35 MINUT…

35 minut: tyle trwa czas jazdy Szybką Koleją Miejską, zwaną SKM albo „kolejką” z Gdańska do Gdyni. Tak się złożyło, że trasą tą ostatnio jeżdżę dość często. Zauważyłem, że jest to akurat tyle czasu, aby przeczytać tomik współczesnej polskiej poezji albo przejrzeć czasopismo literackie.

Zabrałem zatem w niedawną – 35 minutową – podróż kwartalnik literacki, który mi nadesłano. Kwartalnik ów – jak wszystkie obecnie wydawane czasopisma literackie – jest dosłownie „nabity” tekstami, bez graficznego oddechu, bez reprodukcji obrazów lub zdjęć. Ot, ciasno, jak najciaśniej, aby zmieścić jak najwięcej: „wierszy” oraz „prozy”.

I żebym znalazł w owym kwartalniku chociaż jedną linijkę poezji, jedną linijkę literatury. Nic podobnego. Beznadziejny poziom „wierszy”. Takiż sam poziom „prozy”. Po co i dla kogo jest to pisane? Po co i dla kogo jest to drukowane i wydawane?  

W swoim podręcznym sakwojażu czytelnika zawsze mam m.in. lupę, notes oraz kilka ołówków, z których nader często korzystam. Podkreślam zatem co zabawniejsze sformułowania (a jest ich co niemiara), aby pośmiał się z nich w towarzystwie J., kiedy już docieram do celu podróży. Dlaczego autorzy pisząc w ogóle nie myślą? Dlaczego piszą aż tyle – wcale nie waham się użyć tego określenia… głupot? Dlaczego potem te głupoty, bzdury i brednie ktoś nazywa tomikami poetyckimi? Ba, dlaczego niektóre z nich są obsypywane nagrodami?

Ostatnio także próbowałem czytać wydawany z niesamowitym wprost zadęciem na wielkość, dwumiesięcznik literacki, do którego są także dodawane „tomiki poezji”. Trafił mi się jubileuszowy numer tego dwumiesięcznika z płytą, na której – jak to jest „normą” w polskiej rzeczywistości literackiej – jest, oczywiście… plejada „samych swoich”. Dwa tomiki i same brednie i bzdury. A w samym dwumiesięczniku grafomański tekst pogania jeszcze bardziej grafomański tekst. Na jubileusz 25 lecia istnienia owego dwumiesięcznika redaktor naczelny zostaje uhonorowany złotym medalem zasłużony kulturze „gloria artis”.

Nie sądziłem, że można aż tak zdewaluować ten medal. No tak, ministerstwo kultury rozwiązało worek z tymi medalami. Rozdaje je – złote, srebrne i brązowe – na lewo i na prawo (złote szczególnie na prawo). Jaki prestiż mają te medale? Moim zdaniem – żaden. O, gdyby od czasu do czasu przyznano komuś za arcydzielną literaturę autentycznie złoty medal w dodatku wraz z kopertą (z przyzwoitą zawartością w złotych), to byłaby nagroda.

Gdzież jest ta wartościowa literatura? Nagroda literacka im. Józefa Mackiewicza za powieść Nad Zbruczem. Absurd? Absurd!

Jeszcze większym absurdem jest obsypanie nagrodami tomika Ruchome święta, który jego autor wydał… sam sobie, za pieniądze z kieszeni podatnika.

Oto przykład „oryginalnego modelu poezji metafizycznej”  z tego tomika zawarty w utworze Adamek vs Kliczko:

„Tęcza? Sznur do bielizny okręcony / wokół Sopotu. Tęcza dobrze naciągnięta / brzęczy jak bąk beczy jak baranek / w krzaku berberysu. // Usłyszałem śpiew tęczy i uwierzyłem w / tryumf Adamka. Wieczorem został zbity / jak pies. Na zboczu Łysej Góry sińce światła / czarny bez błądzące alikwoty. // Pięściami okładałem Łysą Górę za walki / skończone przed czasem miłosne klęski / przegrane bitwy z potworami. // Góra stękała jak krowa kołysała się jak na / haku trup. Od wschodu do zachodu nic tylko / to ścierwo. Tęcza. Grób”.

Ani myśli, ani uczuć, ani jakiegokolwiek sensu. Taka jest współczesna polska, obsypywana nagrodami(!) poezja. Absurd goni absurd. Nie chce mi się już zresztą o współczesnej polskiej poezji pisać.

Za to największą przyjemność i radość sprawia mi lektura powieści Zofii Kossak. Nie mogę się wprost naczytać. Po Krzyżowcach, Złotej wolności, Przymierzu sięgnąłem po Suknię Dejaniry. Starczyło zaledwie na kilka dni. Zacząłem Błogosławioną winę i od razu zachwyciłem się wyobraźnią, stylem, językiem.

Próbowałem także czytać Nieczułość tj. Literacką Książkę Roku 2017, Pomorskiej Nagrody Literackiej „Wiatr od morza”. Próbowałem i… nie dałem rady. A ponieważ zabrałem tę książkę do sanatorium przechodziła ona z rąk do rąk. Nikt nawet do dociągnął lektury do 50 strony. Nie dało rady tej obsypanej nagrodami powieści czytać.

Po co i dla kogo są pisane takie książki? Za co nagradza się takie książki? 

Natomiast naprawdę byłem usatysfakcjonowany filmem Margaret (2011), 149 min., reż. Kenneth Lonergan z rewelacyjną Anne Paquin w roli Lisy Cohen. Lonergan nakręcił zaledwie trzy filmy, ale każdy jest znakomity.

Zofia Kossak napisała w sumie jakieś czterdzieści większych pozycji. Lonergan zrealizował trzy filmy.

Wiem, czuję to, jako czytelnik, jako kinofil, że wciąż jeszcze istnieją utalentowani artyści. Ważne by ich odnaleźć, dotrzeć do ich dzieł.

Tymczasem księgarnie są zawalone wprost niewyobrażalną ilością książek. Powstaje coraz więcej kręconych byle jak, chybotliwą metodą, filmów. Dla kogo i po co?

15-21 grudnia 2018 r.