SZKARŁAT I BŁĘKIT – recenzja Bożeny Cichockiej

Wyłaniający się z wierszy podmiot liryczny to człowiek wrażliwy, czujący, kontemplujący, czuły na uroki ziemi, wtopiony w jej pejzaż, ale jednocześnie mający poczucie własnej odrębności i możliwości wyboru. Nie pragnie on jednak zmieniać świata, nie walczy ani z wyimaginowanymi, ani rzeczywistymi siłami zła, ale żyje jakby spolegliwie w otwartej przestrzeni jasności i światła, która z rzadka bywa nieprzychylna, złowroga. Eden jest nieomal na wyciągnięcie ręki łaskawego, czekającego Boga, często w wierszach uobecnionego (Dziękuję, dziękuję; Prośba przed adwentem; Nostalgie ciotki Anny).

Sensualistyczny stosunek autora do otaczającej rzeczywistości powoduje, że wiele utworów można odebrać jako impresje determinowane chwilą przeżywania, nasycania się otoczeniem w określonym czasie. Stąd tytułowe pory roku i dnia (Błękitny maj: moment uwznioślenia; Wrzesień: powietrzność; Listopad; Z nocy w noc, z ciemności w ciemność; Wieczór pod Czantorią).

 Nie są to tylko postimpresjonistyczne wariacje, bowiem poetyckie obrazy odczytywać można jako metafory odnoszące się do filozoficznego zrozumienia losu człowieka próbującego znaleźć odpowiedzi na pytania dotyczące fenomenu życia, jego intensywności.

Człowiek poszukuje tego, co go uszlachetnia, a symbolem dotknięcia dobra w układzie wertykalnym staje się wszechobecny błękit (Błękitny maj: moment uwznioślenia). Metafizycznego znaczenia nabiera błękit w wierszu Strefa turmalinu:

 

Pierwszych słów

znaczenie było błękitem i

blaskiem, otwierającą się bramą

wśród niespodziewanie zapadających

półzmroków dnia. Pierwsze słowa

 

nauczyły mnie wiary tak wzniosłej i

tak bliskiej naturze przestworzy,

że gotów byłem pojednać się z nią…

dla wiary samej. Wspinałem się coraz

wyżej. Każdy mój krok był bliżej

Wieczności.

 

Nade wszystko najwięcej jest światła („naręcze blasków”, „ocean światła”, „światło zgęstniałe i lepkie słońcem”, „błyszczące szelesty”, „urodzaj światła”), które uzyskuje wymiar mistycznego Blasku, jak w Łasce widzenia:

 

Teraz wiem, że światło

wodzi dłonie moje po wypukłościach gwiazd:

tego świętego pisma nieba…

To jest ten alfabet stworzony przez Ciebie.

Abym odczytywał słowa na chwałę światłości,

która jest przedłużeniem każdego tutaj dnia.

Każdej słonecznej chwili utrwalającej obrazy

widzialnego świata i niewidocznych doznań..

( … )

Dałeś mi Panie łaskę widzenia,

abym próbował

– idąc na wskroś rozrastającego się mroku –

dotrzeć do Ciebie i

abym mógł czekać na dotyk Twoich dłoni

przywracający Blask.

 

W utworze tym pełnym humanistycznego pogodzenia i harmonii podmiotu lirycznego z istotą boską, jak w hymnie Jana Kochanowskiego Czego chcesz od nas, Panie…, jest jednak pewna nieśmiałość człowieka końca XX wieku wyrażającego swoją wiarę w zjednoczenie się z Bogiem.

Ten metafizyczny lęk zawarty jest w wielu wierszach tego tomiku, a wyraźny jest zwłaszcza wtedy, gdy autor pisze o przemijaniu, na przykład w liryku Tamten wczesny krajobraz:

 

Ten krajobraz przypadkiem zapamiętany

wraca do mnie jakieś sypkie chwile,

które niegdyś przeszedłem

ani zastanawiając się, że zostaną moimi

na zawsze.

(…)

Dzisiaj staram się odszukać te

miejsca krążące we mnie wspomnieniem.

(…)

Zanim jednak zgaśnie

niewidzialny horyzont i

po raz ostatni

spojrzę na ten wczesny krajobraz…

zobaczę go jeszcze

– przez dziurawe niebo parku –

w kolejnym

przypomnieniu-oświetleniu.

 

Krajobraz zapamiętany nosi prawie każdy z nas. W poezji Jana Piotra Grabowskiego jest to temat dominujący, a wciąż powracające motywy przyrody wnoszą dużo ciepła i atmosferę nostalgii.

Na drzewa – lipy, brzozy, buki – człowiek może patrzeć ze zdumieniem, że są starsze od niego, że trwają na ziemi dłużej. Nieoczekiwany zachwyt budzić może kwitnący głóg, a oszałamiać bez. W wierszach pojawiają się pasikoniki i egzotyczne kolibry, a bociany symbolizują upływ czasu, wyrażają nadzieję powrotu, „przenoszą powab wolności”.

Liryka Jana Piotra Grabowskiego przypomina czytelnikom, że warto dostrzec to, co wokół nas jest, warto przyjrzeć się imponującemu bezmiarowi przestrzeni, zatrzymać się, nacieszyć doznaniami najprostszymi, przeżyć je. Poezja ta w sposób nie wydumany pisana zdaniami jak rzadko jest komunikatywna i powinna być bliska współczesnemu czytelnikowi.

 

Bożena Cichocka, Szkarłat i błękit [rec.: Jan P. Grabowski, Szkarłat i błękit, Pelplin 1994], „Tytuł”, nr 4 (16) s. 204–206.