ZALEDWIE TRZY WIERSZE

W 2003 r., a zatem  prawie osiemnaście(!) lat temu Julia Hartwig (1921-2017) wydała w Wydawnictwie Sic! w Warszawie Antologię Poetek Amerykańskich pt. Dzikie brzoskwinie. Antologia ta licząca sobie – razem ze wstępem, spisem treści oraz dodatkiem biograficznym zaledwie stron 152 „obejmuje – jak pisze we wstępie autorka Antologii – utwory dwudziestu sześciu poetek amerykańskich, od Emily Dickinson po współcześnie piszące – Ann Lauterbach, Jorie Graham i Jane Hirshfield”.

Dwadzieścia sześć(!) poetek. Czy w tak niedużej objętościowo książce można przedstawić twórczość aż tylu poetek? Z drugiej strony ktoś mógłby powiedzieć, że to lepsze niż nic.

Rzeczywiście, gdyby nie trzy(!) wiersze w tłumaczeniu Julii Hartwig polski czytelnik poezji amerykańskiej nie wiedziałby nic a nic o twórczości najnowszej noblistki tj. Louise Glück.

A swoją drogą są wydawane tysiące (a może nawet dziesiątki tysięcy) niepotrzebnych tomików wierszy, w których nie ma ani myśli ani uczuć. A tu noblistka ma zaledwie trzy wiersze wydane w Polsce.

Być może teraz, po Noblu, sypną się jakieś tłumaczenia Louise Glück, ale zapewne będą one dokonywane na chybcika, byle jak. Ileż to bowiem razy brałem do ręki tomik poezji obcojęzycznej i rzadko, bardzo rzadko tłumaczenia oddawały sens oryginałów. No tak, mógłby ktoś powiedzieć, trzeba się było uczyć języków obcych. Kto teraz jednak zna i angielski, i francuski, i rosyjski, a na dobitkę jeszcze łacinę, nie wspominając już o grece. We współczesnej poezji polskiej nie uświadczysz nie tylko myśli i uczuć, ale także śladu lektur chociażby Wergiliusza, czy Horacego.

A co do samego literackiego Nobla, to jeśli tę nagrodę otrzymał m.in. Dario Fo, Elfriede Jelinek czy Bob Dylan, to coraz bardziej traci ona na znaczeniu, nie wspominając o kontekstach politycznych, w jakich jest przyznawana. A i tak bardzo wiele piszących osób chciałoby Nobla otrzymać.

Wiersze Louise Glück jednak podobały mi się. Zapewne jest to także zasługa samej tłumaczki. Oto jeden z tych utworów:

 

CZAS

 

Zawsze było za dużo, potem za mało.

Dzieciństwo, choroba.

Obok łóżka miałam dzwonek –

po drugiej stronie dzwonka była matka.

 

Choroba, szary deszcz. Uśpione deszczem psy. Spały na łóżku

w nogach, i wydawało mi się, że rozumiały

czym jest dzieciństwo: najlepiej trwać w nieświadomości.

 

Deszcz zostawiał na oknach szare smugi.

Siedziałam z książką, obok mnie dzwonek.

Nie słysząc głosów, wprawiałam się w obcowanie z głosem.

Nie dostrzegając śladów ducha, upewniłam się w chęci,

by żyć duchem.

 

Deszcz wzmagał się lub cichł.

Miesiąc za miesiącem jak jeden długi dzień.

Rzeczy stawały się snami, sny rzeczami.

 

Potem wydobrzałam; dzwonek wrócił do kredensu.

Przestał padać deszcz. Psy wystawały przed drzwiami

domagając się wyjścia.

 

Wydobrzałam, a potem stałam się dorosła.

I czas wzbierał – jak deszcz

było go tyle, tyle jakby przemienił się w ciężar nie do podźwignięcia.

 

Byłam dzieckiem, żyjąc jakby w półśnie.

Byłam chora; otoczona opieką.

I żyłam w świecie ducha,

W świecie szarego deszczu,

zagubionym, zapamiętanym.

 

I nagle pojawiło się słońce.

Poruszył się czas, choć niewiele go już pozostało.

I to co przeżywane stawało się zapamiętywanym,

a zapamiętywane przeżywanym.

 

Piękna poezja!

Natomiast co do samej Julii Hartwig, to bardzo sobie ceniłem jej wiersze z wczesnej fazy twórczości. Kiedyś jednak przeczytałem jej dzienniki podróży, eseje wspomnieniowe i felietony. I po tych lekturach nastąpiło wielkie rozczarowanie. Oczekiwałem notatek czy też zapisków na temat warsztatu poetyckiego, lektur, przemyśleń, refleksji itd., a tymczasem są to nade wszystko sprawozdania z m.in. „kolacyjek” oraz kogo zna lub kogo spotkała na różnych zebraniach itd. A z francuskich wspomnień dowiedziałem się, że uwielbia… przegrzebki (fuj!) i znowu, że spotkała tego i owego, owego i tego, tego i owego.

Nie wiem czy mimo aż tylu znajomości, po pobytach w m.in. w Stanach i we Francji miała jakąkolwiek szansę na Nobla, ale chyba bardzo jej zależało na… Nike. Startowała aż cztery razy i skończyło się tylko na nominacjach. W swoim dzienniku bezustannie przymila się do Adasia, a ten jakoś jej Nike przyznać nie chciał.

Otrzymała tuż przed śmiercią 200.000 zł (dwieście tysięcy złotych) jako nagrodę Szymborskiej, ale chyba wywiozła je do rodziny do Ameryki. Nie chciałbym być złośliwy, ale nawet nie zaproponowała jakiegoś stypendium dla młodego polskiego poety.

A ponadto te stu czy też dwustutysięczne nagrody powinny być przyznawane poetom w średnim wieku tak, aby ich „docenić”, jak to się popularnie mówi, a nade wszystko aby przez jakiś czas mieli z czego żyć i aby mieli chęci tworzyć dalej.

(No bo co po tym poetom, że są obsypywani np. medalami Zasłużony Kulturze „Gloria Artis” jeśli z takim „docenieniem” nie wiąże się choćby najskromniejsza finansowa gratyfikacja. Taki – przykładowo – brązowy medal nie jest z brązu, więc nawet go nie można spieniężyć. A jeść, opłacać wizyty lekarskie, kupować lekarstwa itd. jednak trzeba.

A zloty medal jest z jakiegoś… tombaku, czyli to „absolutnych fajans” jak mawia mój znajomy B. dr hab. nauk technicznych, na określenie czegoś lichego. A noblowski medal to jednak chyba szczere złoto).

Przeogromne ilości wierszy pisano w XIX wieku. Ile z tego się ostało? Niewiele. A i teraz niemal wszyscy piszą na potęgę. Ostatnio znowu otrzymałem jakiś kwartalnik poetycki, nabity „poezjami”, bo strona po stronie tylko wiersze i wiersze drukowane coraz mniejszą czcionką tak, aby tych wierszy zmieściło się jak najwięcej. I już nawet nie chce mi się podkreślać błędów językowych, bezmyślności i słowolejstwa.

Wolę, póki co (dopóki nie pojawi się więcej tłumaczeń) sięgnąć do trzech wierszy Louise Glück. Albo spróbuję jednak zaopatrzyć się w oryginały.

3-6 stycznia 2021 r.