STEFAN CHWIN MA RACJĘ,

kiedy m.in. pisze: „Dobry wiersz, to jest taki wiersz, który po przeczytaniu zostaje w nas na zawsze. I jeszcze jedno: dobry wiersz to jest taki wiersz, który warto wykuć w kamieniu”. (Samobójstwo poezji polskiej – na własne życzenie, „Kwartalnik Artystyczny” nr 2/2014, s. 160–163).         

„Kwartalnik Artystyczny” podobnie zresztą jak wszystkie tego rodzaju pisma przerzucam w empiku i odkładam na półkę. Szkoda mi za każdym razem tych kilkunastu złotych, ponieważ każde pismo jest takie samo: publikują w nich zazwyczaj „sami swoi” oraz „krewni i znajomi królika”.

I gdybyż w tych pismach było jeszcze cokolwiek do czytania. Zawierają one, owszem, bardzo dużo tekstu, lecz do czytania tam nic nie ma. Jestem dość powolnym (wzrok), lecz bardzo uważnym czytelnikiem, lecz wystarczy mi, że przeczytam kilka zdań, czasami pół kartki, by zorientować się: czy warto coś dalej czytać, czy też nie. W 99% mój odbiór jest, niestety, negatywny bo: albo już gdzieś podobne rewelacje myślowe czytałem, albo autor nie pisze nic interesującego, albo pisze tak „uczonym” stylem, że nie sposób tego czytać, ani zrozumieć itd.

Ma rację Stefan Chwin, gdy pisze, że nastąpiła „prozaizacja wiersza”, że współczesne polskie wiersze pozbawione są „geometrii wiersza”, czyli rymu i rytmu a także – to już dodaję od siebie – uczuć, przeżyć, refleksji i… jakiegokolwiek sensu. („Wiersze, z których myśl i uczucie ulotniły się bezpowrotnie i zastąpione zostały niezrozumiałym bełkotem”. Tak współczesną polską poezję oceniał Artur Hutnikiewicz, mój uniwersytecki profesor).

Natomiast zabawnie, lecz prawdziwie przedstawia Chwin opis spotkania autorskiego współczesnego polskiego poety z tym dukaniem z kartki wiersza, którego sam autor nie potrafi odczytać ani również zrozumieć.

Na wszystkie Chwinowe zarzuty można odpowiedzieć: jakie czasy, tacy poeci. Gdyby, niezależnie od w. wym. „prozaizacji” i „geometrii” był zwyczaj recytowania wierszy (tak jak to ponoć było w Romantyzmie, ale i w Międzywojniu), to pewnie poeci wygłaszaliby te wiersze gdzie tylko by mogli. Gdyby poza tym był – ale to już ostateczność – „wymóg formalny” ze strony np. instytucji kultury, że nie będzie płacić autorom za te dukane na spotkaniach autorskich wiersze, to pewnie poeci uczyliby się swoich utworów na pamięć.

Dodam – z tego co wiem po sobie – że nie ma zapotrzebowania na różnego rodzaju recytacje. Poza tym nie wszyscy poeci są aktorami, nie wszyscy potrafią oddychać przeponą. Ileż to bowiem razy słyszałem na spotkaniu autorskim poetę bełkocącego (nie, nie wcale nie po piwku), ileż razy coś sepleniącego, ileż razy ze źle (nerwy, stres) „postawionym głosem” itd. Aż w końcu przestałem uczestniczyć w tego rodzaju imprezach.

Ja sam promocję tomika autorskiego lub spotkanie autorskie urządzam w ten sposób, że proszę aby moje wiersze czytali aktorzy. (Czytanie wierszy przez aktorów, to jeszcze jedna, odrębna, kwestia. Zdarzało mi się bowiem, że aktorzy czytali, a nade wszystko interpretowali, zupełnie co innego niż „stało w tekście”). Do tego organizuję oprawę muzyczną. Ponadto zapraszam badacza literatury lub historyka literatury itd., który prowadzi całość. Słowem dążę do tego aby to był… mały spektakl poetycki, na tyle atrakcyjny aby zainteresował odbiorców. Że to się udaje i ma sens, wiem po reakcjach publiczności, która domaga się tego rodzaju spotkań z (akurat w tym przypadku moją) poezją.

Piszę: urządzam, organizuję, bo nastąpiły takie czasy, że poeta nie dosyć, że wydaje swoje wiersze, to jeszcze musi zorganizować ich promocję. (Tu na marginesie można by postawić pytanie: a gdzież to są te instytucje kultury, na których ciąży ustawowy, podstawowy, obowiązek m.in. zajmowania się tego rodzaju sprawami? Gdzież są? Ano istnieją. I decydują za państwowe pieniądze… wyłącznie arbitralnie. „Selekcją” poetów zajmują się urzędnicy. Czyż to nie absurd).

Wracając jednak do owego Samobójstwa poezji poleskiej – na własne życzenie to Chwin oczywiście ma rację, ale nie do końca. Gdyby bowiem istniały funkcje, instytucje itd. tzw. krytyka literackiego, jeszcze lepiej autorytetu literackiego tak jak to było jeszcze zupełnie niedawno, to być może nie byłoby takiego rozprzestrzenienia się „poetów” i „poezji”. Wraz z nadejściem „wolności”, chociaż to nie jedyna przyczyna, niemal wszyscy teraz piszą i prawie wszyscy są „poetami”, „poetkami”, „pisarzami” i „pisarkami”. Enklawy sprytnych autorów, który potrafili zorganizować się w np. kwartalniki wcale poziomu polskiej poezji nie podnoszą.

