„WILD.FROM LOST TO FOUND ON THE PACIFIC CREST TRAIL”

Skończyłem czytać Wild. From lost to found on the Pacific Crest Trail Cheryl Strayed, czyli, w polskim przekładzie… Dzika droga. Jak odnalazłam siebie. Tak to już jest z tłumaczeniami (także tytułów), że tylko w przybliżeniu oddają sens oryginału.

Sześć dni wspaniałego czytania. I co ja teraz będę czytać? Książek w bibliotekach i w księgarniach jest pełno, i jeszcze więcej, tylko że nie ma co czytać. Albowiem przeważnie te książki nie nadają się do czytania, ponieważ są bardzo nudne, napisane bez talentu (ba, nawet polotu) przez „wypełniaczy papieru”, jak nazwał ich Czesław Miłosz.

Co mnie ujęło w Dzikiej drodze? Nade wszystko talent z jakim została napisana, w ogóle umiejętność opowiadania, że „chce się czytać i czytać”. A poza tym autentyzm przeżyć i bardzo wzruszające relacje z matką. Nie spotkałem się dotąd w literaturze współczesnej z tak pięknym opisem kontaktów z matką. Książka ponadto jest… najzwyczajniej mądra, napisana bez zadęcia, bez silenia się, że oto powstaje wielka literatura. Nie jest poza tym zwykłym „czytadłem”, które po lekturze odstawia się na półkę albo wyrzuca.

Dzika-droga

To być może zbyt dalekie porównanie, ale można wysłuchać bardzo wielu wspaniałych wykonań pieśni O Mio Babbino Caro a w pamięci pozostaje tylko sopran Jackie Evancho. Bo śpiew Evancho również wzrusza, tak jak powieść Strayed.

Szkoda, że nikt w wydawnictwie nie zadbał aby Dzika droga otrzymała odpowiednią oprawę edytorską. Myślę, oczywiście, o twardej okładce i tym, że taka książka powinna być zszyta. Przydałoby się także aby dołączyć do niej mapkę z PCT tak aby śledzić wędrówkę autorki. Tak, rozumiem, chodzi o koszty. Wydawnictwo postanowiło wydać książkę jak najtaniej. A to, że się zacznie ona rozpadać już podczas pierwszej lektury kogo to, w wydawnictwie, może obchodzić. Liczy się „kasa”. No i jeszcze ta fatalna polszczyzna tłumaczenia, o czym już wspominałem w poprzednim zapisku. Zupełnie jakby tłumaczki i redaktorki gdzieś się śpieszyły. Efektem jest kilkadziesiąt, co najmniej, błędów oraz pokraczne zdania jak te np.

„Wiedziałam, że jeśli dojdę do granicy Oregonu z Waszyngtonem, to z wielkim wysiłkiem, jaki wiąże się z poruszaniem się pieszo pod ciężarem monstrualnego plecaka.

Poruszanie się pieszo było skrajnie odmiennym sposobem przemieszczania się od zwykłych moich metod transportu”., s.289. Albo: „Wszystkie moje  życiowe doświadczenia tworzyły jakby cement, przez który moja głowa ani drgnęła, kiedy astrolożka powiedziała, że mój ojciec mnie zatruł”., s. 309. Nie wierzę by Strayed pisała w tak nieporadny sposób.

Dzikiej drodze urzekło mnie wiele refleksji, opisów, przeżyć. Chciałbym tu przytoczyć dwa, które szczególnie mi się spodobały.

Oto pierwszy fragment:

„Chciałam tylko być sama. Samotność zawsze wydawała mi się realnym miejscem, jakby nie był to stan ducha, tylko pomieszczenie, w którym mogłam się skryć i być tam sobą. Radykalna samotność PCT zmieniła to odczucie. Samotność nie była już pomieszczeniem, lecz całym światem. Teraz byłam samotna w tym świecie, zamieszkując go w sposób zupełnie dla mnie nowy. Moje życie na wolności, bez dachu nad głową, sprawiało, że świat wydawał mi się jednocześnie i większy, i mniejszy. Dopiero teraz dotarł do mnie jego ogrom. Nie rozumiałam nawet, jak długi może być kilometr, dopóki go nie przeszłam na piechotę. Istniało też przeciwieństwo tego bezkresu, dziwna zażyłość, która połączyła mnie ze szlakiem. Uczucie, że sosny i kropliki, które mijałam rankiem oraz płytkie strumyki, przez które przechodziłam, były znajome i bliskie, choć nie mijałam ich ani nie przechodziłam przez nie nigdy wcześniej”., s. 179–180.

W tych kilku zdaniach więcej jest Poezji niż we wszystkich tomikach wierszy, które ostatnio przeczytałem.

A oto fragment drugi nie mniej przejmujący i piękny niż powyższy:

„To, co miało znaczenie, było całkowicie ponadczasowe. Coś, co zmusiło ich do walki o szlak wbrew przeciwnościom. Coś, co kazało mnie i innym długodystansowym wędrowcom iść dalej w najbardziej ponure dni. Nie miało to nic wspólnego z wyposażeniem, obuwiem, wędrówkowymi trendami czy filozofiami jakiejkolwiek ery, a nawet z przedostaniem się z punktu A do punktu B.

Chodziło tylko o to, jakie to uczucie znaleźć się w dziczy. Jak to jest iść wiele kilometrów bez innej przyczyny niż doświadczanie skupisk drzew i łąk, gór i pustyń, potoków i skał, rzek i traw, wschodów i zachodów słońca. To doświadczenie było potężne i fundamentalne. Miałam wrażenie, że ludzie pośród dzikiej natury zawsze się tak czuli i dopóki głusza istniała, miało się to nigdy nie zmienić. Wiedziała o tym Montgomery. I Clarke, i Rogers, i tysiące ludzi wcześniej i później. Ja też o tym wiedziałam, zanim jeszcze dotarło do mnie, jak niewiarygodnie trudny i wspaniały zarazem będzie PCT i jak głęboko wstrząśnie mną i mnie ochroni”., s. 312–313.

Doświadczanie Natury z nią, dla niej samej. Czy może być coś wspanialszego? Ale ile osób z tego sobie zdaje sprawę goniących tutaj bezustannie nie wiadomo za czym.

16 sierpnia 2013 r.