W TWARDEJ, I W MIĘKKIEJ OKŁADCE

Zdaje się, że już przechodzą te tropikalne, męczące upały. Bardzo dobrze się czuję podczas wakacyjnych temperatur, ale tylko wtedy, gdy jest sucho. Natomiast nie znoszę parnej, wilgotnej pogody. A tu tymczasem wrze jak w czajniku i jeszcze żebyż zdrowo popadało, żebyż pojawiła się jakaś porządna burza. A tak coś się kłębi, zbiera, grzmi, błyska, a deszczy z tego tyle, co kot napłakał.

Do południa mam cień na balkonie, ale nie mogę wyjść, ponieważ trwa bezustanny rumor trwającej tuż niemal na wyciągniecie ręki budowy. Do tego panowie robotnicy rozkręcają na cały regulator jakiś potwory łomot, który w ich mniemaniu ma być „muzyką”. A gdy do tego dodam jeszcze szalejącego z wiertarką nad moją głową sąsiada, który już od przeszło miesiąca coś remontuje, to uciekłbym jak najdalej od takiego bloku, miasta, od takich ludzi.

Gdzie to tylko możliwe obserwuję wszelkie literackie i wydawnicze nowości. Oto dość mocno jest reklamowana seria wydawnicza powieści Agathy Christie. Książki są starannie wydane: twarda okładka, ciekawa grafika itd. W dodatku nie za wysoka cena za jeden egzemplarz. (Jeśli ktoś zamówi w prenumeraturze, to nawet o jedną trzecią taniej). Z początku pomyślałem, że może nawet warto by było całą serię zaprenumerować. Na próbę postanowiłem jednak ze dwie książki przeczytać. I jaka jest moja decyzja? Szkoda pieniędzy i czasu na kryminały Agathy Christie.

Pierwsza powieść tj. Morderstwo w Orient Expressie nie pozostawiła we mnie żadnego śladu. Co to poza tym za kryminał, jeśli już w połowie lektury można domyślać się „kto zabił”. Dla ochłody, ponieważ akcja toczy się na wyspie, postanowiłem jeszcze przeczytać I nie było już nikogo. Przyznam, że zmęczyło mnie to bezustanne „dialogowanie”, a raczej gadanina, w której tak gustuje Agatha Christie. No a poza tym książka została strasznie (podkreślam: strasznie) przetłumaczona. Tłumaczowi bowiem chyba gdzieś bardzo się śpieszyło, bo gna i gna nie widomo dokąd. (A może to Agatha Christie pisała tak beznadziejnym stylem?). Bezlik zdań zaczynających się od „Ale”, wiele, bardzo wiele zdań zaczynających się od „Gdy”, zakończonych na „… się”, do tego wiele zdań z „coś” np. „Pobyt na wyspie ma w sobie coś magicznego, coś ze świata fantazji. Jest się tu w jakimś własnym świecie, odciętym od otaczającej rzeczywistości” (s.31). itd.

„Coś”, „coś”, ale co?

„Ale krzesło nie było wywrócone. Stało pod ścianą jak inne krzesła. To musiał ktoś zrobić już po jej śmierci. Więc pozostał nam Blore. Ale jeśli…” itd. (s.209). Nie, nie, mam już dość tego „Ale” na początku zdań i tej nieustannej gonitwy i pośpiechu. Żadnej tajemnicy, żadnego nawet zaskoczenia, żadnej przyjemności z czytania.

Moją uwagę zwróciła także powieść pt. Diamentowy plac autorstwa Mercè Rodoreda z Katalonii. Na skrzydełku tej książki można przeczytać: „Diamentowy Plac (1962) zyskał międzynarodowe uznanie i wkrótce stał się najsłynniejszą powieścią Autorki. Przetłumaczony na ponad 30 języków, jest uważany za arcydzieło literatury katalońskiej”.

Jakżeż zatem nie kupić, nie przeczytać arcydzieła, chociaż tak marnie wydanego. Miękkie okładki, książka rozsypuje się już przy pierwszej lekturze: czy tak mają być wydawane arcydzieła? Chyba tylko po to by… kupić, przeczytać i wyrzucić. Jakże jednak wyrzucać arcydzieło? Taka arcydzielna książka powinna znaleźć sobie miejsce na półce. Do arcydzieła przecież sięga się od czasu do czasu, kartkuje, podczytuje, ba! co i raz wraca do kolejnej lektury.

Diamentowy Plac, choć wydany po raz pierwszy w latach sześćdziesiątych, niesie ze sobą wartości, o których w dzisiejszych czasach pozwalamy sobie niestety zapomnieć. Mądra i klasyczna literatura o odwadze, determinacji i poszukiwaniu szczęścia. Tę książkę z ręką na sercu można polecić każdemu”. – Można przeczytać na okładce tej powieści. Jakże jej zatem nie kupić, nie zachwycać się nią. Jakże dawno nie czytałem arcydzieła, jakże dawno nie czytałem takiej książki.

