NAIWNOŚCI

Niestety, skończyły się najdłuższe dni roku, bo od dzisiaj, tj. 26 czerwca dzień trwa krócej już o jedną minutę. Zaczęły się także tzw. „świętojańskie deszcze”. A ja swoje imienny świętowałem z temperaturą 38,7 stopnia Celsjusza. Był to tylko dwudniowy, przeziębieniowy, epizod.

W dalszym ciągu czytam Tuwima i zachwycam się jego… prozą poetycką (np.  Brzoskwinią z tomu Czyhanie na Boga, 1918), podczytuję również Louis’a–Ferdinad’a Céline’a Podróż do kresu nocy, a definitywnie pożegnałem się ze słuchaniem Dzienników Jerzego Pilcha, bo to zupełnie „nie moja” literatura.

Zaintrygował mnie film pt. Chłopiec w pasiastej piżamie (The Boy in the Striped Pyjamas – 2008), 93 min., reż. Mark Herman, prod. USA i Wielka Brytania. W roli głównej jako Bruno wystąpił Asa Butterfield (1997), który gra tutaj ośmiolatka. Oglądałem ten film z tzw. „mieszanymi uczuciami”. Wspaniały temat niewykorzystanych – także filmowych – możliwości. Niby wszystko w tym filmie jest w porządku tylko po co aż tyle niekonsekwencji i… naiwności. Bo np. dlaczego więźnia, „brudnego Żyda”, z obozu koncentracyjnego zatrudnia się do obierania ziemniaków w sterylnej kuchni komendanta obozu? Albo – jeszcze bardziej nieprawdopodobne – zatrudnia się Shmuela z obozu, przyjaciela Bruno, do wycierania wąskich kieliszków w domu komendanta. Bo ma „wąską dłoń”? A nade wszystko dlaczego Bruno, chłopiec o wielkiej wrażliwości i nieprzeciętnej wyobraźni okazał się aż tak naiwny, by nie powiedzieć… głupi? Moim zdaniem film ten może być przykładem tego jak wspaniały temat można najzwyczajniej… „schrzanić”.

Zresztą cóż pisać o naiwności Bruna, czy też także Marka Hermana. W końcu to „tylko” film. Rzeczywistość jest, jak się ciągle o tym przekonuję, znacznie bezwzględniejsza i okrutniejsza. Oto dwa, banalne wydawać by się mogło, przykłady. Kiedy w związku z „pracami dociepleniowymi” na moim budynku poprosiłem operatora telewizji satelitarnej o czasowe zawieszenie sygnału, nagle, w dniu moich imienin (to miał być „prezent”?) operator za pośrednictwem… smsa rozwiązał ze mną umowę. „Szast, prast” i postanowił „sprytnie”, korzystając z nadarzającej się sposobności, pozbyć się „niewygodnego abonenta”. Oj, panowie, „nie ze mną takie numery”. Źleście trafili. Akurat z przepisami, i  słowem pisanym, nieźle sobie radzę. Coraz częściej „odpuszczam sobie” takie sprawy. Tej i jeszcze jednej postanowiłem jednak „nie odpuszczać”.

Bo druga sprawa to w całej swojej, niestety, naiwności złożyłem „Wniosek o stypendium kulturalne Miasta Gdańska” z projektem „Wybór wierszy z lat 1977–2012”. Wydawać by się mogło, że nie powinno być problemów bo to przecież wybór moich najlepszych wierszy z trzydziestu pięciu lat działalności poetyckiej, bo i dwie rekomendacje znanych badaczy literatury a także rekomendacja dyrektora wydawnictwa. A jednak „Komisja Stypendialna nie przyznała Panu Stypendium Kulturalnego Miasta Gdańska w II edycji na 2013 r.”.

Niebawem – jeśli przepisy zostaną dotrzymane – okaże się co to za „Komisja Stypendialna”. Czytelnicy tych zapisków, którzy także i w tej sprawie bardzo mnie wspierają chcieliby wiedzieć: czy przyznawanie owych „stypendiów kulturalnych” Miasta Gdańska odbywa według dostępnych i czytelnych kryteriów, czy też wedle widzimisię niekompetentnych, w kwestiach poetycko–wydawniczych, przypadkowych osób.

26 czerwca 2013 r.

Ps.

Program II Polskiego Radia, który słucham naprzemiennie z RMF Classic (jeśli za bardzo nie zaczyna śmiecić na antenie reklamami), od poniedziałku bezustannie reklamował płytę pewnego poety, który wybrał i nagrał, z okazji swojej siedemdziesiątki, dwadzieścia cztery wiersze. Wybrać dwadzieścia cztery wiersze z czterdziestu pięciu lat swojej działalności poetyckiej i w dodatku ośmielić się je samemu czytać to wyczyn nie lada.

Tygodnik wraz z załączona płytą kupiłem i znalazłem chwilę by tę płytę posłuchać. W końcu to tylko niecałe piętnaście minut. No i co? No i nic! Z płyty rozlega się dukający, sepleniący, urywany głos autora. Niekiedy słychać, że wzrusza się swoimi utworami. O, gdyby jeszcze wzruszyły (w ogóle poruszyły) one i słuchającego. To byłaby już połowa sukcesu.  Druga połowa to tematyka, która niewiele, lub wcale mnie obeszła. „Coś” na pewno w tych utworach jest, ale to nie moja poetyka, nie moja poezja. Pisać wiersze każdemu wolno, ale z tego faktu czynić z kogoś, nie wiedzieć czemu, bo w utworach „jednak coś jest”, od razu wieszcza albo co najmniej „wybitnego poetę” to przesada. Możliwa jednak tylko u nas, w naszym rozpoetyzowanym kraju.

Kiedy słuchałem tego dukającego swoim sepleniącym głosem poety pomyślałem jak to dobrze, że nigdy dotąd nie uległem namowom abym czytał na płycie swoje wiersze. Żeby czytać swoje wiersze trzeba mieć dobrze ustawiony głos, a pokażcie mi takiego poetę który potrafi czytać swoje wiersze? Kiedyś ponoć tak bywało: Broniewski, Gałczyński… No i Josip Brodski. Ja zawsze proszę o czytanie moich wierszy aktora. Genialnie czyta na płycie moje wiersze Ignacy Gogolewski. Pięknie również czyta (ale ten „papieski”) Piotr Adamczyk…

28 czerwca 2013 r.