Niezależnie jednak od kwartalników, krytyków literackich, autorytetów poetyckich (których, niestety, nie ma) to autor powinien sam czuć, wiedzieć czy to, co pisze jest cokolwiek warte. Mógłby, słowem, przedtem „się naczytać” (oczywiście oprócz tzw. obserwacji świata itd.) innych poetów (polonistyka się przydaje, ale niekoniecznie), zobaczyć nie tylko „jak” inni, ale nade wszystko „o czym” piszą. Być może wtedy zadrżałby mu ołówek, gdy sięgnie do czystej kartki papieru albo zasiądzie do laptopa. (Potrafię odróżnić na pierwszy rzut oka wiersze pisane ręcznie i te laptopowe).

Pokażcie mi takiego poetę, który czyta innych poetów, który zna twórczość np. Thomas’a Hardy’ego, który zna twórczość… Horacego, a z „naszych” Balińskiego. Grochowiaka… Czyta się i chwali, i drukuje wyłącznie przyjaciół i kolegów. (Najczęściej jest to handel wymienny: ty mnie wydrukujesz w kwartalniku, ja ciebie zaproszę na spotkanie autorskie itd., ty będziesz w jury zorganizowanego przez mnie konkursu, ja u ciebie wydrukuję artykuł). Generalnie nie mam nic przeciwko tego rodzaju praktykom, ale żeby chociaż te wiersze były poezją. Żeby w ogóle nadawały się do czytania. Czytam, przerzucam, przeglądam bardzo dużo współczesnej poezji polskiej. I, niestety, ani jeden wiersz nie nadaje się by go wykuć w kamieniu, już nie wspominając o tym by został „w nas na zawsze”.

Nie mam nic przeciwko nagradzaniu, nawet wielokrotnemu, tych samych autorów. Nikt chyba nie zasługuje na docenienie, również finansowe, tak jak poeci, ale ja bardzo często nie wiem o czym ci poeci, w tych swoich wierszach piszą. Nie ma to bowiem ani formy ani treści. A potem przyjeżdża taki obsypany nagrodami poeta, wchodzi na scenę prosto z ulicy, czyli w jakichś nieokreślonego rodzaju portkach, ma na sobie t-schirt, dobrze jak ma jeszcze marynareczkę, do tego jest nieogolony no i zaczyna – jak to świetnie opisuje Chwin – próbować czytać swoje niezrozumiałe wiersze.

Od czasu do czasu siadam z przyjacielem w ogrodzie pod wisienką (bardzo często dochodzi drugi i trzeci znajomy). Naczytawszy się różnych literackich wspomnień, dzienników itd. rozmawiamy o tym, jak to „dawniej” literaci jednak trzymali fason: na zdjęciach mimo, że była przeważnie bieda zawsze są wygarniturzeni, pod krawatem, ogoleni. Spotkania są zakrapiane (o co i teraz wcale nietrudno), ale wiersze się recytowało, mówiło na głos. Teraz obowiązuje „luz”: od ubioru do sztuki, albo odwrotnie.

Swoją wypowiedź Chwin kończy następująco: „I tak to sobie dzisiaj poezja dogorywa, gaśnie wycofuje się do drukowanego rezerwatu, zamiast mieszkać w nas tak, jak kiedyś mieszkała”.

Nie, nie Panie Chwin, poezja trwa nie tylko w drukowanym rezerwacie. Ot, podam dwa przykłady z mojego doświadczenia.

Przykład pierwszy. Jest nareszcie jesień (październik, złota polska jesień, to moja ulubiona pora roku). Jestem u przyjaciół nad jeziorem. Nareszcie jest spokój. Pozostali tylko ci, którzy chcą naprawdę wypocząć oraz wędkarze (ach, te jesienne szczupaki) i grzybiarze. Zakładam płytę z moimi wierszami, które recytuje Ignacy Gogolewski. Po chwili przychodzą sąsiedzi, jeszcze w jakiś czas potem spływają wędkarze, z drugiego brzegu jeziora przypływają także i inni sąsiedzi. Siadają i słuchają, i słuchają, i słuchają.

Przykład drugi. Jestem w sanatorium. Wieczorami nie wszyscy chodzą na fajfy lub na potańcówki. W sali wykładowej, po kolacji organizuję spotkanie. Przychodzi kilkanaście starszych pań. Zaczynam od… Jackie Evancho (jej niebiański sopran jest, według mnie, najwspanialszą Poezją). Potem puszczam Gogolewskiego, wreszcie sam czytam swoje wiersze. Po spotkaniu, które nieoczekiwanie przekształca się w dyskusję na temat poezji sprzedaję książki, które przywiozłem. Pytam po spotkaniu: – „Ileż mogło być osób?”. – „Jakieś…196” – odpowiada „pan od kultury”, współorganizator spotkania. – „Nie mogłem się doliczyć. Bo najpierw, jak usłyszeli operę, to z dwudziestka od razu wyszła. A potem zaczęli wychodzić, wchodzić, jak to na imprezie” – dodaje. – „Ale bardzo dużo słuchało. Widocznie było im to potrzebne. Słuchało” – podkreśla.

Poezja, Panie Chwin, wciąż mieszka w ludziach.

23 lipca 2014 r.