„O NIERÓWNOWAŻNEJ RÓWNOWAŻNI”

Siedem osób albo pięć osób, a niekiedy tylko trzy, czyli tzw. „kapituła” decydują arbitralnie – według własnego widzimisię – kto otrzyma dofinansowanie do wydania książki, kto otrzyma nagrodę, kto zgarnie sto tysięcy złotych itd.

Nie wiadomo, według jakiego „klucza” dobierane są owe „kapituły”. Jeszcze bardziej absurdalnie i arbitralnie – bo jednoosobowo – następuje namaszczenie na tzw. „arcydzieło”. Wspomniałem coś o tym w jednym z poprzednich zapisków.

Jeśli jednak jest arcydzieło, to trzeba je koniecznie przeczytać. Sięgnąłem zatem po Warunek Eustachego Rylskiego, który według Krzysztofa Masłonia jest arcydziełem. 

(Tu na marginesie chciałbym podkreślić, że wielokrotnie zabierałem się do czytania prozy Rylskiego, i po wielokroć ustępowałem przed jej pustką, a szczególnie zniechęcony dziwacznością stylu – jeżeli o jakimkolwiek stylu w przypadku prozy Rylskiego można mówić.

Komuś jednak pisanie o niczym, w dodatku dziwacznym stylem, może się podobać. Nazywać jednak takie dokonania arcydziełem?).

Warunek prawie w ogóle nie ma treści. Oto dwaj oficerowie napoleońskiej armii: arystokrata, hrabia Andrzej Rangułt – kapitan (dlaczego nie rotmistrz?) szwadronu siódmego gwardii oraz Semen Hoszowski – porucznik poróżnili się o to, że zmęczony porucznik, którego czeka za kilka godzin dalsza kurierska droga, nie chce wypić toastu za cesarza. Zawiązanie akcji jest zatem beznadziejne. Aż nie chce się czytać tych koślawych, wydumanych dialogów.

Dochodzi do pojedynku na pistolety. Potem do rewanżu podczas gry w kości. Rangułt kradnie pułkowe pieniądze… i z owymi pieniędzmi schowanymi w sakwie owi oficerowie uciekają, aby zmylić pogoń, najpierw na wschód od Moskwy, potem okrążają Moskwę od południa, by wreszcie podjąć marsz na Litwę, do majątku Rangułta w Nekli.

Schorowany Rangułt wkrótce umiera. Hoszowski romansuje z siostrą Rangułta Anną, lecz w końcu wyjeżdża by trafić, w ostatnich zdaniach Warunku, na rosyjskie kolumny. Oto i cała treść tego arcydzieła.

A oto fragment stylu, jakim został napisany Warunek;

„Nagle jak szmata jakaś opadło z nich człowieczeństwo, pozostawiając, w przeciwieństwie do towarzyszących im zwierząt, dosłowną, zawstydzającą biologię. Upadlali się przez ciała. Perspektywa być może odległego jeszcze dna przygnębiała. Rangułt, co niespodziewane, brał w tym Hoszowskiego. Zmienił się szybciej, gorzej, rzec by się chciało: gruntowniej. Nie szedł w tuberkułową sublimację, arystokratyczną kruchość, ostateczne wychłodzenie, przedśmiertne wybielenie, ale w dosadność utykającej fizyczności. W spotworniałość, czyraczność, smrodliwość. Paskudnie chłopiał, nieodwołalnie ordynarniał.

Hoszowski mógł jeszcze gdzieś skręcić, zatrzymać się, może nawet cofnąć, miał dni lepsze i gorsze, był zmieniony, ale rozpoznawalny. Rangułt zanurzał się w brudną otchłań, w jakąś pokraczną zmysłowość”.

Albo jeszcze inny fragment:

„Porucznik wymyślał siebie, lecz dobrze mu nie szło. Czasami miewał wrażenie, że się do czegoś zbliża, częściej – że się oddala, tym nieuchronniej, im bardziej go to trwoży.

– Nie mamy innej drogi do siebie niż przez kapitana – powiedział któregoś dnia Annie. – Nie ominiemy go.

Stało się to, gdy przestali z sobą rozmawiać, bo Anna traciła tę zdolność.

Opowieść o zapamiętanym adepcie wojny, o nierównoważnej równoważni, na której ich posadzono, by z dnia na dzień obserwowali koleje swych mijających się losów, była ostatnią ofiarą na rzecz brata. Niemożliwym już do powtórzenia wysiłkiem”.

Niemożliwym do powtórzenia wysiłkiem byłoby przeczytanie jakiegokolwiek następnego utworu Rylskiego.

Co zastanawiające bardzo podobną, co Warunek, treść zawiera opowiadanie Josepha Conrada Pojedynek, z którego Ridley Scott nakręcił w 1977 r. arcydzieło pod tym samym tytulem (The Duellists, 100 min.), z niezapomnianymi rolami Keitha Carradine, jako Armanda d’Huberta i Harveya Keitela, jako Gabriela Feranda.

Zachwycił mnie ten film, gdy oglądałem go po raz pierwszy. Zachwyca i po dziś dzień.

Po co zatem podejmować tematykę, którą już ktoś przedtem napisał, a nade wszystko arcydzielnie sfilmował?

Pojedynku Scotta także poszło o jakąś błahą sprawę. Honorowo jednak Gabriel wyzywa na pojedynek Armanda. Pojedynkują się na różne bronie przez cały film. Kiedy jeden z nich ma niższą szarżę, ten drugi czeka aż jego przeciwnik awansuje i będzie mu szarżą równy. Tak pojedynkują się dopóty, dopóki nie zostają generałami. Także jednak i wtedy, już mocno posunięci wiekiem, przystępują do pojedynku.

Pojedynek Scotta to nie jest, bynajmniej, tylko film o oficerskim honorze i o pojedynkach. To film o dwóch różnych, lecz, paradoksalnie, jakże podobnych do siebie osobowościach. To wreszcie film mający za tło czasy wojen napoleońskich, jakże sugestywnie w tym obrazie oddanych.

13 czerwca 2018 r.