„KSIĘŻYC STANOWCZO COŚ KNUŁ TEJ NOCY”

W ostatnim czasie natrafiłem na dwa artystyczne zjawiska. Pierwsze to… powieść Sól ziemi (1936) Józefa Wittlina (1896-1976), a druga – film Trzy billboardy za Ebbing, Missouri  (Three Billboards Oudside Ebbig, Missouri – 2017), 115 min., reż. Martin McDonagh z plejadą bardzo dobrych aktorów.

Przyznam, że Sól ziemi gdzieś mi umknęła w lekturach. Mam, oczywiście i tę książkę w domowej biblioteczce i bardzo wiele o tej powieści słyszałem, ale jakoś dotąd… nie przeczytałem. I od pierwszych zdań, od pierwszych stron kompletne zaskoczenie: jak ja mogłem dotąd nie przeczytać niemal genialnie napisanej powieści? Bo Sól ziemi jest tak znakomicie przemyślana i napisana, że jeżeli miałbym ją z jakąś inną porównać – co do kunsztu artystycznego (nie – rzecz jasna – tematycznie), to tylko może do… Życia Arseniewa (Жизнь Арсеньева – 1938) Iwana Bunina (1870-1953). Zdarzają się zatem wśród tych setek, tysięcy, wśród tej przeogromnej ilości nie wiadomo po co i dla kogo napisanych „powieści” takie prozatorskie cuda jak Sól ziemi.

Józef Wittlin opowiada w swojej powieści losy Hucuła Piotra Niewiadomskiego, który w wieku 41 lat zostaje powołany do C.K wojska. Przedtem jest m.in. tragarzem i dróżnikiem na stacji Topory-Czernielica. Wiedzie spokojny żywot, w którym towarzyszy mu pies Bas i kochanka Magdalena Mudryk (w takiej właśnie kolejności). A potem dwie doby podróżuje na Węgry do miasteczka Andrásfalva by tam stać się landszturminfanterystem pod okiem sztabsfeldwebela Rudolfa Bachmatiuka. Wydanie z 1979 r., które czytałem zawiera X rozdziałów oraz fragment drugiej części Soli ziemi pt. Zdrowa śmierć, w której Józef Wittlin opowiada jak to z Łesia Nedochodiuka sztabsfeldwebel Bachmatiuk „wypuszcza duszę”.

Doprawdy sposób, w jaki Wittlin przedstawił losy Piotra Niewiadomskiego oraz Łesia Nedochodiuka jest fascynujący. To najwyższy, moim zdaniem, kunszt pisarski. Powieść tę powinni przeczytać nie tylko filolodzy polscy, nie tylko interesujący się literaturą, ale nade wszystko ci wszyscy „pisarze”, którzy siedzą przed swoimi laptopami i bezustannie klikają te swoje nikomu niepotrzebne „powieści”. Józef Wittlin pisał tę niewielką objętościowo powieść przez dziesięć(!) lat. Z wywiadów, wypowiedzi, listów itd. można się dowiedzieć jak bardzo się do niej przygotowywał, jak bardzo ją szlifował, jak precyzyjnie dbał o szczegóły, a ileż miał wątpliwości i wahań. I stworzył niemal arcydzieło.

Kiedy otwieram te prawie wszystkie współczesne „powieści”, to stwierdzam, że nic w nich nie ma: ani treści, ani myśli, ani żadnej przemyślanej formy. Ot, „leje się i leje” jakaś byle jaka fabułka z reguły podawana nieudolnym, laptopowym stylem.

Poniżej przytaczam dwa fragmenty, a jest ich w Soli ziemi bez liku, które mnie urzekły:

„Piotr wracał do domu. Wieś leżała trzy kilometry za stacją. Wzdłuż drogi ciągnęły się wilgotne łąki, pełne jaskrów na wiosnę. O tej porze roku łąki koszono i duże kopice siana stały w nieruchomej tyralierze jak zaklęte wojsko. W pewnej chwili przywidziało się Piotrowi, że kopice poruszają się naprzód. Lecz złudzenie rychło minęło. Jak daleko okiem sięgnął – ani żywej duszy. O ile pasikoniki, tak głośno i niestrudzenie świdrują noc, nie mają duszy. Ziemia hańbiona gdzieś daleko pociskami – stękała w równych odstępach czasu. Noc była chłodna. Księżyc nie wylazł jeszcze ze swej nory, którą miał za wzgórzem, za Czernielicą, lecz opylał już Topory srebrzystą mąką. Gwiazdy ku niemu mrugały zachęcająco, ale były nikłe i mdłe, jak płomyki naftowych lampek. Księżyc miał czas. Długo coś knuł tej nocy”. (s. 107-108).

„Przez całą noc przygrywał im świerszcz, ten Mozart chłopskich zapiecków. Tylko skowyt wygnanego Basa napełniał noc niepokojem i jątrzył jakieś niezabliźnione rany.

Księżyc stanowczo coś knuł tej nocy. Nie pokazywał się, chociaż od dawna powinien był stać nad Toporami. Dopiero koło północy wytoczył się majestatycznie spoza Czernielicy i zimnym srebrem zalał noc i uśpionych kochanków. Srebrny Piotr i srebrna Magda wypłynęli z mroku jak dwa srebrne widma. Piotr chrapał. Szyby dzwoniły jak srebro.

