MELANCHOLIA

Powoli dobiega maj Anno Domini 2012. Minęła zatem jedna szósta szczupakowych miesięcy (maj – październik), a ja już nie pamiętam kiedy byłem na rybach. Nad jeziorem – ze dwa lata temu. Albowiem to co najciekawsze rozgrywa się, trwa za miastem. W mieście: tłumnym, głośnym, zakurzonym i cuchnącym czuję się jak na przedziwnej planecie zmierzającej nie wiadomo skąd i dokąd.

Słowa te piszę „pod wpływem” przedziwnego, i okropnie nudnego, filmu pt. Melancholia (2011) 130 min. w reżyserii Larsa von Triera, z nagrodzoną Złotą Palmą Kristen Dunst jako Justine. Nie lubię takich filmów, w których „nie wiadomo o co chodzi”, a także „dziwaczenia na siłę” oraz nieudolnego podszywania się pod Stanleya Kubricka. Mój Boże, ileż było już tych Stanley’ów Kubrick’ów. Żaden jednak nawet nie dorasta do pięt oryginałowi. Po co więc ten wysiłek, te dziwaczenia, te wymyślania jakiejś planety pod nazwą Melancholia? Film ten ma przepiękny, poetycki wstęp. Ostatnia scena też jest świetna. A pozostałe dwie (!) godziny to potworna nuda i jakieś bezsensowne dziwaczenia kręcone roztrzęsioną kamerą z ręki. Męczyłem się na tym filmie okropnie ze świadomością, że oto na Polsacie trwa właśnie na żywo kabareton w Sopocie. Po co się melancholijnie zamęczać jak można się „po pachy uchachać”? Wytrzymałem jednak na Melancholii do końca. Przełączyłem na kabareton i teraz dopiero można było pogrążyć się w melancholii słuchając i oglądając wygłupy bełkocących skecze „kabaretów”. Po występach dwóch „kabaretów” miałem dość.

Wynudziłem się także niesamowicie na wychwalanym filmie pt. Trzy małpy (Üç maumum – 2009) 109 min. reż. Nuri Bilge Ceylan. Nie neguję, że komuś takie „ciągnące się” i bardzo smutne filmy mogą się podobać. Ja, osobiście, takich „snujów” o beznadziei nie lubię. Sztuka, bowiem powinna dawać jednak jakąś nadzieję. No i jeszcze ta zgniłozielona tonacja filmu.

Można wpaść w melancholię oglądając „kontrolne” występy polskiej drużyny piłkarskiej przed EURO 2012. Po wspaniałym, pełnym dramatyzmu meczu FC Bayern (wyjściowy skład: Neuer – Contento, Boateng, Tymoszczuk, Lahm – Schweinsteiger, Kroos – Ribery, Müller, Robben – Gomez) kontra Chelsea FC (wyjściowy skład: Cech – Cole, David Luiz, Cahill, Bosingwa – Lampard, Mikel – Bertrand, Juan Mata, Kalou – Drogba) mógłbym zapytać: „z czym do luda” na EURO 2012? Przez cały czas kibicowałem Chelsea FC i jakoś nie wierzę w polską drużynę. Uważam, że na EURO 2012 pierwszy mecz (8 czerwca) z Grecją zakończy się rezultatem 0:0. Drugi mecz (12 czerwca) z Rosją zakończy się wygraną polskiej drużyny 1:0. W trzecim meczu (16 czerwca) z Czechami będzie remis 1:1. Jeśli nawet polska drużyna awansuje do ćwierćfinału to tam na pewno „polegnie”. Nie ma bowiem żadnych szans ani z Niemcami, ani z Holandią, które to drużyny zapewne także ze swojej grupy do ćwierćfinałów awansują.

Ja jednak czekam na Olimpiadę w Londynie. Lekkoatletyka to jest „to”. (Czy widzieliście, poza tym, aby któryś z lekkoatletów… pluł na „murawę”, tak jak to czynią niektórzy piłkarze? Uważam, że za takie plucie powinny być żółte kartki).

