„TO JEST PUSTE”

„To jest puste” – mówi podczas nagrania, w paryskim studio nagrań, Wiktor Warski (Tomasz Kot) do Zuli Lichoń (Joanna Kulig), która próbuje nagrać piosenkę. I tak można by podsumować film Pawła Pawlikowskiego pt. Zimna wojna, 2018 r., 84 min.

Od kilku tygodni rosła fama, a szczególnie billboardowa reklama, wokół tego filmu: że przecież Złota Palma za reżyserię w Cannes, że niemal arcydzieło (krytycy gęsto dają szóstki), że nareszcie „polski film wypłynął na europejskie wody” itd.

Jestem tylko skromnym kinofilem z kilkudziesięcioletnim stażem. Przez te lata naoglądałem się filmów, co niemiara: dobrych i złych, znakomitych i zupełnie beznadziejnych, chociaż obsypanych nagrodami i Oscarami. Cieszę się zawsze, gdy doznaję arcydzieła, chociaż to zdarza się rzadko, coraz rzadziej, teraz prawie wcale.

Po tych kilkudziesięciu latach doświadczam instynktu, czy też zmysłu, kinofila, który pozwala mi odróżniać filmy kiepskie, od dobrych, arcydzieła, od pseudoarcydzieł itd.

Zimna wojna to są jakieś fragmenty, strzępy niby miłości między Zulą a Wiktorem. Film o miłości, w którym w ogóle nie ma uczuć. Nie ma nawet seksu. Nie ma także Boga, chociaż reżyser sugeruje, że jest to film jakby metafizyczny. (Właśnie: „jakby”). Fabuła przenosi się z jednego miejsca w drugie. Główni bohaterowie spotykają się i natychmiast rozstają.

Słychać ponadto bezustanne mamrotanie. Nie wiadomo, o czym aktorzy mówią. Tak samo było w oscarowej Idzie.

Jedna ze scen przedstawia się następująco: zmęczony Wiktor wraca po całonocnym koncercie do mieszkania. Kochanka pyta go: „– Znowu byłeś na kurwach?”; „– Nie stać mnie na nie” – odpowiada Wiktor; „– No to idę spać” – kończy ów dialog kochanka.

Wizualnie film jest także kiepski. Kto to widział, aby zespół pieśni i tańca (w tym przypadku „Mazurek”) filmować w zbliżeniach, w kawałkach, w strzępach. Reżyser jest jednak zapatrzony w filmy z lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku. Przyjął z tamtego czasu kadrowanie i – wydaje mu się, że – również poetykę. Jakież jednak wspaniałe wtedy były polskie filmy, a jacyż operatorzy.

W pewnym momencie zacząłem potwornie ziewać: to zmysł kinofila zaczął mi dawać znak, że film jest najzwyczajniej nudny. Ziewałem raz po raz nie mogąc doczekać się końca tego krótkiego, bo przecież zaledwie 84 minutowego filmu.

Jedyny jasny punkt tego filmu to naprawdę bardzo dobry Tomasz Kot w roli Wiktora Warskiego.

12 czerwca 2018 r.