„WRZĄCA CZERWIEŃ”

Motto:

 

„W owym czasie bowiem kto żyw pisał w Rzeczypospolitej.

Czytano mało, a pisano dużo”.

 

Zofia Kossak Złota wolność,

„Czytelnik”, 1947 r., tom II, wydanie III, s. 70

 

Z różnych przyczyn, o których kilka zdań poniżej, nie notowałem moich Zapisków i wspomnień przeszło miesiąc. I nic się nie stało. I prawie nikt tego nie zauważył. Teraz bowiem prawie wszyscy są jak nie „poetami”, to „pisarzami” i piszą, piszą, piszą. Tylko kto to czyta?

Podczas pobytu w sanatorium w Uniejowie od 21 października do 10 listopada br. włącznie, nie miałem dostępu ani do komputera, ani do Internetu.

(Zresztą zasięg Internetu, podobnie jak telefonii komórkowej, w Uniejowie zatrzymał się na początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku).

„Poharcowałem” zatem w telefonie na Facebooku, czym naraziłem się na  nieprzychylne i niepochlebne komentarze. I bądź tu lojalny wobec Sztuki, i wobec siebie, jeśli niemal wszyscy: piszący, pstrykający fotki, udający, że potrafią śpiewać itd. oczekują wyłącznie pochwał. Powiesz, a – nie daj Boże – napiszesz, co czujesz, co myślisz na temat obejrzanego filmu, przeczytanej książki itd. i już ktoś „się obrazi”. Jeśli te filmy, książki itd., są aż tak… genialne, to dlaczego nie nadają się (obsypywane nagrodami) do oglądania, nie nadają się (nie mniej niż filmy obsypywane nagrodami) do czytania?

W Uniejowie, w sanatorium repertuar filmowy w telewizorze był ubożuchny. Ot kilka programów na krzyż. Udało mi się jednak wypatrzeć, i obejrzeć, w zachwyceniu, że oto mam do czynienia z ponadczasowym arcydziełem film Na Zachodzie bez zmian (All Quiet on the Western Front – 1930), 131 min., reż. Lewis Milestone (1895–1980). Tak, tak, to jest ten sam reżyser, który nakręcił m.in. Bunt na Bounty (Mutiny on the Bounty – 1962), 179 min. z niezapomnianymi: Trevorem Howardem, Richardem Harrisem, Gordonem Jacksonem oraz Marlonem Brando.

Aż łezka się w oko kręci: gdzież dzisiaj takie filmy. Gdzież tacy reżyserzy?

Po pierwszym tomie arcydzieła literackiego tj. Złotej wolności Zofii Kossak znalazłem w sanatoryjnej bibliotece książeczkę Federico Fellini o filmie. Niezbyt dobrze przetłumaczona wydała mi się – to dzięki nade wszystko „fefe”, czyli Federico Felliniemu – fascynująca.

Oto, co mówi „fefe” na temat np. światła w filmie:

„Światło jest materią filmu i dlatego w kinie – mówiłem to wiele razy – światło jest ideologią, uczuciem, kolorem, tonem, głębią, atmosferą, opowiadaniem.

Światło dodaje i usuwa, pomniejsza i wywyższa, wzbogaca, cieniuje, podkreśla, nawiązuje, uwiarygodnia i pozwala przyjąć fantazję, sen, albo, przeciwnie przemienia rzeczywiste w fantastyczne, daje blask najbardziej szarej codzienności, wnosi przejrzystość, sugeruje napięcia, wibracje.

Światło wydobywa jakąś twarz albo ją zaciera, stwarza wyraz tam, gdzie go nie ma, obdarza inteligencją mętniactwo, urokiem głupotę.

Światło zarysowuje elegancję postaci, upiększa pejzaż, wyczarowuje go z niczego, tworzy magiczność tła.

Światło jest pierwszym efektem specjalnym w rozumieniu tricku, ułudy, sztuki czarnoksięskiej, pracowni alchemika, machiny cudów.

Najprostsza i najbardziej prymitywnie wykonana scenografia może dzięki światłu ukazać nieoczekiwane perspektywy i otoczyć opowiadanie atmosferą suspensu, niepokoju; albo gdy nieznacznie przestawi się reflektor i zaświeci drugi w kontrze – oto rozwiewa się całe uczucie grozy i wszystko staje się spokojne, swojskie, bezpieczne.

