tym, albo jestem zbyt wymagający, albo polszczyzna tłumaczenia jest teraz coraz bardziej byle jaka, no bo ileż można zdzierżyć zdań rozpoczynających się od: „Ale…”, „Kiedy…”, i „Gdy…”? Czy tego w wydawnictwach nikt nie widzi? Jest to kolejna książka tłumaczona „na chybcika”. Pożegnałem się bez żalu z Alice Munro. Może ktoś inny zachwyci się jej opowiadaniami?

Za to sporą satysfakcję przyniosły mi projekcje kilku filmów. Jeden to „staroć” sprzed lat tj. Lord Jim (1965), 154 min., reż. Richard Brooks (1912–1992) z takimi aktorami jak: Peter O’Toole w roli Lorda Jima, Jack Hawkins w roli Marlowa, Eli Wallach w roli Generała, Curd Jürgens w roli Corneliusa, James Mason w roli Gentelmana Browna. Gdzież teraz szukać takich wyśmienitych aktorów? A poza tym Richard Brooks to jednak „firma”.

Podobał mi się także amerykański film pt. Decydujący głos (Recount – 2008), 115 min., reż. Jay Roach. O, tak, Amerykanie potrafią robić takie filmowe majstersztyki.

Bardzo podobał mi się również fiński film pt. Pewnego razu na północy (Härmä – 2012), 128 min., reż. Jukka–Pekka Siili. Świetne, „krwiste” (dosłownie) kino z całą plejadą młodych, utalentowanych aktorów: Lauri Tilkanen, Aku Hirviniemi, Eero Milonoff, Pamela Tola i inni. No i jeszcze te cudowne zdjęcia. (Ja chcę jechać do Finlandii i zobaczyć te pejzaże i łąki!). Czyż w Polsce nie można by nakręcić takiego filmu? Ja, osobiście, w to coraz bardziej wątpię, chociaż mamy i utalentowanych aktorów, i świetnych operatorów, i…

Fiński film kończył się prawie o północy, więc dla uspokojenia, przed snem, puściłem sobie DVD z Jackie Evancho.

Jeśli dopadną cię, czytelniku tych zapisków, jesienne, listopadowe depresje, jeśli będziesz miał dosyć ziąbu płynącego zewsząd, jeśli zabraknie ci listopadowego Słońca, jeżeli nie znajdziesz książki do czytania, ani filmu, który będzie nadawał się do oglądania, jeżeli będziesz miał wszystkiego dosyć… posłuchaj śpiewu Jackie Evancho.

Wejdź na You Toube i zobacz, posłuchaj jak ona śpiewa. Gwarantuję co najmniej poprawę nastroju. Taki cud jak głos, jak śpiew Jackie Evancho zdarza się tylko raz…

11 listopada 2013 r.