„WIELKIE PIĘKNO”, CZYLI…

„wielkie nic” albo raczej „nic” taki tytuł na pewno bardziej pasowałby do filmu Paulo Sorrentino (Wielkie piękno (La Grande Bellezza – 2013), 142 min.). Tytuł „nic”, zdaniem piszącego te słowa, w pełni oddaje wartość tego dzieła. Bo niczego w nim nie ma oprócz nieudolnego naśladownictwa Federico Felliniego (1920–1973) i jego największych arcydzieł tj. m.in. Słodkiego życia (1960), Osiem i pół (1963) oraz Amarcordu (1975).

Kiedy rozległa się medialna wrzawa, że oto w postaci dotychczas zupełnie nieznanego Paolo Sorrentino „narodził się” Wielkim pięknem „nowy Fellini” nie chciałem wierzyć w takie „narodziny”. Tak bowiem jak niepodrabialny jest Kubrick, tak i Fellini jest tylko jeden jedyny. Ileż jednak naczytałem i nasłuchałem się na temat tego filmu „ochów” i „achów” także i moich najbliższych znajomych. Aż czułem się coraz bardziej zażenowany, że oto ja kinofil z długim, i jeszcze dłuższym stażem, nie poleciałem już w pierwszych dniach projekcji obejrzeć Wielkiego piękna. Jakoś jednak nie chciało mi się biegać po jakichś peryferyjnych kinach, gdzie, i tylko na późnych sensach, wyświetlano ten film. Instynktem kinofila wyczuwałem, że nie warto się śpieszyć. Postanowiłem poczekać aż film ten będzie dostępny w telewizyjnej wypożyczalni lub, ostatecznie, kupić go na DVD. Kupiłem, odżałowałem 30 zł i natychmiast postanowiłem go obejrzeć.

I oto zaczyna się projekcja: pierwsza scena i pierwsza sekwencja ciemne, takież następne i następne… Do tego bezustanna gadanina o wszystkim i o niczym. Do tego prawie nie ma muzyki. Zamiast niej jakieś wrzaski i krzyki. Film bez wyobraźni, bez powietrza, za to natrętne, i nieudolne, cytaty z Felliniego. Przeszło dwie godziny i dwadzieścia minut nudy wiejącej z ekranu. I to ma być najlepszy europejski i oscarowy film 2013 r.? To śmiechu warte. Jeśli tak beznadziejny film nagradza się takimi nagrodami to jaki poziom reprezentują filmy tylko nominowane albo ileż warte są te nagrody?

A pamiętacie może Osiem i pół ze zdjęciami Gianni Di Venanzo i muzyką Nino Roty (który napisał także muzykę do m.in. Słodkiego życia Amarcordu)? Wspaniałe, rozświetlone, wizyjne sceny: nie wiadomo czy to sen, czy jawa, czy wyobraźnia Felliniego a może Guido (Marcello Mastroianni). Do tego partnerują Mastroianniemu wspaniałe aktorki: piękna Anouk Aimée jako jego filmowa żona tj. Luisa Anselmi, apetyczna Sandra Milo jako jego kochanka Carla oraz zjawiskowa Claudia Cardinale jako Claudia. No i jeszcze Nino Rota. Słowem: arcydzieło.

Innym „wielkim nic” mógłbym określić także Grawitację (Gravity – 2013), 90 min., reż. Alfonso Cuarón. W końcu obejrzałem ten film w całości. Jak być może pamiętacie wyszedłem z  seansu, ponieważ nie mogłem znieść potwornego huku na sali kinowej. (Ten huk w postaci „dźwięku” ,„montażu dźwięku” oraz „muzyki” zostały nagrodzone… Oscarami). Jak wiadomo w Kosmosie nie słychać dźwięku, ponadto zwróciłem szczególną uwagę na to, że, zdaje się, Matt Kowalski (George Clooney) podkreśla, iż w Kosmosie trwa bezwzględna cisza. Tymczasem z głośników Grawitacji prawie nieustannie rozlega się huk, łomot szczątków satelity oraz odgłosy obijających się o stację kosmiczną Matta i Ryan (Sandra Bullock). W momencie kiedy film stawał się odrobinę interesujący skończyła się projekcja. Czy po wspaniałych efektach Odysei kosmicznej można jeszcze czymś widza zadziwić? Efekty elektroniczne Grawitacji (nagrodzone także Oscarem) nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia. Po co zatem kręci się takie filmy jak m.in. Wielkie piękno oraz Grawitacja? No i dla kogo?

Obejrzałem także drugi półfinał Eurowizji, tym razem z udziałem polskiej piosenki. Moi znajomi mieli dość już po pierwszym półfinale. Drugi półfinał oprócz „rympania, pympania”, wrzasków, łomotu i oślepiających, przyprawiających o ból głowy, „efektów świetlnych” nie przyniósł niczego nowego. Słuchając tych wrzasków i łomotu bezustannie zadawałem (i zadaję) sobie pytanie: gdzie podziała się muzyka, gdzie podział się śpiew?

W poprzednim zapisku wspomniałem, że zabrałem się do czytania najnowszej książki o Stanley,u Kubricku, czyli „Stanley Kubrick. Rozmowy”. Sądziłem, że dowiem się o Kubricku, o filmach, które wyreżyserował czegoś nowego, o czym dotychczas nie słyszałem lub nie wiedziałem. I ta jednak książka o wielkim wizjonerze kina bardzo mnie rozczarowała. W dodatku zaczęła się rozpadać ponieważ została tylko sklejona. Po co wydaje się takie książki jednorazowego użytku?

Na beznadziejne Wielkie piękno wydałem 29,99 zł, na rozpadającą się książkę o Kubricku  34,90 zł. W sumie daje to aż 64,89 zł. Czuję się oszukany, ponieważ za tę kwotę mógłbym kupić bardzo dobre kalifornijskie wino.

Z potwornego gąszcza filmów i książek staram się wybierać te najlepsze, po wielu selekcjach, ale okazuje się, że także i te wybrane dzieła są nic niewarte.

Jeszcze tak niedawno lubiłem słuchać radia. Teraz po włączeniu jakiejkolwiek stacji słychać albo ogłupiające reklamy, albo w kółko powtarzaną tę samą muzykę (RMF Classic) albo huk i „rympanie, pympanie”. Moje radio zatem milczy. Słucham z CD: Barbary Hendricks, Anny Netrebko, Alison Balsom no i, oczywiście, Jackie Evancho.

9 maja 2014 r.