„UCZUCIE WYDĘTEJ PUSTKI”, PO LEKTURZE POWIEŚCI IWASZKIEWICZA

Niemal za każdym razem, gdy zagłębiam się w lekturze jakiejś książki, najczęściej powieści, uświadamiam sobie jak bardzo trudnym i skomplikowanym jest zawód pisarza. Bo przecież pisarstwo nie polega tylko na pisaniu, pisaniu, pisaniu, pisaniu[*]… lecz na umiejętności „przelewania myśli” na papier. (Do owego „przelewania się”, „zlewania się” itd. wrócę za kilka chwil, poniżej).

Po zachwytach nad trylogią Rok 1794 Władysława Stanisława Reymonta szukałem lektury, która dorównywałaby dziełu tego Pisarza. Powieści, czyli bzdetów Gombrowicza, nie mogłem, po raz kolejny, zdzierżyć. Być może ktoś się na takie moje traktowanie pisarstwa (jeśli w ogóle to jest pisarstwo) Gombrowicza obruszy, ale nic na to nie poradzę, jako czytelnik z długim – i jeszcze dłuższym – stażem. Literacką blagę wyczuwam intuicyjnie. A zresztą, co tu wyczuwać, wystarczy spróbować poczytać. To się nie nadaje do czytania. To nie jest, moim zdaniem, literatura, lecz jakieś wygłupy egotyka do kwadratu a może nawet do sześcianu.

Za to przeczytałem z zainteresowaniem Llod’a Cassel’a Douglas’a (1877-1951) Szatę (1942). Akurat była to jak najbardziej sposobna lektura na czas Zmartwychwstania Pańskiego. (A swoją drogą jestem bardzo ciekaw hollywoodzkiego filmu zrealizowanego według tej powieści w 1953 r. Rolę Diany gra Jean Simmons. Co miała do zagrania Simmons, jeśli Diana pojawia się tylko w jednej z krótkich scen na początku powieści, a większą rolę odgrywa dopiero w ostatniej części Szaty?).    

Biblioteki w dalszym ciągu są zamknięte.

(Uważam zamknięcie bibliotek oraz kościołów nawet w czasie epidemii tak groźnej jak obecna, za absurd.

Kościół chrześcijański, rzymskokatolicki powinien być otwarty, nie tylko w sensie fizycznym, ale nade wszystko w postaci obecności księży wśród ludzi. Te wszystkie msze on-line, to jednak nie to samo, co osobiste uczestniczenie we mszy świętej.

Tak samo biblioteki. Powinna być możliwość jednorazowego wypożyczenia na przykład… dziesięciu książek.

Wszystko to byłoby możliwe do zrealizowania. Nie chciałbym na ten temat jednak się rozpisywać.

Ci, którzy powinni wychodzić do ludzi, podtrzymywać z nimi kontakty tj. m.in. i księża, i bibliotekarze pozamykali się ze strachu przed epidemią i pozostali w domach. To nie tak powinno być!

Wprawdzie ostatnio otwarto kościoły, ale cóż to za uczestnictwo w maskach. Ja, osobiście, duszę się, zachodzą parą szkła okularów choćbym nie wiem, jaką maskę założył. A przyjmowanie komunii świętej w masce. Nie, to nie ma sensu).

A zatem biblioteki w dalszym ciągu są zamknięte. A czyż tak trudno byłoby, na czas owego zamknięcia, po pierwsze: wydezynfekować bibliotekę, po drugie: posprzątać przy okazji, po trzecie: umożliwić jednak dostarczenie zainteresowanym czytelnikom wybranych książek.

Jeśli można przez Internet zmawiać różne produkty i kurierzy dostarczają je do drzwi niemal natychmiast, to dlaczego nie można by o czymś podobnym pomyśleć w kwestii wypożyczania książek? A tak żadnego pomysłu, żadnej działalności, żadnej troski o czytelnika. Najlepiej schować się, zamknąć, „wziąć na przeczekanie”. A może lepiej od razu zamówić sobie trumnę i zamknąć się w niej przed czytelnikami, przed ludźmi, przed światem).

