78:33

78:33, czyli słownie: siedemdziesiąt osiem minut i trzydzieści trzy sekundy łącznie z czołówką i napisami końcowymi trwa film Ida. Właściwie nawet jeszcze krócej.

Rzecz jednak nie w długości filmu, ale w jego… arcydzielności. Już pisałem o tym, że zabierałem się do oglądania tego filmu, z DVD, chyba z dziesięć razy. Za każdym razem jednak po mniej więcej dziesięciu minutach miałem dość, ponieważ jego „warstwa słowna” jest prawie niesłyszalna. Słowem: zamiast rozmów słychać jakieś mamrotanie.  

Jest jednak przecież Oscar, którego nie otrzymał ani Polański (przegrał wtedy, tj. w 1963 r., z Fellinim i jego 8 i ½ ), ani Kawalerowicz, ani Hoffman (za Potop), ani Holland, ani nawet Wajda (Oscar za całokształt to jednak nie to samo co za osobny film).

Trzeba się cieszyć z Oscara jak powiada jeden z moich znajomych, który Idę ocenia (w skali od 1 do 6) na 3, a więc raczej cienko. Natomiast i ja w końcu się przemogłem i obejrzałem ten film od początku do końca. Zrobiłem w „ustawieniach” wszystko, co tylko możliwe a i tak z rozmów docierało do mnie tylko piąte przez dziesiąte. Jestem jednak zwolennikiem nie gadaniny, lecz obrazów. Opowiedzieć jakąś historię w obrazach to dopiero jest sztuka. A Ida otrzymała także nominację za zdjęcia. 

Oglądam zatem film. Z rozmów dociera do mnie piąte przez dziesiąte, czekam ze sceny na scenę, z sekwencji na sekwencję na… arcydzieło, albo co najmniej na majstersztyk.  Tymczasem mój instynkt kinofila reaguje także i na ten film jak najbardziej prawidłowo, tzn. zaczynam coraz bardziej ziewać. Ziewam coraz głośniej i coraz głębiej, chociaż w nocy się wyspałem, a film oglądam w środku dnia. W końcu tak się zaziewałem, że czekam z utęsknieniem końca filmu. Wreszcie dobiega siedemdziesiąta szósta minuta. Są końcowe napisy. I chociaż ten film starałem się oglądać z jak największą uwagą, z oczami, a nade wszystko uszami, tuż niemal przy ekranie to nie mogę mu postawić jakiejś wysokiej oceny. Naprawdę tylko tyle, bo byłbym nielojalny wobec siebie jako kinofila, a nade wszystko wobec tych wszystkich arcydzieł, które dotąd widziałem oraz wobec Kubricka, Felliniego, Kobayashiego… oraz Wajdy, Kawalerowicza, Zanussiego…

Na łamach prasy Wajda podkreśla, że „Ten film jest pięknym dopełnieniem ścieżki, którą wydeptali wcześniej inni reżyserzy”. Natomiast Tadeusz Sobolewski uważa Idę za „symboliczną przypowieść”, i że „brzmi jak ponadreligijna modlitwa, która nie daje się schwytać ideologom”. A Agnieszka Holland mówi o Idzie, że: „Siła obrazu tego filmu (a to w kinie bodajże najważniejsze, chyba już o tym zapomnieliśmy) sprawia, że kiedy ogląda się go wśród dziesiątek innych filmów, to właśnie „Ida” pozostaje w naszej pamięci, wpisuje się w matryce naszej wyobraźni”.

Co do owych „ścieżek”, to się zgadzam. Natomiast popolemizowałbym z tą „symboliczną przypowieścią” a szczególnie „ponadreligijną modlitwą”.

W mojej pamięci – jako kinofila – pozostają na zawsze takie m.in. filmy (wszystkie oczywiście czarno-białe i tak jak Ida w formacie 4:3): Niewinni czarodzieje (1960), reż. Andrzej Wajda; Do widzenia, do jutra (1960), reż. Janusz Morgenstern; Nóż w wodzie (1961), reż. Roman Polański; Matka Joanna od Aniołów (1961), reż. Jerzy Kawalerowicz; Czterysta batów (1959), reż. Françoise Truffaut; Do utraty tchu (1960) reż. Jean Luc-Godard; Cleo od 5 do 7 (1962) reż. Agnès Varda; Zeszłego roku w Marienbadzie (1961) reż. Alain Resnais itd.

28 lutego 2015 r.

Ps. W jednym z telewizyjnych kanałów filmowych można było znaleźć także krótki film (83 min.) Pawlikowskiego z 2011 r. Kobieta z Piątej Dzielnicy (La Femme du Vème), gdzie reżyser poszedł „ścieżką” Polańskiego.