NCL

NCL, czyli Noctilucent Clouds tzn. srebrzyste obłoki. Któż na nie zwraca uwagę? Kto w ogóle wie o ich istnieniu?

A nawet jeśli wie, to po co mu ta wiedza potrzebna, jeśli wokół w dalszym ciągu trwa przerażająca rzeczywistość. (Zazwyczaj literaci piszą, że „rzeczywistość skrzeczy”).

A poza tym „po co” pisać (książki itd.) zadał mi wczoraj to pytanie mój znajomy. Po co, w ogóle, żyć w tej coraz bardziej absurdalniejącej rzeczywistości?

Wcale jeszcze nie wybieram się na „drugą stronę”, ale moje życie powoli dobiega końca. I wcale nie zazdroszczę młodym ludziom ich młodości, bo wiem, nie spotka ich tu nic dobrego. Mam jeszcze wiele pomysłów (literackich), wydawniczych itd., słowem „chce mi się chcieć”, ale nie pokonam wszechogarniających absurdów, arbitralności i najzwyczajniejszej głupoty oraz zawiści. Niemniej będę szedł dalej, aż do samego końca. I nikt mi nie zabroni ani tych moich „wierszyków” (które co i raz pojawiają się nie wiadomo skąd), ani tych zapisków, ani nawet moich zainteresowań m.in. srebrzystymi obłokami. Bo na te „wierszyki” ktoś jednak ciągle czeka, o czym mogłem się przekonać w życzeniach składanych mi z okazji niedawnych imienin. Bo srebrzyste obłoki są nie tylko dla mnie. Wystarczy je dostrzec (podobnie zresztą jak poezję w codzienności).

W same imieniny dopadło mnie nie wiedzieć skąd przeziębienie tak, że z temperaturą 38,7 C przyjmowałem gości „zza drzwi”, a prezenty „przez żonę”. Już z samego rana pojawił się J. z prezentem, który bardzo mnie ucieszył (letnie portki z tropiku uszyte na miarę), ale najwięcej gości sypnęło się dopiero po południu i wieczorem. Przyjechał również K., ale tak jak to jest w jego zwyczaju nie przywiózł mi alzackiego wina, lecz… skórzane oficerki, a do tego… drugą parę portek, czyli bryczesy. Od razu te oficerki przymierzyłem i odetchnąłem z ulgą, gdy okazało się, że – ponieważ mam stopę „wysoką na podbiciu” – i te buty na mnie „nie wchodzą”. K. niezadowolony z siebie kręcił głową nie mogąc zrozumieć, że przeoczył taki fakt jak moje „wysokie podbicie”. Jakiś czas temu uparł się żeby zrobić ze mnie „koniarza”, chociaż nie raz mu tłumaczyłem, że tak jak psów nie lubię, tak koni się boję.(W dzieciństwie obserwowałem kilka razy spłoszone konie. Raz nawet widziałem jak furmankę rozniosły „w drobny mak”, gdy pijany chłop potraktował je batem. Chłopu nic się nie stało, wylądował z kilkoma siniakami w rowie, nawet nie wypuścił z rąk kufla).  K. bowiem ma swoją „osobistą, małą stajenkę” a w niej dwa konie. No cóż, oprócz braku prezentów gorszą chyba rzeczą są prezenty „nie trafione”. Po co mi bryczesy, po co mi skórzane oficerki jeśli ja na koniu i tak jeździć nie będę. K. jest, oczywiście, kierowcą, a jeśli ma spacerować to tylko na koniu. Ja, jak wiadomo, samochodu prowadzić nie mogę i bardzo lubię spacery. K. umyślił sobie abyśmy po Trójmiejskim Parku Krajobrazowym… spacerowali konno. Siedział smętny z tymi oficerkami, w pewnej chwili nawet wpadł na pomysł, aby je „szewc rozbił”, ale nie dałem się przekonać. 

Rozstawaliśmy się więc w minorowych nastrojach: ja nieco zażenowany nietrafionym prezentem, on, że jednak nie udało mu się „wrobić mnie w konia”. Na odchodnym podgadaliśmy jeszcze o tym, że warto by zrobić wreszcie użytek z jego lunety, bo to i przesilenie letnie i białe noce. Ja wtedy dodałem, że to najlepsza sposobność by wyglądać „duchów na niebie”, czyli srebrzystych obłoków. K. zatrzymał się w drzwiach i powiedział:

– Oj, Jasiu, Jasiu zasiedziałeś się ty w domu jeśli już wyglądasz „duchów na niebie”. Albo lepiej powiedz co ci zaaplikowali za lekarstwo na tę twoją gorączkę jeśli po nim widzisz srebrzyste obłoki?

Było już dobrze po północy, gdy obudził mnie jego telefon. – Mam dzisiaj rano wczesny wyjazd, wstałem jeszcze przed wschodem Słońca i spojrzałem, tak jak mi mówiłeś ponad północny horyzont. Czy to „coś” mieniące się srebrzyście i wijące jak „dymek z papierosa” to są te „duchy na niebie”?

– Tak „to” jest „to” – odparłem. Obłoki srebrzyste zapewne lepiej widać za miastem, tam gdzie jest mniej „świetlnego śmiecia”.

– Wiesz co Jasiu, dzisiaj wyjeżdżam na kilka dni, ale po powrocie wezmę z tydzień wolnego i wtedy „zasadzimy się” na te „duchy na niebie”.

Jak powiedział, tak też uczynił. Przyjechał do mnie po paru dniach.

– Mam dosyć włóczenia się po winnicach, chętnie więc posiedzę kilka dni w domu. Żona w sanatorium, córki siedzą jedna w Portugalii, druga w Chorwacji, konie wypożyczyłem znajomemu – w tym miejscu spojrzał na mnie znacząco – jedynie psy zostały, ale postaram się aby za bardzo nie ujadały. O, będziesz nocował w tym pokoju z widokiem na sosnę kaukaską.

Świat mógłby istnieć bez koni i bez psów, ale nie wyobrażam sobie świata bez drzew – pomyślałem dotykając pięknej, ach jakże pięknej, sosny kaukaskiej z niebieskawymi szyszkami.

Z początku posiedzieliśmy na tarasie. Po północy zabezpieczeni repelentem usiedliśmy przy małym ogieńku na krańcu łąki tak, aby mieć widok na północny horyzont.   

Nieoczekiwanie jednak przysnęliśmy. Może to było następstwo kilku lampek znakomitego alzackiego gewürztraminera, a zapewne i tego, że znakomicie śpi się „na powietrzu”. To obudziły nas psy, które wytropiły jakiegoś zabłąkanego lisa i rzuciły się za nim w pogoń. Dochodziła druga dwadzieścia. Spojrzeliśmy nad północny horyzont: niebo świeciło się jakby nieziemskim blaskiem i w kilku wąskich pasmach, niby rozplecione warkocze, jarzyły się błękitem i srebrem lekkie obłoki. Cóż za cudowny widok. Patrzyliśmy i patrzyliśmy na to błękitno–srebrne dziwowisko nie mogąc nasycić oczu. Warto było nie dospać i tej nocy i kilka następnych. Potem niebo zasnuły chmury. A kiedy wróciłem do domu z chełmskiego wzgórza którejś nocy jeszcze raz próbowałem wypatrywać „duchów na niebie”. Dostrzegłem jedynie, za łuną świateł śródmieścia, jakieś smugi. Czy były to jednak srebrzyste obłoki nie byłem pewien.

5 lipca 2013 r.