ZA KAŻDYM RAZEM…

Za każdym razem, gdy udaję się na tzw. ryneczek po owoce i warzywa, obserwuję następujące zjawisko: otóż przeważnie starsze panie (ale także i prawie wszystkie inne osoby) przewalają, przewracają a nade wszystko grzebią i grzebią, i grzebią tak jakby gdzieś na dnie skrzynki znajdowały się bardziej świeże warzywa albo bardziej dojrzałe owoce.

Te wszystkie warzywa i owoce zdaniem kupców są „świeżutkie”, bo przecież przywiezione bardzo wczesnym rankiem. Tak  naprawdę są one nie pierwszej świeżości a zazwyczaj zwiędnięte, sparciałe, bez smaku, nadgniłe.

Obserwując takie, i podobne scenki, myślę za każdym razem, że zamiast tracić czas na przyjście na ryneczek, na stanie w kolejce, a nade wszystko na grzebanie po stoiskach i skrzynkach, ten czas owe osoby mogły przeznaczyć na pielęgnowanie swojego ogródka.

Nigdy nie zapomnę widoku, a nade wszystko zapachu i smaku owoców i warzyw z naszego, na Poznańskiej, przydomowego ogródka. Bo ja pół mojego dotychczasowego życia spędziłem w takim domku z przydomowym ogródkiem. Jak się bowiem jechało pociągiem z Malborka do Warszawy to zaraz za Malborkiem jest osiedle zwane teraz (nie wiedzieć czemu) Międzytorzem, a dawniej (także nie wiedzieć czemu) Nową Wsią.

Przedmieście to dawniej całe skąpane w sadach i ogrodach nic nie miało wspólnego ze wsią. Położone jest między torami prowadzącymi na Warszawę, a torami prowadzącymi na Toruń. Z tym, że teraz połączenia torowego na Toruń nie ma (więc jakie to Międzytorze?). Z oddali widać było czerwone dachówki naszego domu i jego białe ściany. Był to niemal przysłowiowy „mały, biały domek”.

(W 1999 r. domek ten moi Rodzice sprzedali i przenieśli się, by mieszkać „po pańsku” do miasta. Nowi właściciele tak go przebudowali, że po „małym, białym domku” nie został nawet ślad. Zresztą po Poznańskiej moich czasów niewiele zostało. Wszędzie pojawiły się mury, druty, ogrodzenia. Za przydomowymi ogródkami powstały tzw. „ogródki działkowe”.

Sadzawka zarosła, Rzeczka przemieniła się w jakiś ściek, tzw. Spalony Majątek zabetonowano.

Dawniej za ogrodem otwierała się otwarta przestrzeń pól i można było iść aż do jeziora na Dąbrówce, na Południe, gdzie się tylko chciało).

A warzywa? Smak rzodkiewek czy cebulki albo młodego czosnku wyrwanych prosto z ziemi i umytych pod kranem nad beczką w ogrodzie był niepowtarzalny. Pomidory pachniały powietrzem i Słońcem. Pomidory kupowane teraz np. w biedronce nazywam „pancernymi”, ponieważ są zawsze twarde, bez smaku, a nade wszystko nawet po oparzeniu gorącą wodą nie chce z nich zejść skórka. Prawdziwy smak ogórków zerwanych z grządki jest lekko słodkawy, a same ogórki jędrne i chrupkie. A te kupowane na ryneczku są gorzkie i sparciałe.

No, a przykładowo jabłka: czy ktoś słyszał o cytrynówkach? Była to niewielka jabłonka rosnąca w tzw. „szyjce”, czyli przestrzeni ogrodu między domem a leszczyną. Niewielkie jabłka dojrzewały zazwyczaj późnym latem. A smak wygrzanych w Słońcu cytrynówek niezwykły. Były bardzo soczyste, winne i można było je jeść i jeść. A papierówki? Te sprzedawane w mieście, zazwyczaj są zielone i kwaśne oraz jakby nadwiędnięte, nie nadają się praktycznie do jedzenia. Bo nasza tzw. „poniemiecka” papierówka była ogromna. Jej jabłek, szczególnie na tych najwyższych gałęziach trzeba było pilnować przed szpakami. A potem okazało się, że jedno jabłko, jedna papierówka, ważyła nawet… pół(!) kilograma.

Pisząc o grzebaniu niektórych osób po stoiskach z warzywami i owocami jako żywo zawsze wydaje mi się, że i ja… „grzebię” wśród książek bezustannie poszukując, wyczekując literackiego arcydzieła.

I tak jak co jakiś czas odnajduję w internetowych muzeach, wspaniałe niepowtarzalne, lecz zapomniane malarstwo (np. impresjonizm amerykański), tak intuicyjnie wyczuwam, jako czytelnik z długim, i jeszcze dłuższym, stażem, że gdzieś po bibliotekach, ba! może nawet w księgarniach, istnieją nadające się do czytania książki a może nawet arcydzieła.

Tymczasem wciąż spotyka mnie rozczarowanie za rozczarowaniem. Mógłbym tu podać tytuły przynajmniej kilkunastu książek, które ostatnio próbowałem czytać. Niestety, nie nadają się do czytania. (Po zagięciach, czyli tzw. „uszach” widzę, że któryś z czytelników nie zdzierżył także ssącej nudy i nieporadności takiej czy innej „powieści”).

A współczesne tomiki poezji? Tu już nawet nie zdumiewa brak „myśli i uczuć”, brak jakiejkolwiek formy i treści, lecz bezdenna wręcz głupota, gdy „poeta” pisze (cytuję w całości): najpierw tytuł, czyli Jak każdego ranka Ewa przegląda gazetę. A treść utworu brzmi następująco: „Polska… kurwa / jego mać – mówi rzucając / gazetę na podłogę / jak każdego ranka”. Mało tego, tomik zawierający takie i podobnej treści utwory, został nominowany do poważnej nagrody literackiej.

A w zbiorku znanej poetki można znaleźć taki oto utwór: „znudzoną krowę / ze znudzonym wzrokiem / wklejono w pastwiska / żuławskich pejzaży / mleczna dama / z wdzięczności / bąki zbija / ogonem”.

Uważam, że współczesna polska poezja została definitywnie pogrzebana (to a propos… grzebania, a poza tym brzmi jakby funeralnie, a więc na czasie) przez taką, jak wyżej podałem, przykłady twórczość poetycką.

21-27 października 2021 r.