OD KRASZEWSKIEGO DO FLESZAROWEJ-MUSKAT. I Z POWROTEM. (PO DRODZE ZACHWYCAJĄC SIĘ… KUBRICKIEM).

Zaiste, nie sądziłem, że czytając powieść Z siedmioletniej wojny Józefa Ignacego Kraszewskiego, dotrę do Stanleya Kubricka (1928-1999) i jego Barry Lyndona (1975), 184 min. Nie ma się jednak czemu dziwić, to się przecież samo kojarzy i narzuca. Od razu bowiem, kiedy zacząłem czytać powieść Kraszewskiego, przypomniał mi się Barry Lyndon.

Różne przeszkody uniemożliwiły zrealizowanie Kubrickowi filmu o Napoleonie. Wziął się zatem za powieść Williama Makpeace Thackeraya (1811-1863) pt. The Luck of Barry Lyndon o przygodach Redmonda Barry. U Kraszewskiego też zresztą głównym bohaterem jest ubogi, tyle że szwajcarski szlachcic Maks Henryk de Simons, który szuka posady i szczęścia na dworze elektora saskiego Fryderyka Augusta II (1696-1763), czyli… Augusta III Sasa, króla polskiego (1733-1763).   

Stanley Kubrick wspaniale obrazuje czasy i atmosferę Wojny Siedmioletniej (1756-1763). Dla formalności przypomnijmy, że owa Wojna Siedmioletnia zaczęła się od najazdu Fryderyka II Wielkiego (1712-1786), króla pruskiego (1740-1786) na Saksonię.

Oglądałem Barry Lyndona w Gdańsku, w niezapomnianym kinie Leningrad/Neptun. Mówię wam, nie ma nic wspanialszego dla kinofila  niż doznawać takiego arcydzieła przy wypełnionej do ostatniego miejsca sali kinowej. I chyba każdy po seansie wyszedł i zachwycony, i oszołomiony doskonałością reżyserskiej maestrii Stanley Kubricka.

(A swoją drogą kiedy w Gdańsku polikwidowano kina oraz powymierali lub odeszli na emeryturę świetni aktorzy Teatru „Wybrzeże”, do teatru nie ma ani na kogo, ani na co iść. Bo wtedy „chodziło się” na m.in. Bistę, Bogacką, Czosnowską, Goetel, Gordona, Gwiazdowskiego, Grzmocińskiego, Igara, Iżewską, Jaśniewicza, Kiszkisa, Kowalik, Łapińskiego, Mayr, Michalskiego, Neuman, Piszczatowskiego, Słojewską, Staniewskiego, Winiarską itd.

Bo w Gdańsku na Długiej albo się szło do kina, albo wychodziło z kina, albo tylko do kina zachodziło, by prędzej czy później – najczęściej jeszcze tego samego dnia – do kina pójść. Ulica Długa bez kina Neptun stała się ulicą jakby bez… duszy.

Ktoś może powiedzieć, że przecież popowstawały supernowoczesne multipleksy. No tak, tylko że dawnej kina były niemal świątyniami sztuki, a dzisiaj są barami wyświetlającymi filmowopodobne produkty zawierające niemal w 100% wyłącznie efekty specjalne. No i jeszcze to nagłośnienie, ten potworny ryk z głośników, że szału można dostać. A poza tym mam płacić i jeszcze się męczyć oglądając przed seansem poł godziny ogłupiających reklam. O, nie.

A ponadto streaming, czy oglądanie filmów z płyt, to nie to samo, co ciemna sala, ekran na całą ścianę i sala wypełniona po brzegi widzami).

Barrym Lyndonie Kubricka napisano chyba wszystko. Mimo, że od powstania tego filmu minęło niemal pięćdziesiąt(!) lat w dalszym ciągu zachwyca. A cóż pozostanie po tych aktualnie tłuczonych jakby z jednej sztancy filmach w dodatku utrzymanych w nieznośnej kolorystycznej manierze pomarańczowo-niebieskawo-nibyturkusowej?

Odłożyłem na kilka dni powieść Kraszewskiego, ponieważ zaintrygowała mnie książka pt. Na fali z podtytułem Portret biograficzny Stanisławy Freszarowej-Muskat pióra bibliologa, raczej bibliolożki Krystyny Świerkosz.

Lubię czytać biografie, a zatem i po tej książce dużo sobie obiecywałem, tym bardziej, że Fleszarowa-Muskat nazywana jest współczesną, albo też i gdańską … Rodziewiczówną. A przecież jeszcze tak niedawno powieściami Rodziewiczówny się zaczytywałem. Poza tym po wstępnym przejrzeniu książki, zorientowałem się, że Świerkosz opisuje również czasy, kiedy byłem członkiem Koła Młodych przy gdańskim oddziale Związku Literatów Polskich. Ba! Śmiem twierdzić, że osobiście gdzieś nawet ze dwa razy Freszarowej-Muskat widziałem.

Zacznę jednak od edycji tej biografii. Otóż, to zastanawiające, że w Gdańsku o pisarce biografię napisała… bibliolożka. Może to świadczyć o tym, że albo pisarze się nie lubią, albo i o tym, że poloniści z Uniwersytetu Gdańskiego nie interesują się współczesnymi pisarzami wybrzeżowymi[*], albo z jeszcze innych bardzo wielu przyczyn.

