PAŹDZIERNIK

Jakże nie nazwać zapisku o październiku, jak nie właśnie… „październik”. Bo zaiste październik – jeśli chce – może być najpiękniejszym miesiącem roku. Teraz właśnie doświadczamy – piszę „my” myśląc o mieszkańcach dzielnicy Chełm i tych na południe od Gdańska – od prawie dwóch tygodni piękna października.

Ja osobiście podziwiam cuda barw – niewysłowione – krzewu pigwy tuż za moim oknem. Trochę tylko mi doskwiera ten mroźny wiatr wiejący z południa. Słońce jest jednak jeszcze gorące, szkoda, że w tym roku nie ma zdaje się szans na ciepłą „złotą polską jesień”.

Korzystając zatem z przepięknej październikowej pogody w niedzielę (10 bm.) wybrałem się na długi spacer do Parku Oruńskiego, a potem dalej, jeszcze dalej na południe i zachód. I znowu jacyś durnie (no bo jak ich nazwać) popozostawiali hulajnogi na środku chodników. Uważam, że służby sprzątające powinny te wszystkie porzucone hulajnogi wywieźć na śmieci. Kto w ogóle pozwala na porzucanie hulajnóg byle gdzie?

A skoro już jestem przy absurdach, od jakiegoś czasu obserwuję przedziwne zjawisko. Otóż zauważyłem przed szkołami babcie i dziadków czekających na swoich pierwszaków. A potem babcie i dziadkowie niosą tornistry.

Któregoś razu nie wytrzymałem i zapytałem jakiegoś dziadka:

– Dlaczego niesie pan tornister wnuczka?

– A bo, panie ciężki jest – usłyszałem w odpowiedzi.

– A pamięta pan by ktoś za nas nosił tornistry? – dalej pytałem.

– Panie, no ciężki taki tornister jest. Książek tyle. I zeszyty.

– To po co brać wszystkie książki. Wystarczy tylko te, które są w tym dniu potrzebne.

– Wisz pan co, idź pan sobie, no idź – opowiedział poirytowany dziadek.

Innego dnia przysiadłszy na ławeczce, zauważyłem jak jakaś mamuśka obładowana siatkami i tornistrem pociechy szła obok zadowolonego, wcale nie pierwszaka, synka, który popisywał się jazdą na hulajnodze.

Jeśli już jestem przy książkach, to – z jednej strony – nie mogę nadziwić się ich ilości. A z drugiej strony stwierdzam – ja, czytelnik z bardzo, bardzo długim stażem – że coraz więcej książek nie nadaje się do czytania. Mógłbym tu wymienić co najmniej kilkanaście(!) książek, które ostatnio próbowałem czytać i nie mogłem zdzierżyć nikłej treści i byle jakiej formy.

A poza tym po co i dla kogo te książki są pisane i wydawane. Okazuje się bowiem, że nakład „poczytnej”(!) książki to teraz… 300 (trzysta) egzemplarzy. A 5000 (pięć tysięcy) to nakład „olbrzymi”, dostępny co najwyżej niektórym noblistom lub autorom kryminałów.

A przecież nakład podstawowy(!) mojej debiutanckiej książki (i następnej), wynosił  po 10.000 (dziesięć tysięcy) egzemplarzy. Mało tego, autor otrzymywał wcale nie takie małe honorarium. To działo się podczas tzw. wyszydzanego… „komunizmu”. A teraz mamy ten tak wytęskniony „kapitalizm”, w którym chodzi tylko o to aby autora oszukać, a nade wszystko aby na nim zarobić. Liczy się wyłącznie zarobek dla wydawcy (wydawnictwa). Autor otrzymuje ochłapy nawet wtedy, gdy wyda książkę własnym sumptem.

(Dostrzegłem, że niektórzy m.in. literaci szczycą się w swoich życiorysach „walką z komuną”, „walką o wolność”, w ogóle swoim kombatanctwem w postaci roznoszonych „wolnościowych” ulotek, za co zostali obwieszeni orderami i medalami. Czy walczyli o tę pokraczną, absurdalną rzeczywistość, którą teraz można dostrzec na każdym kroku?).

A teraz małe porównanie dziwów polskiej „kapitalistycznej” rzeczywistości.

Za cztery opowiadania liczące sześćdziesiąt stron znormalizowanego maszynopisu otrzymałem honorarium w wysokości 800 (osiemset) zł brutto. Opowiadania te pisałem kilka miesięcy.

Podczas niedawnego małego remontu kuchni pan hydraulik tylko za robociznę i dwugodzinną wizytę zażyczył sobie… 800 (osiemset) złotych na rękę.