Film pisze się światłem, styl wyraża się poprzez światło”.

Sztuka filmowa polega na umiejętności opowiadania ruchomymi obrazami.

Sztuka narracyjna, powieściopisarstwo – na umiejętności opowiadania słowami. Taką umiejętność w stopniu najwyższym, niedoścignionym, mistrzowskim posiadła autorka m.in. Złotej wolności. Styl Zofii Kossak to krystaliczna Poezja, którą czytam w największym podziwie i uniesieniu. Więcej jest Poezji w Prozie Zofii Kossak niż w tych niezliczonych tomikach współczesnej „poezji”, która przypomina językowy zakalec albo szarady dla wtajemniczonych.

Absurdów przy tym we współczesnej literaturze nie dość. Oto dowiaduję się (tygodnik „Do Rzeczy”, nr 47/299 z 19-25 listopada 2018 r., s. 9) w notatce Książka stulecia Trójki, że

Solaris Stanisława Lema, według słuchaczy radiowej Trójki, to najważniejsze dzieło polskiej literatury wydane po 1918 r.”. Solaris bez wątpienia jest arcydziełem i jedną z moich najbardziej ulubionych powieści (zupełnie nieprzekładalną – na całe szczęście – na film; m.in. Tarkowski to porażka), ale czy najważniejszą książką po 1918 r.? Śmiem wątpić. W dziesiątce nie znalazło się miejsce dla Krzyżowców. Absurd? Absurd!

A powyżej owej notatki o Solaris jest informacja, że „Nagroda im. Józefa Mackiewicza dla Wiesława Helaka”. Nagroda za Nad Zbruczem, który jest żadną literacką rewelacją (pisałem już o tym niedawno w jednym z zapisków).

Jedna z najważniejszych nagród literackich została zatem Nad Zbruczem… zdewaluowana. Podobnie zresztą jak Medal Zasłużony Kulturze „Gloria Artis”. Złote Medale bowiem otrzymali niedawno poeci zakalcowatych wierszy.

Nie mam nic przeciwko nagradzaniu najwyższymi nagrodami poezji, ale w tych dwóch, wyżej wymienionych, przypadkach trzeba zadać pytanie (które, niestety, zostanie bez odpowiedzi): za co? Za co? Czyżby – naprawdę – za wiersze? Przecież to absurd! Absurd!).

Całe szczęście Kancelaria Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej w porę zreflektowała się i Prezydent przyznał pośmiertnie Order Białego Orła Zofii Kossak. Ciekawym, czy autorka Złotej wolności przyjęłaby go wiedząc, w jakim będzie (A.M.) towarzystwie?

A podczas pobytu w sanatorium w Uniejowie odwiedziłem miejsce, gdzie w latach 1862-1872 mieszkała Maria Konopnicka (1842-1910). Urodziła przez ten czas… ośmioro dzieci. Po pałacyku w Bronowie zostało tylko wspomnienie. Na miejscu w „muzeum” nie kupisz ani wierszy Konopnickiej, ani nawet najmniejszej broszurki, czy folderu.

Na cmentarzu w Uniejowie odnalazłem grób Tadeusza i Stanisława, dwójki pierwszych dzieci, które wkrótce po urodzeniu zmarły. Na grobie znajduje się następujący napis:

„Gdzie ta prochu garstka mała,

co bijącym sercem była”

z nieprawdziwą informacją, że cytat pochodzi z Piosenki mojej. Otóż powyższy dwuwiersz jest fragmentem większego utworu pt. Tu się droga załamała…

Jeśli byle jakim „muzeum” traktuje się Konopnicką, jeśli arcydzieła Kossak są pomijane w „najważniejszych dziełach polskiej literatury wydanych po 1918 r.” to co o tym myśleć?

Tytuł tego zapisku „wrząca czerwień” wziąłem ze Złotej wolności. „Wrząca czerwień” może także ogarnąć obserwującego absurdy dziejące się we współczesnej kulturze. A przecież miała być dobra zmiana.

Cóż, trzeba „robić swoje”, mimo, niestety, coraz bardziej absurdalniejącego, także w kulturze, życia.

21 listopada 2018 r.