„POGŁĘBIONA REFLEKSJA”

11 czerwca 2012 r. dzień trwał 16 godzin i 22 minuty. Zastanawiam się czy tak nie mogłoby być przez cały rok? Ileż jednak jest uroku w tym narastaniu, to znowu ubywaniu dnia. Najpiękniejsza pogoda zaczyna się wtedy, gdy lato zaczyna przechodzić w jesień. I wówczas wcale nie martwią mnie coraz krótsze dni. Za to jakież wspaniałe zjawiska zaczynają dziać się w przyrodzie i na niebie.

Tymczasem czerwiec trwa pod znakiem piłki nożnej. Kto zatem zwraca uwagę na  śpiewające ptaki, na przyrodę, na „tranzyt Wenus”? Po ośmiu meczach i obejrzeniu wszystkich szesnastu drużyn najbardziej zachwyciła mnie dotąd Chorwacja i Dania. Mecze, które miały być „hitami” tj. Niemiec z Portugalią oraz Hiszpanii z Włochami bardzo mnie rozczarowały. Cristiano Ronaldo snuł się przez cały mecz unikając piłki. Raz tylko pokazał piękną „kiwkę”, ale to stanowczo za mało jak na cały mecz. A na rozdymanym do granic niemożliwości „hicie” tj. meczu Hiszpanii z Włochami zdarzyło mi się nawet przysnąć. Sprawozdawca sportowy zachwycał się jednak grą i Hiszpanów, i Włochów. Cmokali także spece od piłki w studio. Lubię taki futbol jak w meczu Chorwatów z Irlandią, a nie jakieś tam „piłkarskie szachy”. W szachy to ja mogę sobie pograć z synem w domu.

Jak zatem wypadają Polacy na tle tych 16 drużyn i 8 meczów? Otóż, moim zdaniem, wcale nie najgorzej. Wszystko jednak okaże się w meczu z Rosjanami. Wprawdzie Rosjanie „rozbili” w pierwszym spotkaniu Czechów, ale to jeszcze nic nie znaczy. Już kiedyś zachwyciłem się grą Rosjan, ale starczyło im wtedy sił i animuszu tylko na jeden mecz.

Polacy muszą koniecznie wygrać z Rosjanami. Dzisiaj, 12 czerwca br., znowu „się zacznie” albo nie będzie zgoła nic ciekawego. Pierwszy mecz grają Czesi z Grecją. Ciekawym wyniku. Jeśli Czesi przegrają i z Grecją to już „po nich”. Trzeci mecz, z Polską, może już być tylko kurtuazyjny.

W czwartek, tj. 14 czerwca br. będzie następny mecz w Gdańsku grupy „C”, czyli Hiszpanii z Irlandią. W niedzielę tj. 10 czerwca br. na dwie godziny przed meczem Hiszpanów z Włochami niebo nad Gdańskiem zaroiło się od lądujących samolotów. Było na co popatrzeć. Co kilka minut, a nawet i częściej, pojawiał się na niebie samolot. Były duże i małe. I takie, których dotychczas na gdańskim niebie nie widziałem.

Te moje zapiski czytają różne osoby. Spotykam się z przeróżnymi reakcjami i ocenami, najczęściej jednak pozytywnymi. Czytają je także uniwersyteccy profesorowie. Oto jeden z nich oświadcza, że budzą one „respekt i… zniecierpliwienie”. „Respekt”, ponieważ ich autorem jest „pisarz, fascynat sztuki filmowej, w ogóle odbiorca sztuki”. „Zniecierpliwienie”, ponieważ za mało w nich… „pogłębienia” refleksji”. Od samego początku tych zapisków unikałem kilku rzeczy: zajmowania się polityką, wyraźnego zanudzania swoim światopoglądem (sądzę, że chrystianizm, konserwatyzm, prawicowość są w moim przypadku, dla czytelników tych zapisków, oczywiste) oraz właśnie „pogłębionej” refleksji”, którą jeśli ktoś chce to może ją znajdzie w moich wierszach.

A poza tym więcej mi daje lektura znalezionej gdzieś przypadkowo na starganie książki niż zagłębianie się w filozoficzne bądź teologiczne rozważania i pisanie o nich… „pogłębionych” refleksji”. Na owym straganie leżał odgarniany, pomijany, odsuwany… Blake i jego Poezje wybrane. Mój Boże, wziąłem tę książkę i trzymałem jak największy skarb. A teraz zaglądam do niej kiedy tylko mogę. Cały czas jest bowiem na podorędziu. A duga książka to… Sekrety Polihymnii Jerzego Waldorffa. Czyż następujący fragment nie jest naprawdę uroczy:

„Bywają takie dni, kiedy książka zastępuje słońce. Niebo nakrywa ziemię jak smutna misa cynowa, wszędzie jest szaro i wilgotno, więc nie chce się wyjść z domu. Najlepiej wtedy zapalić lampę życzliwą pod kolorowym abażurem, przysunąć do niej fotel i sięgnąć po książkę. Wybrać trzeba jedną z tych, co pisane były w czas pogody przez pogodnego duchem autora. Czcionki na jej stronach błyszczeć zaczynają najpierw nikłym, a potem – w miarę, jak się wciągamy w czytanie – coraz intensywniejszym blaskiem; wokół stolika za lampą i fotela, w którym siedzimy, powstaje krąg jasnego ciepła. Na dworze siąpi zgniły deszczyk i wiatr tarmosi ramami okien, ale my już o tym nie wiemy. Poprzez książkę, jak przez tunel św. Gotarda łączący szwajcarską zimę z wiosną Włoch, dostaliśmy się w świat zapełniony łagodnym pięknem”.

„Świat zapełniony łagodnym pięknem” mógłby także się stać po meczach polskiej drużyny piłkarskiej. Mecz z Grecją był do wygrania, co, zresztą, udowodnili, gdy grali z tą drużyną, Czesi. Ponoć remis z Rosją to sukces. Przewidywałem, że z Grecją i z Rosją będą remisy, a potem gra o „wszystko” rozstrzygnie się z Czechami. I z czego tu się cieszyć? W „naszej” grupie „A” Rosja ma jeden wygrany mecz i Czesi mają jeden wygrany mecz. Czas i na polską drużynę. Remisy to żadne sukcesy. Gra się (także w piłkę nożną) po to aby wygrywać, a nie remisować. W ćwierćfinale może i będą remisy, ale wygra lepszy albo ten, komu będzie sprzyjać szczęście. A szczęście sprzyja lepszym.

11–13 czerwca 2012 r.