SOPRANY, KLEŃ, JAŹ JASIA I PERSEIDY

Sopran Jackie Evancho zawładnął mną niepodzielnie. Ktoś mógłby zapytać: „a cóż w nim takiego szczególnego?”. Odpowiedziałbym: – „Posłuchaj, zobacz jak Jackie Evancho śpiewa”. To jest „Coś” więcej niż sopran, niż śpiew, to jest Poezja, której niewiele lub prawie wcale doświadczam, mimo że przeglądam i czytam coraz więcej wierszy. A przecież poezja powinna być nade wszystko w wierszach.

Sopran Jackie Evancho ma tę szczególną właściwość, że swoimi niesamowitymi wibracjami przenika słuchacza na wskroś, że słuchając go masz wrażenie jakby nie do końca był stąd, z tego świata. Dlatego też tyle zachwytów, że jest to „anielski śpiew”. Nie ma tej właściwości jakby lekko ochrypły, „matowy” sopran Hayley Westenra, chociaż jest to wokalistka o niewątpliwie dużym talencie. Przepiękne są soprany m.in. Kathleen Battle oraz Natalii Netrebko, ale nie ma w nich tego, co w śpiewie Jackie Evancho. To doprawdy także cud, że rodzice Jackie w porę zauważyli talent córki. A wszystko zaczęło się od oglądania filmu Duch w Operze i śpiewie arii przed lustrem przez małą Jackie.

To, że film może mieć niesamowite właściwości wystarczy pooglądać arcydzieła Stanleya Kubricka. Jeśli ktoś te właściwości dostrzeże, dozna ich. A czego można doświadczyć oprócz bólu oczu i uszu na oślepiających i ogłuszających efektami specjalnymi współczesnych „dziełach” filmowych?

Zupełnie inna kwestia to mezzosoprany. Katherine Jenkins doprawdy jest „śliczna”, mogę na nią popatrzeć, ale jej mezzosopran jakoś mnie „nie bierze”. Natomiast nie lubię „mocnego” niemal „wrzaskliwego” mezzosopranu Cecilii Bartoli, która bardziej gdacze jak kura niż śpiewa.

Rozmawiając o Jackie Evancho, o sopranach i Stanleyu Kubricku sposobiliśmy się z Ksawerym. do oglądania Perseidów oraz do „wypadu” na klenia. Przesłuchaliśmy różnych wykonań O Mio Babbino caro i doszliśmy do wniosku, że: Victoria De Los Angeles – piszczy, Renata Tebaldi – nie zachwyca, a Montserrat Caballe – brak tchu (zresztą przy jej tuszy, nie dziwota). Najbardziej podobało nam się wykonanie Angeli Gheorghiu, Charlotte Church, a nade wszystko Anny Netrebko. Przy okazji posłuchaliśmy także Jessye Norman, Renée Fleming oraz Olgi Pasiecznik.  

Rozsopranieni aż nadto  jechaliśmy do Marka nad jego leśne jezioro. Ksawery przygotował różne owoce i postanowił łowić „na grunt”, ja, oczywiście, zostałem „przy spinningu”.

– Jeśli chcecie „zasadzić się” na klenia to tylko tutaj – Marek pokazał nam miejsce niedaleko drewnianego mostu. – Kilkadziesiąt metrów stąd, przy brzegu, biją dwa źródła, woda więc jest krystalicznie czysta, chłodna i odpowiednio natleniona, tak jak właśnie lubią klenie. Pozostaje tylko złowienie ich, ale to już wasza sprawa – dodał uśmiechając się tajemniczo nie tyle „pod wąsem”, co nad swoją bródką. – Acha, a co z Perseidami? To, zdaje się, najwyższy czas by ich wyglądać.

– To już u mnie. Wszystko do obserwacji przygotowałem. Złowimy tylko parę kleni na kolację – dodał Ksawery.

– Parę kleni na kolację? A czy chociaż wiecie jak ta ryba smakuje? Złówcie przynajmniej jednego – dodał, ale chyba tak abyśmy ostatnich jego słów nie dosłyszeli.

