TUWIM I…

Wolę czytać biografie niż powieści. Namnożyło się zresztą tych biografii, i autobiografii oraz dzienników, podobnie jak „powieści” bez liku tak, że coraz trudniej rozpoznać w tym wszystkim: co, o kim i kogo warto czytać, a co, o kim i kogo nie warto czytać. Czy poza tym te biografie są należycie i rzetelnie opierają się na faktach trudno dociec.

Ot, chociażby książki o Tuwimie. Niektóre, mimo „wypasionych” objętości, są napisane w taki sposób, że konia z rzędem temu, kto przebrnie przez ich zawikłano-uczony styl. Inne znowu opisują tylko wybiórcze fragmenty życia Tuwima przedstawiając wyłącznie np. jego miłość do Stefanii Marchew, czyli Fifci. Są wreszcie i takie, napisane dość interesująco, ale z obfitym nadużywaniem „Ale…” na początku zdań.

Ktorąż zatem książkę wybrać? Czytam więc poniektóre w całości lub we fragmentach. Z tych opisów wyłania się Tuwim jako genialny poeta (co zresztą nietrudno stwierdzić sięgając po jego wiersze), ale i także człowiek uwikłany w liczne polemiki nie tylko literackie, lecz wynikające z jego żydowskiego pochodzenia. Trudno także pojąć, że Tuwim ze Skamandryty i piewcy sanacji stał się przy końcu życia zagorzałym… komunistą i „antyfaszystą”.

W każdym razie Tuwim miał bardzo ciekawe, chociaż, niestety, krótkie życie. Ileż jednak za jego, szczególnie skamandryckiego, życia się działo. Znakomici, nie tylko skamandryccy, koledzy po piórze, czasopisma literackie, tomiki poezji, po które sięgała nie tylko Warszawa, lecz cała Polska itd.

Tak, „za Skamandra” nie było rozwiniętych w takim stopniu jak dziś środków masowego przekazu, ale za to kwitło życie towarzyszko-artystyczno-literackie. A teraz, paradoksalnie, mimo że jest niemal wszystko bo i kilkadziesiąt stacji radiowych, i niezliczona ilość kanałów telewizyjnych, Internet itd. a nawet ponoć jakieś czasopisma quasi literackie… każdy sobie rzepkę skrobie tzn. każde czasopismo drukuje wyłącznie „swoich”.

Lansowane są za to kompletnie beztalencia wokalne, literackie itd. Oto – przykładowo – opisuje się jakąś wokalistkę, która nie ma ani talentu, ani głosu, ani wyglądu (sama zresztą nazywa się chłopczycą) i, mało tego, nominuje się jej najnowszy „krążek” do… Fryderyka. Albo inny przykład: oto młody, właściwie wchodzący już w wiek średni, poeta, czy – jak sam siebie nazywa – „»literat« albo »dziennikarz«”, megalomańsko przechwala się, że gdzieś na okładce zaanonsowano go razem z Asberym ze względu na… „jakość tekstu”. A tuż obok można przeczytać załączony do owych przechwałek… wiersz bez tajemnicy. Po wnikliwej lekturze okazuje się, że jest to nie tylko wiersz bez tajemnicy, ale nade wszystko bez sensu.

Dlatego bardzo cenię sobie Tuwima i bardzo chętnie go czytam bez względu na jego pochodzenie, poglądy polityczne itd. bo był to wątpienia człowiek utalentowany. A takich ludzi cenię sobie najbardziej. Dlatego tak trudno mi pojąć, dlaczego bezustannie lansuje się dzisiaj kompletne artystyczne beztalencia.

Niektóre osoby zarzucają mi w tych zapiskach nadmierny krytycyzm, czy też krytykanctwo. Otóż, owszem, zdarza mi się być krytykiem. A poza tym, wiadomo, o gustach się nie dyskutuje.

Moje krytycznie stanowisko jest nade wszystko przejawem niezgody na bezustanny i wciąż wzbierający potop lansowanego w środkach masowego przekazu grafomaństwa we wszelkich możliwych postaciach i w każdej dziedzinie sztuki. Czy, poza tym, ci lansjerzy, nie mają żadnego gustu albo są zupełnymi ignorantami?

Z drugiej bowiem strony ileż jest wspaniałej sztuki, ileż znakomitych filmów, ileż obrazów, ileż utworów muzycznych, ileż wierszy itd., o czym się w ogóle nie wspomina. A wystarczy tylko trochę „poszperać” chociażby w Internecie.

Oto „wyszperany” w Internecie wiersz Tuwima:

 

JEŻELI

A jeżeli nic? A jeżeli nie?

Trułem ja się myślą złudną,

Tobą jasną, tobą cudną,

I zatruty śnię:

A jeżeli nie?

No to… trudno.

 

A jeżli coś? A jeżeli tak?

Rozgołębią mi się zorze,

Ogniem cały świat zagorze,

Jak czerwony mak,

Bo jeżeli tak,

No to… – Boże!!!

 

16 marca 2015 r.