PRZEDŚWIĄTECZNA… „MAGIA”

Ani na ziemi, ani w powietrzu, ani nawet na niebie nie widać nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia.

Święta za to w pełnej krasie widać w… centrach handlowych. A także wśród kupujących „prezenty”. Zupełnie jakby Święta nie mogły obyć się bez… „prezentów”.

Mój telefon i komputer są zapchane „prezentami”, za które trzeba… zapłacić. Otworzysz gazetę… „prezenty”, włączysz radio… „prezenty”, włączysz telewizor… „prezenty”. No i jeszcze trwa to zawodzenie, to smęcenie… kolęd męczonych przez różnej maści wokalistów bez talentu i bez głosu.

Ostatnio, dzięki znajomemu W., zainteresowałem się twórczością poetycką Marii Konopnickiej. Wypożyczyłem więc ogromne tomisko pt. Konopnicka jakiej nie znamy autorstwa Marii Szypowskiej. Niestety, książka ta nie dosyć, że jest bardzo niewygodna do czytania ze względu na jej format i ciężar, to na domiar złego autorka napisała ją jakimś histeryczno-chaotycznym stylem. Doprawdy, ileż autorka chciałaby o Konopnickiej napisać, ale wszystko to jakiś niezborne, rozchwiane i, niestety, babskie.

(Tu od razu, na marginesie, chciałbym powiedzieć, że nie mam nic przeciwko „babskiemu” pisaniu. Czytelnicy tych zapisków znają chyba moje zachwyty np. Poezją Emily Dickinson, Marzanny Bogumiły Kielar, czy prozy Elsy Morante a ostatnio Patricii Highsmith oraz naszej Renaty Lis, która nie wiedzieć po co zaczęła pisać swoje felietony w… „Polityce”. I to akurat teraz, gdy postanowiłem z czytania tego tygodnika zrezygnować).

Domęczyłem się do strony 215, czyli, mniej więcej do polowy. Niestety, dalej nie mam ochoty brnąć przez dziwactwa stylistyczne autorki Konopnickiej jakiej nie znamy.

Title: REPULSION • Pers: DENEUVE, CATHERINE • Year: 1965 • Dir: POLANSKI, ROMAN • Ref: REP005AQ • Credit: [ COMPTON-TEKLI/ROYAL / THE KOBAL COLLECTION ]

W niedzielne wczesne popołudnie wybrałem się zatem do nowiutkiego kina na Gdańskiej Morenie. Podczas otwarcia było, jak zwykle sporo hałasu na temat jedynych w Polsce i nielicznych w Europie technicznych cudeniek jakie to kino ponoć posiada, ale oprócz w miarę wygodnych foteli, niczego to kino akurat na tym seansie nie zaprezentowało.

A zwabił mnie na wczesno popołudniowy, niedzielny seans wychwalany przez recenzentów film pt. Lion, Droga do domu (Lion – 2016), 129 min., reż. Garth Davis. Gdzieś, mniej więcej do połowy film zachwyca wizualnością, wspaniałymi zdjęciami, plenerami, a nade wszystko grą małego Sunnego Pawara. Do tego momentu film ten „ociera się” o arcydzieło, ale kiedy akcja przenosi się do Australii i kiedy Saroo dorasta (w tej roli Der Patel) film nagle zaczyna obniżać swoje loty. Aż nie chce się wierzyć, że Saroo Brierley, który ma i kochających (przybranych) rodziców, i mieszka w bardzo przyzwoitych warunkach, i ma piękną narzeczoną (Lucy – Rooney Mara), nagle, nie wiedzieć czemu (z tęsknoty?), postanawia odnaleźć swoją biologiczna matkę. Film od tego momentu staje się przewidywalny i, niestety, bardzo nudny. A zakończenie? Ileż już było takich zakończeń. Uważam jednak, że Sunny Pawar powinien otrzymać za rolę Saroo jeśli nie „dorosłego” Oscara, to przynajmniej jakieś bardzo duże wyróżnienie. Jeśli na ten, bardzo przeciętny, film warto iść, to tylko dla samego Sunnego Pawara.

Po bardzo przeciętnym filmie Davisa nabralem ochoty na dobre Kino. Mój wybór padł na film Davida Cronenberga pt. Dead Ringers (Nierozłączni – 1988), 115 min. z Jeremym Ironsem w podwójnej roli Beverly’ego i Elliota Montale oraz jak zawsze brzydką Geneviève Bujold jako Claire Niveau.

Beverly i Elliot to bardzo zdolni, robiący kariery naukowe, zamożni i wzięci ginekolodzy. Nie chce się zatem wierzyć co takiego zobaczyli w brzydkiej Claire Niveau.

Patrzyłem na ten film i zastanawiałem się: po co Jeremy Irons przyjął tę podwójną rolę braci bliźniaków? Zresztą szczególnie śledziłem jak Cronenberg pokaże tę podwójną rolę. Cóż, nic nadzwyczajnego. Wtedy, w 1988 r., efekty specjalne nie były jeszcze tak zaawansowane: kiedy – przykładowo – jeden z braci coś gada, to drugi jest filmowany „zza pleców”. Rutyna.

Beverly i Elliot popadają w obłęd. A może to reżyser ulega… „rozczepieniu jaźni”, bo i ten film mu się nie udał. W każdym razie to jest chyba najgorszy, i najgłupszy, film jaki ostatnio widziałem.

A przecież jakże po mistrzowsku obłęd i „rozczepienie jaźni” pokazuje przeszło dwadzieścia lat wcześniej Roman Polański we Wstręcie (Repulsion – 1965), 104 min. z Catherine Deneuve w roli Carol Ledoux.

wstret4

(Zapisek ten zatem ilustruję kadrami z filmu Romana Polańskiego). Zresztą, ileż filmowych arcydzieł powstało w latach sześćdziesiątych XX wieku.

Kiedy kończę ten zapisek na dworze jest ciemno i ponuro. Nie wszędzie jednak. Bo oto otrzymałem od P., za pośrednictwem poczty elektronicznej, zdjęcia pięknej zimy z Turznicy, niedaleko Ostródy.

Mikołaj zatem tam dojedzie saniami. A do mnie na – zachlapanym – motorze. Jeśli dojedzie.

6 grudnia 2016 r.

Ps. W zamierzchłych czasach, gdy jeszcze mieszkałem na osiedlu Międzytorze w Malborku, w moim rodzinnym domu, zawsze 6 grudnia w każdym domu pojawiał się prawie autentyczny św. Mikołaj.

To zazwyczaj bardzo skromny na co dzień Pan Gwizdała przeistaczał się w św. Mikołaja i szedł od domu do domu z ogromnym koszem czerwonych jabłuszek. Goszczono go czym kto miał tak, że św. Mikołaj był na obliczu nie mniej czerwony niż jabłuszka w jego koszyku.

Na dworze już leżał śnieg, był zazwyczaj lekki mróz, a św. Mikołaj lekko zataczając się szedł pod rozgwieżdżonym niebem od domu do domu.

Nie trzeba było hałaśliwych i jaskrawych centrów handlowych by działa się przedświąteczna magia świąt Bożego Narodzenia.