Przejrzałem zatem po raz chyba już trzeci swoją domową biblioteczkę. Natrafiłem na trzytomowe wydanie opowiadań Iwaszkiewicza oraz tegoż autora trzy wczesne powieści tj. Hilarego syna buchaltera, wydaną w 1923 r.; Księżyc wschodzi, wydaną w 1925 r. (Iwaszkiewicz miał wtedy 31 lat) oraz Zmowę mężczyzn, wydaną w 1930 r.

Opowiadania Iwaszkiewicza kiedyś nie raz czytałem. Zresztą niektóre z nich sfilmował Wajda. Obawiam się jednak porównywania filmów z oryginałami literackimi, bo znowuż – jak w przypadku Ziemi obiecanej – można będzie sobie „rwać włosy na głowie”.

Zaczynam tedy (22 kwietnia br. o godz. 6.04, środa) lekturę Księżyc wschodzi. (1975, Czytelnik, Warszawa, ss. 228). Iwaszkiewicz zaczyna słowem od autora, że to młodzieńcza powieść, że mimo upływu lat nie kwestionuje jej treści, że nie zmieniłby ani jednego słowa, że – tłumaczy się z uśmiechem –„trudno, taki byłem”.

Przeczytałem tę książkę. Przeczytałem coraz częściej w trakcie lektury niemal dosłownie „zgrzytając zębami”. Przeczytałem, ponieważ nic innego nie miałem do czytania. Przeczytałem, chociaż powinienem ją rzucić już po pierwszych kilkunastu, a nawet kilku stronach. Piszę te słowa bynajmniej nie, jako filolog polonista przyzwyczajony przecież do różnych literackich dziwactw i fanaberii. Piszę te słowa nie, jako wybredny czytelnik, którego trudno czymkolwiek zadowolić, czymkolwiek poniżej literackiego arcydzieła. Piszę te słowa  jako najzwyklejszy czytelnik, który jeśli już bierze książkę, ba! powieść, do ręki to chciałoby otrzymać przynajmniej „kawałek dobrej literatury”.

Powieść Księżyc wschodzi jest kompletnie o niczym. Bo cóż mogą obchodzić czytelnika losy jakiegoś Antoniego, który wyjechawszy z Kijowa na wieś, do dworu na lato, jako korepetytor, nieszczęśliwie zakochał się w Konstancji.

A swoją drogą były to dziwne czasy, gdy Antoni ukończywszy maturę, paraduje już w studenckiej czapce, chociaż nie wie, co, ani gdzie będzie studiował.

Tak naprawdę cała literatura jest „o niczym”. Jeśli zatem nie „co”, to przynajmniej „jak”. I o to „jak” mam najwięcej tzw. „pretensji” do Iwaszkiewicza.

Tutaj pozwolę sobie na małą – jako kinofil – dygresję dotyczącą owego „co”. Otóż Krzysztof Wierzbicki asystent reżysera zwierza się, w swoim wspomnieniu o Krzysztofie Kieślowskim, że: „Gdy powiedziałem Kieślowskiemu, że duńska telewizja proponuje, żebym zrobił o nim film, Krzysztof zapytał: »No dobrze, Krzysiu, o mnie – ale o czym?«. Pomysł, a nie samo hasło – to było dla niego istotne”.

No właśnie Iwaszkiewicz zamierzał napisać powieść, ale nie za bardzo wiedział o czym ona ma być.

Poza tym widać w powieści Księżyc wschodzi tzw. łatwość pisania, tak bardzo charakterystyczną także dla pisarstwa współczesnego, czy też raczej dzisiejszego.

Niektórzy nazywają taką łatwość pisania… grafomanią. Ja pozostałbym przy swojej nazwie. Widać bowiem jak zadnie po zdaniu owa łatwość pisania Iwaszkiewicza niesie, i niesie, i niesie, i niesie. I nie ma to nic wspólnego z natchnieniem, lecz raczej jakimś maniackim – jak określa tę czynność Czesław Miłosz – „zaczernianiem papieru”. Aby szybciej, aby więcej, bez troski o sens opowiadanej historii, o konstrukcję dzieła, o budowę zdań, o… polszczyznę. Bez troski o czytelnika.