Czytam więc z wielką uwagę i… nie mogę znaleźć ani tych wartości, ani odwagi, ani determinacji itd. tak zachwalanych na okładce.

Książka jest bowiem napisana jakby z punktu widzenia głównej osoby tj. Natalii (Colomety), która przedstawia w formie wspomnienia swoje nieciekawe i nieudane życie. Poznanie i ślub z Quimetem, z zawodu stolarzem, narodziny dwojga dzieci, hodowla gołębi, śmierć Quimeta, głód i nędza czasu wojny, ślub z kupcem Antonim, ślub córki: oto i cała fabuła Diamentowego Placu. W całej powieści prawie nie ma tytułowego Diamentowego Placu, mimochodem tylko narratorka wspomina o Barcelonie. Duże partie książki są poświęcone a to plamie na tapecie, a to hodowli gołębi i karmieniu ich pokrzywami, a to tasiemcowi, którego wydala Quimeta, a to opisom domu, w którym główna bohaterka ma pracować jako sprzątaczka itd.

Chciałem to „arcydzieło” rzucić już po jednej trzeciej lektury, ale znajomy namawiał mnie: „Czytaj, czytaj dalej, może w końcu powieść ta okaże się arcydziełem”. Nie, zdaniem piszącego te słowa Diamentowy Plac na pewno nie jest arcydziełem. Czym więc jest? W moim przekonaniu… czytadłem dla niektórych pań, które być może znajdą w tej powieści ukojenie.

Czytałem i tę książkę bardzo uważnie, z ołówkiem w ręku. I znowu cały bezlik zdań zaczynających się od „Ale”. Natomiast od zdań zaczynających się od „A”, „I”, „A kiedy” oraz „Kiedy” aż się roi.

W dodatku cała masa nieporadnych zdań jak np.:

„Teraz siedząc na wprost mnie przy drzwiach na balkon, od czasu do czasu podciągała rękawy, a gdy je podciągała, milkła i dopiero kiedy je podciągnęła, znowu zaczynała gadać”. (s.41);

„Cinet podarował nam żelazną lampę do stołowego, z jedwabną frędzlą, malinowego koloru, która zwieszała się z sufitu na trzech żelaznych łańcuszkach, połączonych żelaznym kwiatem o trzech płatkach”. (s.59);

„Na tarasie pośród wiatru i błękitu, kiedy wieszałam bieliznę albo coś szyłam, miałam uczucie, że wypuszczono ze mnie to, czym byłam, i napełniono czymś bardzo dziwnym. Jakieś tajemnicze „coś” zabawiało się, dmuchać mi w usta, aby mnie nadąć” (s.93);

„Kiedy biłam Antoniego, to choć był mały, tak wściekle kopał mnie po nogach, że aż upadł na pupę. Jeszcze nigdy nikt nie patrzył na mnie z taką złością jak ten dzieciak, kiedy go biłam. Kiedy czasami przychodzili Cinet i Mateu z Griseldą…” itd. (s.119);

„Pani objaśniła mnie, że córka musi dużo wypoczywać, bo choruje, i opowiedziała mi o chorobie swojej córki, która zaczęła się od tego, że córka postanowiła nagle przesunąć donicę z kameliami”. (s.135);

„Opowiedziałam kupcowi z dołu to, co mówiła seniora Enriqueta, a on powiedział, żeby nikomu nie ufać. Więc powiedziałam…” itd. (s.211).

Natomiast po tym fragmencie z samego początku od razu odechciało mi się czytać:

„…a kos wylazł gdzieś z dołu i łaził od jednego drzewa do drugiego, pokrzykując trochę chrapliwie; przez chwilę nie było go widać, a potem, kiedy już zapomnieliśmy o nim, znowu wyłaził. Nie patrząc, kątem oka widziałam Quimeta i widziałam, że patrzy na domy, dalekie i male”. (s.29).

Interesuję się ptakami, ale jeszcze nigdy nie widziałem kosa „łażącego”. Kosy przecież skaczą, a nie „łażą”. Od kiedy to, poza tym kos, słynący przecież z pięknego gwizdania, „pokrzykuje trochę chrapliwie”?

W środach masowego przekazu można usłyszeć i przeczytać, że „czytelnictwo spada”, że „przeciętnie Polak czyta trzy czwarte książki rocznie” itd.

Biblioteki, księgarnie itd., są zawalone powieściami. Tylko, że nie ma co czytać.

7 sierpnia 2014 r.