MASZKARY

Czekałem kilka tygodni na zapowiadany western pt. Zemsta rewolwerowca (The Harder They Fall – 2021), 139 min., reż. The Bullitts.

Ach, western (łezka się w oku kręci kinofila jakim jestem od wielu lat), cóż to były za filmy, nierzadko nawet ocierające się – piszę to naprawdę bez przesady – o arcydzieła sztuki filmowej. Współcześni widzowie karmieni najczęściej jakąś papką dla oczu, w dodatku ogłupiani „efektami specjalnymi” oraz ogłuszani rykiem kinowych głośników, nie wiedzą co to western, suspens w kinie, film noir… A nawet ci co wiedzą wzruszają – na samą nazwę: western – ramionami, że to niby nudne i staroświeckie.

Może to i staroświeckie, ale jakże się trzyma. Jakże chce się to oglądać bynajmniej wcale nie z sentymentalnych przyczyn. O tym jednak za chwilę. Najpierw kilka słów o tak wyczekiwanym westernie, czyli  Zemście rewolwerowca.

Właściwie ten film mógłbym określić jednym wyrazem, czyli… „maszkary”. Bo brzydcy aktorzy grają brzydkie charaktery, a tak poza tym wszystko to już było. Po tym filmie w mojej pamięci nie zostanie nic poza owymi „maszkarami”, o których wolałbym czym prędzej zapomnieć. Słowem okropny zawód. Jeszcze jeden zawód.

Przykro mi o tym pisać, ale na Netflixie nie ma nic do oglądania. Bo nawet te filmy, które wybieram nie są warte by tracić na nie czas. Przykłady? Niemiecki film Zwierzyna, francuski Północy bastion, angielski Wtargnięcie, francuski Je Suis Karl, angielski Lighthouse itd.

Nie ma ani jednego takiego filmu, który chciałoby się obejrzeć drugi raz oraz w ogóle zachować w pamięci.

A przecież na westerny chodziło się po kilka razy. I to bynajmniej wcale nie dlatego, że innych filmów, ani tzw. „rozrywek” nie było. Lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte dwudziestego wieku to przecież „złoty czas” nie tylko kina, ale i literatury, w ogóle sztuki, w tym szczególnie teatru. Dlatego też nie mogę znieść tego narzekania na tamte czasy, a zwłaszcza na… „komunę”: że było wtedy szaro, beznadziejnie, że nie było wolności, że panował zamordyzm itd. itd. A teraz od tej „wolności” aż „się przelewa”, co widać po coraz bardziej absurdalniejącej rzeczywistości.

Nigdy nie należałem do żadnej partii politycznej. Nie popieram żadnej partii politycznej. (Kiedyś należałem do Związku Literatów Polskich, ale oddałem legitymację, ponieważ nie mogłem znieść głupoty, zawiści i absurdów. Zresztą w innych organizacjach literackich wcale nie jest lepiej).

Jeden z moich kolegów, z którym siedziałem w licealnej ławce na Biały Kanion (The Big Contry – 1958), reż. William Wyler, chodził co dzień. Ja także oglądałem ten western wiele razy. Uważam go bowiem nie tylko za mój ulubiony film, ale w ogóle za jeden z najlepszych,  jakie widziałem. Wszystko bowiem, w tym filmie jest, moim zdaniem na najwyższym poziomie: począwszy od bardzo ciekawej fabuły, a skończywszy na drugoplanowych aktorach.

Bo Gregory Peck jako James McKay, Jean Simmons jako Julie Maragon, Carroll Baker jako Patricia Terril, Charlton Hesto jako Steve Leech, Burl Ives jako Rufus Hannassey, Chuck Connors jako Buck Hannassey, Alfonso Bedoya jako Ramon Gutierrez – to aktorzy i postaci niezapomniane.

A kogo i co warto zapamiętać z Zemsty rewolwerowca?

Jeśli western to także muzyka filmowa. Niezapomnianą muzykę do Białego Kanionu skomponował Jerome Moross. A ja także uwielbiam słuchać tzw. „warstwy muzycznej” m.in. i Elmera Bernsteina z filmu Siedmiu wspaniałych (The Magnificent Seven – 1960), 128 min., reż. John Sturges oraz Hugo Friedhofera z filmu Dwa oblicza zemsty (One-Eyed Jacks – 1961), 141 min., reż. Marlon Brando.

Czwarte miejsce zajmuje u mnie western pt. Pewnego dnia na Dzikim Zachodzie (C’era una volta il West – 1968), 165 min., reż. Sergio Leone, muzyka Ennio Morricone.

Natomiast piąte: Tańczący z wilkami (Dances with Wolves – 1990), 236 min., reż. Kevin Costner.

