„YOU’LL NEVER WALK ALONE”

 

1950_Przeznaczenie-pani-Yuki,1

Kenzji Mizoguchi (1898–1965) oraz Ang Lee (1954) „uratowali” mnie po filmie Body/Ciało (2015), 90 min., Małgorzaty Szumowskiej. Spodziewałem się bowiem arcydzieła, lecz – nic na to nie poradzę – nie podobał mi się film Małgorzaty Szumowskiej. Niby i w tym obrazie jest – jak to się kolokwialnie mówi – „wszystko w porządku”. Dla ścisłości: prawie wszystko w porządku.

No bo i zdjęcia są takie jak się należy i Janusz Gajos – znakomity tym razem jako Prokurator itd. tylko, że i ten film jest, moim zdaniem, o… niczym i zrealizowany został jakoś tak, że nic mnie przedstawione w nim problemy zupełnie nie zainteresowały. Nawet chciałem wyjść z kina już po pół godzinie. Czekałem jednak: że może za chwilę, że coś w końcu się wydarzy, że coś mnie zachwyci. No i się nie doczekałem.

Zaczytałem się o tym filmie pochwalnych recenzji i omówień bez liku. A to, że Pawlikowski poradził przenieść ostatnią scenę i pokazać ją jako pierwszą, a to, że ten film „chwyta za gardło” itd.

Spodziewałem się po tej pierwszej, „kluczowej”, scenie z wisielcem czegoś poruszającego. Tymczasem nie ma w niej nic nadzwyczajnego. Oto Prokurator jedzie na miejsce tragedii. Pokazane jest to z jego punktu widzenia. W jakimś lasku wisi na drzewie człowiek, który w ogóle nie wygląda na wisielca. Po chwili ktoś bierze nóż, wspina się po drabinie (ujęcie jest od góry) i odcina wisielca, który… spada na ziemię. A potem widać (ujęcie także z góry) jak Prokurator o czymś rozmawia, a wisielec nagle ożywa i odchodzi sobie w stronę rzeki. Kompletny bezsens, który „ustawia”, w takimż bezsensie, cały film.

Przepraszam, ale czy pani Szumowska widziała kiedykolwiek wisielca? I czyż w ten sposób zdejmuje się wisielca jak to zostało pokazane w filmie? Mogła to być przejmująca scena, a wyszło nieprzekonująco, wręcz… byle jak.

No i jeszcze ta pokraczna Kochanka Prokuratora (Ewa Dałkowska). I to traktowanie ojca przez córkę: „Chciałabym mu przyjebać”, „Po chuj mnie tu przyprowadziłeś”? itd. No i ta scena z obrzydliwie obślinionym psem. Z każdej niemal sceny wyziera sztuczność, nienaturalność i, niestety, przeraźliwa nuda.

Za to cały film kończy się „ładnie”: ojciec i córka siedzą naprzeciw siebie i coraz głośniej rozbrzmiewa melodia – ni przypiął, ni przyłatał – You’ll never walk alone, która bardziej kojarzy mi się z hymnem klubu piłkarskiego niż z musicalową piosenką (Carousel – 1945, muzyka Richard Rodgers, słowa Oscar Hammerstein II).

 Byłem po tym filmie tak rozeźlony i filmowo wyposzczony, że nie wiedziałem co może ukoić mój zły nastrój. Oto jednak wypatrzyłem na TVP Kultura film Kenji Mizoguchiego Przeznaczenie pani Yuki (Yuki fujin ezu – 1950). Ach, cóż to za wysmakowane dzieło. Oglądałem go z największą przyjemnością i radością. A na drugi dzień natrafiłem jeszcze na Anga Lee Jedz i pij mężczyzno i kobieto (Yin shi nan nu – 1994). Film Mizoguchiego ma lat przeszło sześćdziesiąt, Lee – przeszło dwadzieścia, jednak w ogóle się nie zestarzały. To świadczy o klasie reżyserii Mizoguchiego i Lee.

    A po filmie Szumowskiej pozostanie mi „tylko” piosenka z musicalu Carousel. Piosenka, którą jako własną „przytulili” jako swój hymn kibice klubów piłkarskich.

    Nie mniej jest to rzeczywiście piękna, i ponadczasowa, piosenka. Warto jej posłuchać.

 

YOU’LL NEVER WALK ALONE

 

When you walk through a storm,

Hold your head up high,
And don’t be afraid of the dark.
At the end of a storm,
There’s a golden sky,
And the sweet silver song of a lark.
Walk on through the wind, Walk on through the rain,
Though your dreams be tossed and blown,
Walk on, walk on, with hope in your heart,
And you’ll never walk alone…You,ll never walk alone.
Walk on, walk on, with hope in your heart,
And you’ll never walk alone,
You’ll never walk alone.

 

            9 marca 2015 r.