W SUMIE 3 PUNKTY ZA… 2 FILMY

Zaczęła się pora roku, na którą zawsze czekam, którą uwielbiam, czyli „złota polska jesień”.

Kiedy czasami tu i owdzie napomykam, że moim ulubionym miesiącem jest październik, to zawsze mam na myśli taką pogodę, jaka właśnie trwa, czyli: piękne Słońce od świtu i aż po zmierzch pod jasnozielonym niebem, no i jeszcze  rześki wiatr z południa, a nade wszystko te barwy liści, jakie mogą zdarzyć się tylko w październiku.

Staram się zatem jak najwięcej przebywać w taką pogodę na dworze, aby jak najwięcej nawdychać się październikowej, rozsłonecznionej przestrzeni.

Zaszedłem także po dwakroć do nowo otwartego kina w śródmieściu Gdańska. Kino jak kino, pachnie świeżością, kusi luksusowymi fotelami, które ani nie są wygodne, ani, tym bardziej, luksusowe, ekran jak ekran, zamiast dźwięku ryk, jak we wszystkich tego typu kinach. Za to bilety horrendalnie drogie.

Drugiego zatem października br. (we wtorek) wybieram południowy seans. Film… okrzyczany i osrebrzony nagrodą „Lwów Gdańskich” Kamerdyner (2018, 115 min.), reż. Filip Bajon. Zaledwie sześć rzędów, pustawo. Najpierw ze 20 min. potwornie głupich reklam i zwiastunów jeszcze głupszych polskich filmów z jakimś „palcem w dupie” i świąteczną „komedią”.

W końcu zaczyna się seans. Od pierwszych scen piękna praca kamery. Ach, te jazdy, te panoramy, to fotografowanie „pod słońce”. Film jednak jest strasznie drętwy, żadnej intensywności uczuć, żadnych konfliktów. Po pół godzinie mam dosyć. Zaczyna działać instynkt kinofila tzn. coraz bardziej – znudzony – ziewam. Widzę zapalające się ekraniki telefonów komórkowych. To znaczy, że ktoś sprawdza ile jeszcze zostało do końca seansu.  Zastanawiam się: o czym ten film jest, a przede wszystkim: dla kogo? Pamiętam kompletne nieudane Przedwiośnie Bajona. A teraz tak samo udany jest i Kamerdyner.

Ktoś gdzieś napisał, że Filip Bajon „zapatrzył się” w Luchino Viscontiego (1906-1976). No nie! Doskonale pamiętam m.in. Lamparta (Il Gattopardo – 1963), 205 min.; Zmierzch bogów (La caduta degli dei – 1969), 155 min.; oraz Śmierć w Wenecji (Morte a Wenezia – 1971), 130 min. Filmy Viscontiego to były (są!) niemal arcydzieła.

Jeśli ktoś chce się umęczyć, to niech idzie (i słono płaci za bilet!) na Kamerdynera „polskiego Viscontiego”. Moja ocena tego filmu w skali od 1 do 6? 1,5! Te pół punktu to za zdjęcia.

Jeszcze więcej wrzawy niż o ostatnim filmie Filipa Bajona rozgorzało o Klerze (2018, 133 min.) Wojciecha Smarzowskiego. Jakże jako kinofil z długim – i jeszcze dłuższym stażem – mógłbym opuścić ten film, chociaż poprzedni obraz tzn. Wołyń tego reżysera absolutnie mi się nie podobał, o czym zresztą dość szczegółowo pisałem na łamach tych zapisków.

Sobotnie przedpołudnie, szóstego października br. Bilety jeszcze droższe i znowu zwiastun polskiej komedii z „palcem w dupie”. Tym razem niewielka salka wypełniona po brzegi. Ktoś sprawdza listę jakiejś grupki nieco zagubionych widzów, potem następuje przesiadanie się, regulowanie foteli, wreszcie zaczyna się seans.

Od razu rzuca się w oczy skisło-niebieskawa barwa obrazu i to w dodatku kręconego „z ręki”. Znaczy się będzie ponuro i poważnie, a roztrzęsiona kamera, że niby „paradokumentalnie”, czyli „prawda i tylko prawda”.

Coraz bardziej, niestety znudzony, zaczynam zastanawiać się: o czym jest ten film, a nade wszystko: dla kogo?

Drążnią mnie te zdjęcia kręcone „z ręki”. Nieskładne opowiadanie losów trzech księży. Film przedstawia m.in. homoseksualizm, o którym coś tam się sugeruje, coś tam napomyka, coś niby pokazuje. Dlaczego akurat homoseksualizm księży? A dlaczego nie homoseksualizm artystów, poetów, muzyków lub urzędników albo… krawców?

To tu, to tam zapalają się ekraniki telefonów komórkowych. Acha, nudzę się nie tylko ja, w końcu kinofil z długim – i jeszcze dłuższym stażem. Przez te kilkadziesiąt lat naoglądałem się tyle filmów: arcydzieł i knotów, mądrych i głupich, olśniewających wirtuozerią reżyserską i kiepskich itd. (można by długo tę wyliczankę ciągnąć), że wyczuwam naskórnie, naocznie instynktem kinofila czy film jest dobry, czy zły.

Kler nie podobał mi się i nie mogę mu dać więcej niż 1,5 punktu. Pół punktu to za tę ostatnią scenę „całopalenia”. O, gdyby taki, jak ta ostatnia scena, był cały film, to być może Kler byłby niezłym filmem. I jeszcze jedno: po co ten potworny huk podczas ostatniej sceny? Kino to obraz, to umiejętność opowiadania obrazami, a nie huk i ryczące głośniki.

Ktoś mógłby powiedzieć, że okropnie narzekam na współczesne polskie kino. Rzeczywiście, nie podobają mi się polskie współczesne filmy. Nie do końca jednak tak jest. Bo przecież zdarzyły się niedawno naprawdę dwa dobre polskie filmy tj. Układ zamknięty (2013, 115 min.) Ryszarda Bugajskiego oraz Bogowie (2014, 121 min.) Łukasza Palkowskiego.

A na podręcznej półce mam m.in. Pociąg (1959, 93 min) Jerzego Kawalerowicza. Ach, cóż to za film. A jakież aktorstwo, jakież zdjęcia itd.

8 października 2018 r.

Ostatnio zachwycił mnie amerykański impresjonista Daniel Garber (1880-1958). Oto jeden z jego obrazów pt. The Orchard Window (1918).