W owej chwili śmierć, opuściwszy pobojowiska, przedzierała się przez stance i komnaty Watykanu. Na próżno gwardie szwajcarów strzegły halabardami wszystkich wejść. Śmierć zmyliła ich czujność i wtargnęła do loża, na którym leżał starzec Melchior Józef Sarto. Kardynałowie i prałaci odmawiali już psalmy pokutne. Jeden z domowych prałatów Jego Świątobliwości podał umierającemu krzyż do ucałowania. Zgon Papieża Piusa X nastąpił o godzinie 1 minut 20. Kardynał kamerling della Volpe stwierdził to osobiście. Po czym kardynałowie i prałaci zaczęli czytać officium defunctorum. Śmierć, spełniwszy swe zadanie, wróciła na pobojowiska. Właśnie rozpoczęła się tak zwana bitwa w Lotaryngii. Piotr Niewiadomski chrapał”. (s. 113). 

Kilkakrotnie powtórzyłem, zachwycając się Solą ziemi, że jest to… niemal arcydzieło.  Dlaczego tylko… „niemal”? Otóż nie mogę strawić tych, także u Józefa Wittlina, częstych… „Ale…”, „Gdy…” oraz „Lecz…” na początku zdań oraz „się” kończących zdania. Dostrzegam i rozumiem sytuacje, kiedy owe „Ale…” itd. otwiera podrzędne zdania itd. Dlaczego jednak i Józef Wittlin rozpoczyna nową myśl, fragment, epizod itd. od „Ale…”, „Gdy…” oraz „Lecz…”? A może ja się niepotrzebne… „czepiam”?

Czy można zachwycić się książką, tak jak od kilku lat zachwycam się sopranem Jackie Evancho? Ostatnio po wielokroć słuchałem – w różnych wykonaniach światowych div sopranu – Ch’il bel sogno di Doretta tj. arię z Jaskółki (La rondina – 1917) Giacomo Puccinego (1858-1924). I… powróciłem do sopranu Jackie, chociaż ona jeszcze tej arii nie ma w swoim repertuarze.

Tak jednak jak sopran Jackie Evancho jest dla mnie wzorcem i wzorem wokalnej doskonałości, tak w przypadku Poezji jest np. Oda do słowika (Ode to a Nightingale – 1819) Johna Keatsa (1795-1821), a w przypadku Prozy właśnie m.in. Sól ziemni Józefa Wittlina. Cieszę się ponadto, jako filolog polonista oraz kinofil z długim – i jeszcze dłuższym stażem – że nikt dotąd nie odważył się sfilmować tej powieści. Niektóre bowiem powieści są nieprzekładalne na film, czego przykładem mogą być dwie nieudane, moim zdaniem, adaptacje filmowe Solaris (1961) Stanisława Lema (1921-2006). Niech zatem Powieść pozostanie Powieścią, a Film Filmem.

Niewiele brakuje do arcydzieła filmowi pt. Trzy billboardy za Ebbing, Missouri (Three Billboards Oudside Ebbing, Missouri – 2017), reż. Martin McDonagh. W filmie tym wspaniale role grają m.in. Frances McDormand jako Mildred Hayes, Woody Harrelson jako szeryf Bill Willoughby oraz Sam Rockwell jako Jason Dixon. Dość często „wybrzydzałem’ na te przeróżne BAFTY, Złote Globy, a zwłaszcza Oscary, ale jeśli Oscar ma być Oscarem, to zarówno film, reżyser a zwłaszcza Sam Rockweli mogliby te statuetki otrzymać.

Bo jest to film znakomity pod każdym względem. Nie będę tu opisywał jego treści, ponieważ film McDonagha trzeba koniecznie zobaczyć. Nie ukrywam, że oglądając ten film autentycznie się wzruszyłem. Nareszcie – pomyślałem – jest to jeden z takich filmów, na których można i śmiać się, i płakać… jak w greckim dramacie. O zdjęciach nie ma, co pisać, bo są one – jak prawie w każdym amerykańskim filmie – idealne. Nareszcie poza tym muzyka jest muzyką, a nie jakimś łomotem lub męczącym po-b-zzz-ZZZ-zzz-ZZZ-ykiwaniem. A aktorzy: nie są to najgłośniejsze nazwiska, lecz jakże oni grają.

Kiedyś Ingmar Bergman (1928-2007) powiedział, że jego filmy najpierw były „pionowe” tzn. przedstawiały relacje „Bóg–człowiek”, a potem stały się już „tylko”… „poziome”, czyli przedstawiały relacje „człowiek–człowiek”.

Mnie owej „pionowości” trochę w filmie Martina McDonagha zabrakło. Wszelkie relacje „człowiek–człowiek” zwłaszcza tak jak to czyni McDonagh są bardzo interesujące i przekonujące, ale Sztuka bez metafizyki obejść jednak się nie może. Niemniej Trzy billboardy za Ebbing, Missouri  to film bardzo dobry.

4 lutego 2018 r.