WIELKA SOBOTA A.D. 2015

Wielka Sobota: ktoś tuż za moim oknem okrutnie znęca się – mimo zacinającego z północy lodowatego wiatru oraz śniegu z deszczem – nad jakimś dywanikiem. Zupełnie jakby musiał wytrzepać ten dywanik akurat dzisiaj. Wszędzie również trwa handel w najlepsze. Ludzie nerwowo przestępując z nogi na nogę kupują po kilka bochenków chleba.

A jeszcze wczoraj – w Wielki Piątek – wokół postawionych murów, czyli nowych bloków, zawzięcie jazgotały koparki. Zastanawiałem się nad sensem tej pracy. Bo przecież jakiś czas temu wszystko wyrównywano, a teraz znowu porozkopywano. Najbardziej mnie zastanawiał jeżdżący wte i wewte po olbrzymiej kałuży mały gąsienicowy pojazd. Czekałem momentu aż w końcu wywróci się w to olbrzymie bajoro.

Dla wielu ludzi święta zaczynają się śniadaniem w niedzielę. A przecież najważniejsze jest Triduum Paschalne.

Telewizji prawie nie oglądam. Film Martina Scorsese’go Ostatnie kuszenie Chrystusa   (The Last Temptation of Christ  – 1988), 164 min., z Willem’em Dafoe jako Jezusem okazał się, moim zdaniem, nieudany. Za to zaintrygował mnie film Gusa Van Santa Gerry (2002), 103 min. z Matt’em Damon’em i Casey’em Affleck’iem. Pewna część widzów ten film odrzuciła. Inni znowu uznali, że jest to… „arcydzieło”.

Uważam, że termin „arcydzieło” jest stanowczo nadużywany w stosunku do ocen m. in. filmów. Arcydzieła to były, ale kiedyś. A poza tym któż dorówna Stanley’owi Kubrick’owi?

Postanowiłem ten film jednak obejrzeć by mieć o nim swoje zdanie. Przyznam, że już pierwsza sekwencja zaczęła mnie bardzo irytować. No bo ileż można filmować jadący przed kamerą jakiś samochód? A nade wszystko z czyjego punktu wiedzenia jest to filmowane? Tak samo jak i sceny następne, gdy jeden i drugi Gerry idą i idą, i idą przez jakieś pustkowia. Bez plecaków, tzn. bez m.in. wody idą i idą. W pewnej chwili zdaje się, że chcą zobaczyć… „coś” albo owego „czegoś” chcą doznać itd. Wymamrotali to tak, że ledwo to do widza dotarło. A przecież starałem się być w miarę moich możliwości widzem jak najuważniejszym. Byłem ciekaw, mimo ogarniającego mnie znużenia, i oczywistego bezsensu wędrówki obu Gerrych, co zechce Van Sant pokazać, do czego doprowadzić itd.

W pewnej chwili, nie wiem: czy było to zamysłem przemyślanego (jednak!) scenariusza, czy konsekwentnej reżyserii, czy też dziełem olśniewających pięknem zdjęć Harris’a Savides’a (1957–2012) Gerry stał się zadziwiającym widowiskiem. Mam kłopot z oceną tego filmu. Ma bowiem ten obraz bardzo wiele niedopowiedzeń (a może właśnie o to chodziło?), jest bardzo chimeryczny, a jednak… bardzo dobry. Nade wszystko intrygujące jest: jak to się stało, że ni stąd, ni zowąd dwóch młodych ludzi (Gerry i Gerry) postanowiło bez wody, bez pożywienia itd. iść i iść przed siebie przez jakieś pustkowia? I czy – no właśnie – są to „pustkowia”? Przez owe „pustkowia”, czyli wszechogarniającą Naturę film dla mnie, osobiście, staje się bardzo bliski. Wielkim walorem tego filmu jest to, że Van Sant „wyprowadził” ten film z… miasta. Jakże bowiem miałem dość tych wszystkich filmów dziejących się w mieście. Zupełnie jakby poza miastem nic nie było.

 

 

Gerry_-Death-Valley-landscape

 

 A oprócz pięknego, i naprawdę dobrego filmu Gusa Van Santa bardzo podobał mi się wywiad jakiego Romanowi Daszczyńskiemu udzielił Tomasz Szarek (Matematyk szuka Stwórcy, z prof. Tomaszem Szarkiem rozmawia Roman Daszczyński, „Gazeta Wyborcza Trójmiasto”, piątek, 3 kwietnia 2015, s. 5–6).

Dla środków masowego przekazu Wielkanoc to wyłącznie „jajeczko i zajączek” oraz „zakupy i prezenty”. Artykuły o Wielkanocy są przeważnie przewidywalne, ponieważ nie wnoszą nic nowego do tego, co już o Wielkanocy wiem.

A tu ten fascynujący wywiad i książka Tomasza Szarka Alvin Plantinga i spory o istnienie Boga. Natychmiast odnalazłem tę książkę w Internecie. Została tam opublikowana jako praca doktorska profesora Szarka pt. Spór o wartość klasycznych argumentów na istnienie Boga w filozofii Alvina Plantingi.

Na tyle, na ile mogę zaczynam się w nią wgłębiać, chociaż przerażają mnie te wszystkie… „wzory matematyczne”. Czyż argumentów na istnienie Boga nie można szukać bez owych wzorów matematycznych? A co mają powiedzieć ci, dla których nawet podstawy matematyki stanowią problem? Czyżby tylko matematycy mieli dostęp do argumentów na istnienie Boga? I czyż owych argumentów nie można by przedstawić w taki sposób aby były one zrozumiałe dla niemal wszystkich.

Oto takie, i inne, myśli nurtują mnie w Wielką Sobotę, gdy za oknem trwa w najlepsze… zima ze srogim wiatrem z północy.

4 kwietnia 2015 r.