„CAROL”

Po lekturze opowiadań Patricii Highsmith z tomu Nieruchomy punkt krążącego wszechświata, tytuł oryginału Posthumous Short Stories Volume I (1938–1949), zainteresował mnie najnowszy film Todda Haynesa pt. Carol zrealizowany według powieści The Prince of Salt (1952), gdzie autorka podpisuje się pseudonimem Claire Morgan.

W rolach głównych bohaterek tj. Carol Aird występuje dwukrotna zdobywczyni Oscara Cate Blanchett (1969), natomiast w roli Therese Belivet – Rooney Mara (1985), która za tę rolę otrzymała Złotą Palmę w Cannes.

Ze wszystkich instrumentów stroikowych najbardziej nie lubię klarnetu, ponieważ zawsze wykorzystywany jest w filmach dla podkreślenia smutnego nastroju. Tak jest i w tym przypadku. Mimo, że Carter Burwell otrzymał za muzykę m.in. nagrodę Satelity, to moim zdaniem ten „klarnecik zupełnie mi nie podchodzi”, bo film wcale nie jest smutny. A poza tym obraz Haynesa zarówno pod względem treści jak i realizacyjnie jest niemal idealny i mogę wyrazić na jego temat mój niemal najwyższy zachwyt.

Zawsze uważałem, że najtrudniej jest opisać w wierszach, w prozie, a pokazać w filmie uczucia. Todd Hayes jest perfekcjonistą. Pokazuje uczucia bez zbędnej gadaniny, której ja tak nie cierpię w filmach. A poza tym obraz ten ma uniwersalne przesłanie.

ROONEY MARA and CATE BLANCHETT star in CAROL

Zresztą niech Todd Haynes wypowie się sam. Oto fragment rozmowy, którą z nim przeprowadziła Anna Tatarska:

„To nie przypadek, że w „Carol” tak ważna jest warstwa wizualna, a na ekranie nie pada zbyt wiele słów. Therese nie dysponuje językiem, żeby opisać rodzące się w niej uczucie do Carol. Nie zna składni, gramatyki, nie ma ustalonego słownika – ona ten język tworzy, przygląda się swoim uczuciom i pragnieniu. Takie osoby były wtedy pionierami w nazywaniu świata nieheteroseksualnych miłości. Ale ma to też wydźwięk uniwersalny. Bo każdy, kto się zakochuje, ma wrażenie, że dopiero konstruuje język swojej miłości”.

Carol,1

Carol Haynesa ma niepowtarzalny klimat, bynajmniej niepodkreślany „klarnecikiem”, który tu i ówdzie się pojawia. Klimat ten tworzą nade wszystko wspaniałe zdjęcia Edwarda Lachmana. Ten film trzeba koniecznie zobaczyć. To doprawdy majstersztyk jak Haynes wespół z Lachmanem tworzy bez zbędnych słów poemat złożony z dotknięć i spojrzeń między Carol a Therese. Ani przez moment na tym filmie się nie nudziłem. Wręcz przeciwnie, oglądałem Carol dosłownie z „zapartym tchem” nie wiedząc co za chwilę może się wydarzyć. A samo zakończenie jest najwyższej urody. Każdy, kto traktuje film jako Sztukę powinien go koniecznie zobaczyć. I doznać.

8 marca 2016 r.