W POŁOWIE LIPCA ANNO DOMINI 2013…

Dzień jest już krótszy od najdłuższego w roku aż o pół godziny. (18 lipca dzień trwa tylko 16 godz. i 12 min). To bardzo dużo, chociaż na razie jeszcze tego nie daje się zauważyć. Pogoda…? Jak to w lipcu. Mogło być gorzej. A tak, w sumie, pogoda jest… ниеподходящa – jak ponoć w takich, lub podobnych, okolicznościach powiadają Rosjanie.

„No bo cóż to za pogoda” – jak ją podsumował Andrzej, gdy 10 lipca br. pojechaliśmy na jego jezioro – „wiosny nie było, a teraz niby jest gorąco, a ostro zawiewa jak nie ze wschodu, to znowu z północy. Ryby siedzą na głębinie. Szczupaków też trzeba szukać”. Przekonaliśmy się już w kilka chwili potem, a następnie przez kilka kolejnych godzin, że „szczupaka nie ma”.  Naspinningowaliśmy się aż do bólu pleców i nawet marny okonek „nie capnął”. Co jednak nawdychaliśmy się zapachu jeziornej wody, co napatrzyliśmy na jej niepowtarzalny zielonkawo-złoty kolor, to nasze. Ja przy tym przeziąbłem, bo od czasu do czasu nieźle popadało, a nade wszystko wiał zimny, północy wiatr. Słowem ubrałem się niestosownie do pogody.

Bo o świcie, kiedy przyjechał po mnie L. i zobaczyłem go niemal okutanego a to – po kolei – w podkoszulkę, a to w ciepłą koszulę, a to w jakiś fraczek-kubraczek, na to jeszcze „był wdziany” polar, a na polar zimowa kurtka – to parsknąłem śmiechem. „Lipiec, a ty tak okutany?” – „No, no, no, no” – usłyszałem tylko zwyczajne L. w odpowiedzi. No bo ja miałem na sobie: długie spodnie i koszulę z długim rękawem, a do plecaka zapakowałem na przebranie, spodziewając się jeziornego upału, krótkie spodnie i t-shirt. W ostatniej chwili, tuż przed wyjściem złapałem jeszcze z szafy bluzę od dresu. Na jeziorze jednak przed północnym wiatrem nie ochroniły mnie ani t-shirt, ani koszula z długim rękawem, ani bluza dresowa. Przeziąbłem tak, że nagle odezwała się rwa kulszowa. Co ciekawe, kucnąć mogę, ale pochylać się, odwracać itd. nie daj Boże. Od razu zauważyłem także reakcje moich znajomych i przyjaciół zaciekawionych tą moją wyprawą na szczupaka. „Najlepiej abyś nikomu nie opowiadał, że cię dopadła rwa kulszowa. A już pod żadnym pozorem nie pisz o tym”. Opowiadać nie muszę, a wspomnieć o tym w moich zapiskach? A dlaczemu nie. Przy okazji – to, niestety, smutne spostrzeżenie – po raz kolejny przekonuję się, że ci, którzy deklarują się jako „dozgonni przyjaciele”, to najczęściej tylko fair-weatherzy. Po co tacy przyjaciele, gdy jak ci dobrze, powodzi ci się, nie chorujesz itd. to ich masz. A przy pierwszym niepowodzeniu lub jakiejś dolegliwości od razu znikają albo milkną. Przyzwyczaiłem się już jednak i do fair-weatherów, bo „w końcu kogoś trzeba znać”, jak powtarza od czasu do czasu mój przyjaciel J-sz.

Nigdy nie sądziłem, że w wakacje będę musiał pójść do lekarza. Byłem. Zaordynował mi jakiś przeciwbólowe leki. Zalecił „polegiwać i się wygrzać”. Leków nie kupiłem, polegiwać nie lubię, ale w ramach rekonwalescencji puściłem sobie z DVD sześćdziesięcioletniego, lecz jakże krzepkiego, „dziadka”, czyli western Jeździec znikąd (Shane 1953), 118 min., reż. George Stevens (1940–1975) z m.in. Alanem Ladd’em (1913–1964) jako Shane; Brandonem De Wilde (1942–1972) jako Joey Starrett; Jackiem Palance (1919–2006) jako Jack Wilson; Donem Johnsonem (1918–1996) jako Chris Calloway oraz Douglasem Spencerem jako Axel „Swede” Shipstead i Elisha Coook Jr. jako Stonewall Torrey. A poza tym znakomite zdjęcia Loyal’a Griggs’a (Oscar) no i niezapomniana muzyka Victor’a Young’a (1899–1965). (Pamiętacie ten piękny walczyk z Osiemdziesiąt dni dookoła świta Michaela Andersona? To także skomponował go Victor Young).

Jeździec-znikąd

W moim przekonaniu Jeździec znikąd nic się nie zestarzał. Bardzo lubię te dawne, klasyczne westerny. Uwielbiam szczególnie dwie sceny. Pierwsza to ta, gdy „Swede” udaje się z zadziornym Torrey’em do kowala, do „miasteczka”. Torrey jest „przy colcie” dostrzega to rewolwerowiec Jack Wilson. Musi dojść do pojedynku. Niedawno przeszła burza, widać  jeszcze jak ciemna chmura odchodzi w grzmotach i rozbłyskach błyskawic. Wilson strzela do Torreya, który upada w wielką kałużę błota. A druga scena to pojedynek Shane’a z Wilsonem i w ogóle ostatnie dziesięć minut filmu. Powolne ruchy, i ten pies uciekający z podkulonym ogonem na widok Wilsona, to Wilsonowe „udowodnij to” i dopiero klatka po klatce można docenić wspaniałość tej sceny. A odbywa się to beż żadnych efektów specjalnych. Uwielbiam ten film. Ma bowiem nastrój, klimat nie do powtórzenia. No i jeszcze nade wszystko znakomita gra aktorów. Być może trochę sentymentalnie patrzę na ten film, ale dlaczego takich wzruszeń nie dostarczają współczesne filmy?

Poza tym czas między zaleconym polegiwaniem i zajęciami domowymi nie wymagającymi pochylania się (odkurzanie i prasowanie, które są w mojej „gestii”) zajęła mi lektura najnowszej książki Antoniego Libery pt. Niech się panu darzy i dwie inne nowele. Dwie pierwsze nowele wydały mi się trochę wydumane, natomiast nad trzecią pt. Toccata C-dur – chapeau bas! Polecam lekturę tej niewielkiej książeczki. Nie po raz pierwszy zatem okazuje się, że ważna jest nie objętość, lecz jakość.

Piszę to w sytuacji, gdy z mojej skrzynki pocztowej wysypała się, po dwutygodniowej urlopie listonosza, wielka ilość (podkreślam: „ilość”) „tomików poetyckich”, czasopism literackich i w ogóle „poezji”.

18 lipca 2013 r.