Uzbroiłem swój spinning w niewielką muszkę i zacząłem puszczać ją z nurtem rzeczki która wpada do jeziora, a potem podbierać. Ksawery patrzył na mnie rozbawiony, roześmiał się cicho po czym oddalając się dorzucił:

– Najwidoczniej kleń pomylił ci się z pstrągiem, ale życzę szczęścia – powiedział, po czym oddalił się i już po kilku chwilach mogłem obserwować jego podchody na klenia. Najpierw obserwował powierzchnię jeziora, potem klękał i wreszcie począł czołgać się nad sam brzeg. Zatopił przynętę i czekał.

Minęło z półtorej godziny, a może i więcej. Ja bez powodzenia zmieniałem muszki, a Ksawery zmieniał co i raz owoce. Nastąpiła „złota godzina”, gdy z miejsca, w którym łowił Ksawery rozległ się taki wrzask, że aż po drugiej stronie jeziora zerwało się stado gawronów. Podbiegłem do Ksawerego.

– Mam, mam klenia – krzyczał. – To na pewno kleń. Zobacz jak walczy. Weź podbierak, albo nie, trzymaj wędkę, a ja go wyjmę.

Łatwo było powiedzieć „trzymaj wędkę”, gdy rozszalałą rybę trudno było utrzymać. Podekscytowany Ksawery nie wiedział: czy holować szamocącą się rybę, czy też oddać mi podbierak. W końcu gdy ryba po jakimś, co najmniej, kwadransie nieco osłabła podał mi podbierak.

– 46,7 cm, wspaniale, wspaniale – nie krył swojej radości Ksawery. – A ty co wyspinningowałeś na te swoje muszki?

– Jak na razie nic – odparłem zrezygnowany.

– A może spróbowałbyś na obrotóweczkę o mocno pracującym skrzydełku, najlepiej srebrną, nie, już szarzeje, weź złotą. Tam, może obok tych starych pni coś będzie.

Tak jak mi poradził tak też zrobiłem i gdy już zaczęło ciemnieć poczułem wyraźny zaczep. Pomyślałem, że oto znowu będę musiał stracić jedną z moich ulubionych obrotówek, ale szczytówka zaczęła wyraźnie drgać. Nie, to nie był zaczep, to była ryba. Ach, czy jest coś wspanialszego dla spinningisty, gdy czuje, że „ma” rybę. Dałem znak latareczką do Ksawerego, przybiegł w te pędy i nie bez zazdrości mierzył wyciągniętą rybę.

– A niech mnie, twój kleń ma 47,1 cm i jest jeszcze większy niż mój. Zmierzył rybę po raz drugi i trzeci. – Nawet ma 47,3 cm i co, na tę obrotóweczkę? A nie mówiłem?

Kiedy podziwialiśmy zanurzone w siatce nasze klenie nagle jezioro ożyło. Nad jego powierzchnię wyskakiwały ryby i łapały ognie Perseidów, które jeden po drugim zaczęły wpadać do jeziora. Ryby chcąc je uprzedzić wyskakiwały w powietrze, a potem nurkowały, zda się, za gasnącym w wodzie ognikiem. Niemal całe jezioro rozsrebrzyło się od ryb i Perseidów. W pewnej chwili trudno było odróżnić co jest rybą, a co meteorem, co jest niebem, a co jeziorem.

Staliśmy tak zachwyceni widowiskiem, które nad nami i pod nami się rozgrywało, gdy dobiegł nas głos Marka.

– Dostaliście w ogóle coś?

– Mamy dwa klenie – odparł Ksawery. – Ten mniejszy jest mój, ten większy Jasia.  

– Tak, tylko, że Jasiu złowił jazia, a nie klenia – Marek tłumaczył nam różnicę między kleniem a jaziem porównując płetwy obu ryb.

My jednak w dalszym ciągu obserwowaliśmy wspaniałe z rybami i meteorami dziwowisko. A jaź z kleniem powędrowały z powrotem do jeziora. Być może i one zdążyły się także nacieszyć obserwacją spadających Perseidów.

12 sierpnia 2013 r.