To, że western wcale nie przebrzmiał, udowodnił po raz wtóry w 2003 r. Kevin Costner reżyserując bardzo dobry obraz pt. Bezprawie (Open Range), 139 min.

A poza tym na Netflixie dla kinofila straszna posucha. Wziąłem się tedy na sposób i odświeżam sobie na You Toube… dawne polskie filmy i seriale.

Zacząłem od  „Tulipana” z 1986 r. w reżyserii Janusza Dymka z bardzo dobrym Janem Monczką w roli głównej. Sprawnie zrealizowany serial, który z przyjemnością można obejrzeć nawet i teraz. A poza tym nie sądziłem, że Urszula ma taki ładny głos śpiewając piosenkę Sweet Sweet Tulipan. Doprawdy to niesłychane, bo można zrozumieć wszystkie słowa tej piosenki. Bo teraz polscy piosenkarze coś mamroczą lub pohukują „po angielsku”.

Zestarzał się, moim zdaniem serial 07 zgłoś się (1976-1989), reż. m.in., Krzysztof Szmagier. A poza tym ten Sławomir Borewicz w każdym odcinku taki sam.

Lubię aktora Leszka Teleszyńskiego (zresztą mój rówieśnika, a poza tym świetnie przeczytał moją powieść Strefa nocy).  Nie wiem dlaczego „dał się wrobić” w beznadziejnego „polskiego Bonda”. Bo serial Życie na gorąco (1978 itd.) jest, moim zdaniem kompletnie nieudany. Począwszy od niewiarygodnych historii, poprzez beznadziejną aktorkę kreującą Annę Roche, a skończywszy na… „pierdzącej” muzyce wydmuchiwanej bezustannie na jakichś hałaśliwych trąbach, trąbkach, czy tez puzonach. No i jeszcze nie mogę znieść maniery podkreślania szczególnie dramatycznych chwil na jakichś cymbałkach, czy też grzechotkach albo bębenkach.

Ponieważ polskie filmy można odbierać tylko na słuchawkach (to po aby zrozumieć, co ci aktorzy w ogóle mamroczą) jestem uwrażliwiony – „że tak powiem” – na warstwę dźwiękową tych filmów.

Ostatnio zatem oglądałem także Pułapkę z 1970 r., 98 min., w reżyserii Andrzeja Jerzego Piotrowskiego. W roli majora Jana Rajnera występuje Andrzej Kopiczyński. No i tu także w chwilach szczególnego napięcia słychać jakieś kołacące cymbałki, grzechotki i bębenki. Zastanawiam się: po co?

Ostatnio Netflix uraczył widzów także starymi filmami skandynawskimi. A jeśli chodzi o warstwę dźwiękowa jest jeszcze ciekawiej. Bo oto – przykładowo – jeden z bohaterów wędruje przez las, przechodzi obok strumienia, a bezustannie słychać „muzykę” naśladującą i las, i strumień i ptaki. Zastanawiam się: po co?

I nie wiem co jest gorsze: czy tamta muzyka, czy też jakieś pochlapywania, pobzykiwania albo potworny huk współczesnych filmów.

Do „maszkarów” zaliczyłbym także opowiadanie Jarosława Iwaszkiewicza pt. Martwa Pasieka z 1970 r. Nie dosyć tego, że traktuje o homoseksualistach, to na domiar złego jest napisane nieporadnie z wręcz zastraszającą ilością „Ale…” na początku zdań. A poza tym w Martwej Pasiece nie ma prawie w ogóle muzyki, mimo, że opowiadanie wchodzi w skład Opowiadań muzycznych.

Aż nie chce mi się rozpoczynać lektury następnych opowiadań z tego zbioru. Co zatem czytać, jakie filmy oglądać, aby się nie rozczarować?

W dawnych czasach, gdy wyświetlano np. Biały Kanion, Rio Bravo, czy Dwa oblicza zemsty, to te dni były niemal świętem dla kinomanów i kinofilów.

Na ul. Długiej w Gdańsku, gdy istniało nade wszystko kino „Leningrad” zawsze coś się działo. Teraz, kiedy nie ma ani jednego kina (były cztery) nie ma nic. Kina zostały przeniesione do centrów handlowych i przemienione na bary z cuchnącymi kukurydzianymi chrupkami i sosami tak, że z chwilą rozpoczęcia seansu rozpoczyna się powszechne żarcie. 

I obyczaje i kino jako sztuka strasznie upadły. Co można stwierdzić po chociażby takich produkcjach jak western Zemsta rewolwerowca.

4 listopada 2021 r.

Ps. Western Dwa oblicza zemsty ma już sześćdziesiąt(!) lat, ciągle zachwyca. Z okazji tego zapisku o westernach obejrzałem go jeszcze raz. Nic się nie zestarzał. Wniosek jest jasny: to arcydzieło filmowe!