Główny bohater książki Księżyc wschodzi, jest wyłącznie… obserwatorem. Zawsze stoi z boku. Nie bierze udziału nawet w żniwach, ani nie włącza w żadne inne czynności, bierze do rąk tylko książkę lub co najwyżej lejce. Zresztą prawie wszyscy bohaterowie tej powieści wyłącznie goszczą się, rozjeżdżają różnymi konnymi pojazdami lub po prostu konno, prowadzą beztroskie, pasożytnicze, życie. Ach, no i jeszcze dyskutują, „że jednak trzeba coś zrobić”, ale „co”, nie wiedzą. Można powiedzieć, że w sztukach Antoniego Czechowa też występują same nudzące się okropnie darmozjady, ale ileż w tych dialogach, w tych rozterkach, w tych wahaniach – podtekstów. 

Wszystko to byłoby jednak do zniesienia gdyby nie bylejakość narracyjna, a nade wszystko językowa.

Doprawdy, można nieźle się uśmiać, gdy Iwaszkiewicz pisze np. o deszczu i wodzie (wytłuszczenie moje):

„a wreszcie akompaniament strugi wody, lejącej z wysoka, z rynny, do podstawionej beczki, która wydawała głuche gulgotanie; akompaniament przerywał się, jak tylko wiatr strugę wody odchylił – rozpylała się ona na chwilę, jak gdyby nagle glissando harfy, aby po chwili wpaść znowu w monotonne koryto rytmu bulgotania i złoszczenia się deszczówki nagromadzonej w beczce”. (s.58).

U Iwaszkiewicz zresztą nie tylko „leje się woda”, lecz „zlewa się” i popołudnie, i dusza, i noc. Nawet sama główna bohaterka „się zlewa”:

„I myśl o pannie Konstancji, która zlewała się z białością plam słonecznych na ścianie, z bielą bandażów, kołder, fartuchów pielęgniarek, zakończyła się mdłym uśmiechem”. (s. 200).

A oto próbka stylu Iwaszkiewicza z ostatnich kart powieści (wytłuszczenia moje):

„Jeżeli kiedyś określał stan modlitwy jako przelewanie się naszej duchowej treści do naczynia wszystko obejmującego, to teraz odczuwał stale akt obcowania bezpośredniego z ową całością. Sam zresztą uważał się za całość i swoją świadomość za świadomość całości, która zlewała się z Bogiem, tak iż już rozpoznać nie można było, gdzie jest wszechświat, gdzie owa najwyższa, najbardziej przyjacielska Istota. Momenty, w których tracił owo uczucie związku z całością, kiedy między nim a Bogiem-Wszechświatem stawał mur nieprzenikniony otaczających go rzeczy, napełniały go straszliwą grozą. Tęsknił za owym słodkim odczuwaniem, które wlewało się razem z zachodzących słońcem do pokoju”. (s. 206)

Ja już pomijam „iż” zamiast „że”, bezlik zdań zaczynających się od „Ale…” oraz zakończonych na „…się”.

Powieść Księżyc wschodzi ukończyłem czytać 27 kwietnia br. o godz. 13.38, poniedziałek. Po południu zabrałem się za lekturę… Zmowy mężczyzn, tj. powieści Iwaszkiewicza wydanej w 1930 r. Okazuje, że nie wszystko, co zostało napisane w Międzywojniu było arcydzielne.

Kiedy wreszcie zostaną, choćby częściowo, otwarte biblioteki???!!!

29 kwietnia 2020 r.

Ps. Na te straszne, epidemiczne czasy przydałaby się w telewizji, zamiast bezustannego ględzenia o bezsensowych „wyborach”, jakaś komedia np….

To szalony, szalony, szalony, szalony świat. Załączam zatem z tej komedii, do tego zapisku, fotos.

[*] To czterokrotne powtórzenie wziąłem z zapamiętanego amerykańskiego filmu tj. komedii wszechczasów pt.  To szalony, szalony, szalony, szalony  świat (It’s Mad, Mad, Mad, Mad World – 1963), reż. i produkcja: Stanley Kramer (1913-2001). Kramer, oprócz wyżej wymienionego filmu, wyreżyserował m.in.: Ucieczkę w kajdanach (1958); Ostatni brzeg (1959); Kto sieje wiatr (1960); Wyrok w Norymberdze (1961); Zgadnij, kto przyjdzie na obiad (1967). Dlaczego dzisiaj nie ma takich reżyserów, takich filmów? Dlaczego nikt nie potrafi zrealizować takiej komedii jak To szalony, szalony, szalony, szalony świat.