W czasie pobytu w Światowym Centrum Słuchu w Kajetanach dobrano mi, do stanu mojego słuchu, aparaty, których koszt wynosi, jak się okazuje… 16.000 zł (szesnaście tysięcy złotych). Moja emeryturka to 1.409,69 zł (jeden tysiąc czterysta dziewięć złotych i sześćdziesiąt dziewięć groszy). Nawet gdybym napisał i wydal bestseller, to w polskiej wydawniczej rzeczywistości honorarium w wysokości 16.000 zł jest niemożliwe do otrzymania. (Zresztą tzw. bestsellerami są teraz zawalone księgarnie).

Co pozostaje? Póki co zachwyt październikiem. Wciąż szukam książek nadających się do czytania. Telewizji nie oglądam, bo tam tylko piąta (a może już szósta) „fala epidemii”, bezustanny bełkot i reklamy.

Wczoraj wprawdzie włączyłem telewizor na mecz Polska – Albania (Na Netflixie nudy tj. filmy z „gunami”, kopulacją i narkotykami).

Zastanawiałem się – oglądając ten mecz – czy może być coś bardziej beznadziejnego niż taka gra w piłkę nożną.

– Panie, wczoraj wziął mnie taki wkurw, gdy oglądałem grę tych naszych orłów, że wyłączyłem w cholerę telewizor – usłyszałem od napotkanego znajomego.

Póki co trwa jeszcze, wprawdzie coraz bardziej zimny, październik

13 października 2021 r.

Ps. 1. Na Netflixie tak naprawdę nie ma co oglądać. Trzeba tygodniami czekać na coś nowego. Ostatnio pojawiły się – po szwedzkich i rumuńskich – filmy… belgijskie. Jako kinofil z długim – i jeszcze dłuższym – stażem radziłbym aby te dzieła sobie „odpuścić”.

Natomiast obejrzałem Hiacynta, wokół którego ostatnio jest tyle szumu. No cóż: oglądałem z, oczywiście, napisami (polski film!), bo nie dało się zrozumieć co aktorzy bełkoczą. A poza tym jest to jeszcze jeden film z serii: ciemno, nuda i kopulacja (no i „kurwa” na „kurwie” w odzywkach).

Nudny, naprawdę nudny film. A poza tym nie mogę zrozumieć dlaczego te wszystkie „mocne” albo o trudniejszej tematyce filmy muszą koniecznie dziać się prawie po ciemku.

I jeszcze ta „muzyka”: jakieś pochlapywanie, poklapywanie. To ma być muzyka filmowa?     

A poza tym nie rozumiem dlaczego we współczesnej kinematografii jest aż tyle scen z kopulacją, czyli aktami płciowymi, czyli spółkowaniem.

Ani to nie jest pokazane w intersujący sposób, ani nie wiadomo do czego służy. Gdyby z filmów powycinać sceny z: myciem zębów, dyskoteką i właśnie kopulacją, to niewiele by z nich zostało.

Chciałbym wreszcie zobaczyć film o uczuciach, o miłości bez kopulacji co dziesięć minut.

Za to podobał mi się niemiecki miniserial pt. Kod wart miliard dolarów. Intersująco i sprawnie nakręcony serial o ciekawej tematyce. Bardzo dobrze mi się oglądało. A te różne straszliwie nudne i rozwleczone Kasztanowe ludziki chciałbym potraktować milczeniem.

Ps. 2.

Dzisiaj rano aby sprawdzić prognozę pogody włączyłem telewizor. Akurat trafiłem przedtem na wypowiedź jednej w ważnych osób,  która na pytanie o sytuację na granicy polsko- białoruskiej tak oto perorowała:

„…eee ciężko eee powiedzieć co tam się eee yyy eee dzieje. Kluczowa eee yyy eee wydaje się eee yyy eee sytuacja eee yyy eee gdy zaczną eee yyy eee wkraczać eee yyy eee chłody. Na razie eee yyy eee nie wykraczamy eee yyy eee poza eee unijne yyy przepisy. Codziennie eee yyy eee staramy się eee yyy eee wkraczać z kluczowymi lekarstwami. Ciężko eee yyy eee zrozumieć eee yyy eee dlaczego eee yyy eee migranci nie chcą eee yyy eee takiej pomocy.”

Ps. 3. A co do owego „wkraczania”, czy też „wykraczania” albo „przekraczania”, to Słownik Języka Polskiego proponuje następujące rymy: „przekracza okracza sracza”.

14 października 2021 r.