Biografia Na fali została wydana przez Wydawnictwo Oskar w Gdańsku w 2013 r. i sądząc po braku zagięć na grzbiecie, nikt do niej nie zaglądał przez przeszło dziesięć(!) lat. To może świadczyć o tym jakim zainteresowaniem cieszy się twórczość najpopularniejszej pisarki wybrzeża. Książka poza tym formatu A-5 została wydana z miękkimi okładkami i tylko sklejona, tak że jej żywot będzie raczej niedługi.

W ciągu trzech dni przeczytałem tę biografię i nie znalazłem w niej nic godnego uwagi. Na pewno też nie przybliżyła mi ta biografia samej pisarki. W dodatku jest to biografia chaotyczna i jakaś taka nudna, a raczej napisana nudnym stylem. Zupełnie jakby pani bibliolożka męczyła się pisząc tę książkę. Oto dwa przykłady nieporadności stylu:

„To ostatnie stwierdzenie wprowadzi nieco zamętu w ostatecznym ustaleniu faktów. Jednak faktem jest, że Władysław Krzycki objął kierownictwo szkoły 1 sierpnia 1920 r.”. (s.40).

Natomiast konia z rzędem temu, kto mi powie o co chodzi w cytowanych dwóch zdaniach:

„Nie odrzucałabym też praktycznych walorów futra, skoro akurat była zima. Ale dobry udającej się w drogę Stanisławy Krzyckiej, miał służyć jeszcze jednemu celowi”. (s.75).

Tak, czy owak książka pani bibliolożki nie zachęca do sięgnięcia po utwory Freszarowej-Muskat. W tym miejscu chciałbym podkreślić, że niedawno wydana biografia Rodziewiczówna. Gorąca dusza pióra Emilii Padoł, okazała się tak fenomenalną lekturą, że zachęciła mnie do przeczytania wielu powieści autorki m.in. Dewajtis.

Opisując życie i twórczość Fleszarowej-Muskat Krystyna Świerkosz wspomina także o ówczesnym Związku Literatów Polskich w Gdańsku i o prezesurze autorki Milionerów. Pamiętam, że jako członek Koła Młodych ja, i chyba wszyscy wtedy tzw. „młodzi”, patrzyliśmy  niemal z nabożeństwem, mając niemal za bogów literatury na m.in. (w kolejności alfabetycznej): Afanasjewa, Borchardta, Dąbrowskiego (Stanisława), Faca, Ferenc, Furmagę, Jankowskiego, Kosiarza, Kotlicę, Legut, Perepeczkę, Piepkę, Puzdrowskiego, Radowicza, Siereckiego, Stecewicza, Szczepkowską, Szymańskiego, Wieczerską, Waśkiewicza, Twerdochliba i Żakiewicza.

Co po nich zostało? Ano… nic. Niestety… NIC! (I tak samo będzie po moim pokoleniu oraz pokoleniu najmłodszym. Albowiem literackich arcydzieł tu nie uświadczysz).

Jakiś czas temu w pewnej poczekalni-kawiarence zauważyłem zwaloną na stos kupę jakichś książek (dosłownie… bezładnie zwaloną, i dosłownie… kupę, czyli górę). Można było brać i przebierać. I właśnie na tej zwalonej kupie można było znaleźć bardzo wiele książek w. wym. autorów. Ich twórczość nie przetrwała czasu. I o nich samych nikt nie pamięta. 

(A tak na marginesie to w Gdańsku na ul. Mariackiej była wywalczona właśnie przez Freszarowej-Muskat, kiedy prezesowała ZLP, siedziba, czyli kamienica przeznaczona na biuro, klub, zebrania itd. dla literatów.

Teraz w tym miejscu jest jakiś bar albo knajpa. Po literatach ani śladu. Tak samo zresztą jak po Wydawnictwie Morskim, które było na sąsiedniej ulicy

Z wielkim bowiem sentymentem wspominam ten „dawny” Gdańsk: z kinami na ul. Długiej, ze wspaniałym repertuarem w Teatrze „Wybrzeże”, z Wydawnictwem Morskim i z literatami na ul. Mariackiej).

Po tych dywagacjach na temat biografii Stanisławy Fleszarowej-Muskat, wracam z przyjemnością do zaczętej lektury powieści Kraszewskiego Z siedmioletniej wojny. Wynotowałem sobie jednak kilka powieści Fleszarowej-Muskat. Nigdy nic bowiem dotąd tej pisarki nie czytałem. Może gdy już nasycę się Kraszewskim sięgnę i do Fleszarowej-Muskat.

12 lutego 2024 r.

 

[*] Akurat ja chyba nie mam na co narzekać, ponieważ na temat mojej twórczości poetyckiej wypowiadali się z Uniwersytetu Gdańskiego m.in.: prof. dr hab. Jerzy Samp w 1997 r. na temat Koloru chryzoprazu; prof. dr hab. Józef Bachórz w 2004 r. na temat Srebrnego adagio; prof. dr hab. Joanna Rutkowiak w 2005 r. na temat Srebrnego adagio; prof. dr hab. Roman Kalisz w 2005 r. na temat Złota i bieli; dr hab. Krystyna Turo w 2005 r., na temat Srebrnego adagio oraz prof. dr hab. Zofia Głombiowska w referacie wygłoszonym 11 maja 2009 r. pt. Poezja współczesna a język łaciński (O niektórych kłopotach i zdumieniach tłumacza) w związku z przetłumaczeniem na język łaciński wiersza O, pani jesteś tak piękna jak po nocy świt.