Melancholia mnie ogarnęła, gdy sięgnąłem po najnowszą książkę Anny Piwkowskiej pt. Lustrzanka. Zapowiadano wydanie tego tomika już od kilku tygodni. Pytałem o Lustrzankę po empikach i różnych księgarniach: nikt nic nie słyszał o tej książce. W Internecie można było znaleźć informację, że Instytut Książki przeznaczył na cel pt. „Wydanie i promocja tomiku poetyckiego Anny Piwkowskiej „Lustrzanka” 10 000.00 PLN” (dziesięć tysięcy złotych).  W końcu zamówiłem tę książkę w jednej z księgarń. Mógłbym zapytać: na co poszło te 10 000.00 PLN? Oto bowiem za 22 zł za egzemplarz otrzymałem malutką książeczkę formatu A–6 (tzn. wielkości małej koperty) z tekturkową okładką i praktycznie jednorazowego użytku, ponieważ ta książczyna zaczęła rozpadać się już przy pierwszej lekturze. Zajrzałem jednak do środka, czyli do treści i… nie chciałbym o tej książczynie się wypowiadać. Zwyczajnie, nie chciałbym. Mogę tylko powiedzieć, że najwięcej jest w tym tomiku… psów i róż. Po niedawnej (i nieustającej) lekturze wierszy Thomasa Hardy oraz Muzyki wieczorem Jarosława Iwaszkiewicza wiem, co to jest Poezja. Mogę jeszcze dodać, że spotkało mnie wielkie, przeogromne, rozczarowanie tą Lustrzanką. Za 22 zł miałbym dobrą (gorzką!) czekoladę belgijską. A tak obyłem się smakiem.

Ten ostatni tydzień maja w ogóle jakiś melancholijny. Oto bowiem także w repertuarze telewizyjnym ostatecznie wybrałem (coś musiałem wybrać, w końcu płacę filmowy abonament) norweski film pt. Bez wstydu (Maskeblomstafamilien – 2010) 98 min. w reżyserii Petter’a Naes’a. Co za gniot nie wiadomo o czym, w dodatku utrzymany w sinoniebieskawej tonacji. Skąd w ogóle wzięła się ta maniera kręcenia filmów roztrzęsioną kamerą albo w sinoniebieskawej tonacji? A ja tak chciałbym wreszcie zobaczyć ciekawą historię dobrze nakręconą, oświetloną i sfotografowaną. Ot, chociażby takie współczesne… Osiem i pół albo Słodkie życie lub Amarcord.

Unikam oglądania współczesnych polskich filmów, bo już nie raz przekonałem się, że szkoda czasu. Tym razem skusiłem się na wychwalane, i nagradzane, Erratum (2010) 90 min. w reżyserii Marka Lechkiego. I od razu od pierwszych scen, od pierwszej sekwencji, zaskoczenie: albo ja już jestem tak głuchy, że nie rozumiem co mówią polscy aktorzy, albo jednak ci aktorzy coś prawie niezrozumiale bełkoczą. Przesunąłem suwak głośności na pilocie niemal „na maksa”. Coś niecoś zaczęło do mnie docierać. Poza tym cała „akcja” tego filmu została sfotografowana w zbliżeniach i w ciemnościach. Przez cały czas zastanawiałem się: „o co w tym filmie chodzi”? Trudno dociec co mówią aktorzy, „akcja” wydumana, na ekranie prawie same zbliżenia i ciemności. I to ma być to współczesne polskie kino?

Ach, całe szczęście kupiłem sobie „trójpak” z: Don Kichotem (1957), Hamletem (1964),) i Królem Learem (1970) Grigorija Kozincewa. Tak, to jest Kino!

Hamlet_1964

A już zupełnie odeszła ode mnie melancholia, gdy obejrzałem Niewidocznych (Dirty Pretty Things – 2002) 97 min. Stephen’a Frears’a[1]. Nie było to wprawdzie wielkie Kino, ale film ten obejrzałem z dużym zaciekawieniem.

Jeden z moich znajomych, któremu Melancholia bardzo się podobała stwierdził, że w swoich zapiskach jestem „krytyczny”, „a nawet bardzo krytyczny”.

To nie kwestia krytyczności, po prostu tak odbieram świat. A poza tym bardzo lubię ludzi utalentowanych. Ostatnio nie mogę się nasłuchać Roberty Invernizzi. Bo kiedy śpiewa arie z oper Händla można zapomnieć o wszystkim, a nade wszystko o… melancholii. Zachwyciło mnie także fortepianowe (!) wykonanie Lisy Smirnovej ośmiu suit Händla.

Zapisane przy końcu maja 2012 r.

[1] ur. 1941 r., reżyserował m.in. filmy: Królowa (2006), Mały Liam (2000), Kraina Hi–Lo (1998), Niebezpieczne związki (1988).