KSIĘŻYC JAK VIN JAUNE

27 lipca br. odbył się na niebie niecodzienny spektakl astronomiczny określany, jako „kosmiczny show”. Doznania z tego wydarzenia stanowią fragment opowiadania. Fragment ten załączam poniżej.

(Być może fragment ten zaciekawi, może także zadowoli, jednego z moich znajomych, który nie mógł doczekać się… „kiedy Jan wreszcie coś napisze”).

A oto ten X (dziesiąty) fragment opowiadania rozgrywający się wtedy, gdy Księżyc przybrał kolor, a noc smakowała jak… Vin Jaune:

 

„– Żółte wino można podawać do różnych potraw, ale jest ono bardzo… „zazdrosne”, więc najbezpieczniej pić je samo, co też, przed pieczystym, uczyniliśmy.

Krzysztof nie dokończył, bo jakby poskrzypywanie, a może stukanie stało się nieco wyraźniejsze. Spojrzeli po sobie.

– „Ki diabeł znowu jakieś licho niesie” – odezwał się po swojemu Ambros.

Krzysztof roześmiał się na to powiedzenie Ambrosa, po czym poszedł zobaczyć, co się dzieje. Psy nie szczekały, nie było też słychać dzwonka u drzwi. Halina po spektaklu w teatrze zazwyczaj wracała około 23.00. A dopiero dochodziła 21.00.

Gościem okazał się January, nazywany przez wszystkich Januszem. Był niewysoki, okrągły na twarzy, łysy, lecz starał się być nienagannie ubrany, gdyż obszywał go najlepszy miejscowy krawiec. Charakterystyczną cechą ubioru Januarego był długi, niemal do kostek, płaszcz. Na ogół przeważnie czarny. Jedynie latem było to lekkie okrycie w kolorze jasnopopielatym. Zapewne dodawał sobie tymi płaszczami powagi, tym bardziej, że niedawno obronił doktorat z zarządzania.

Nie był jednak osobą lubianą, ponieważ, mimo że jeździł zawsze najnowszym modelem mercedesa w obowiązkowym kolorze czarnym, to był znanym skąpcem, zawsze przychodził „z pustymi rękami” i już od drzwi skarżył się, jakie to jego firma przynosi długi.

– To miasto już nie jest moje. To miasto jest prywatne – powtarzał. – Nic, nic, nie można załatwić. Urzędnicy wszelkimi możliwymi sposobami zamiast ułatwiać, utrudniają mi życie. Głupcy! Głupcy tym miastem rządzą – zaczął już od progu po swojemu, na zapytanie Krzysztofa „co słychać?”.

Nie przepadano za nim również dlatego, że wszędzie chciał – co zawsze podkreślał z ironicznym uśmieszkiem – „się załapać”.        

Także i teraz, ledwo wszedł i rzucił na fotel swój jasnopopielaty płaszcz już zaczął, po utyskiwaniach na „głupców, którzy nami rządzą”, niemal od progu wykrzykiwać.

– Co za wspaniałe aromaty, jakby łąka z Prowansji…

– Z Jury – poprawił go Krzysztof.

– O widzę, że osuszyliście butelkę beze mnie. Co to takiego? Dlaczego taka dziwna pojemność – mówiąc to sięgnął po butelkę i nie wahając się wysączył z niej kilka ostatnich kropel. – Nie mogliście na mnie poczekać  – powiedział z wyrzutem.

– Twoją porcję wypili aniołowie. „La part des agnes” – dodał jeszcze i w dwóch słowach zaczął objaśniać, co to znaczy, ale January machnął tylko ręką i nagle zaczął pociągać nosem. – Załapię się jednak na pieczyste. Cóż to? Królik?

– Nie, skrzydełka z kurczaka w miodzie i ziołach. Prowansalskich – dodał.

– A zatem załapię się na skrzydełka w miodzie.

Istotnie, skrzydełka już się dopiekały. Pachniały wybornie. Postanowili jeść na tarasie, tym bardziej, że w ten wieczór zapowiadał się „kosmiczny show”, czyli najdłuższe zaćmienie Księżyca w XXI wieku.

Ambros, mimo że mieszkał na wzgórzu nie mógł jednak owego show ze swojego mieszkania, otoczonego zresztą zewsząd blokami, oglądać. Co innego Krzysztof, który miał dom na terenie parku krajobrazowego.

Niepostrzeżenie, korzystając z luki w przepisach, ktoś na skraju parku wybudował sobie dom. Potem pobudowano kilka następnych. Kiedy podniósł się hałas, że to niezgodne z przepisami, Krzysztof korzystając z okazji odkupił jeden z takich domów. Znając realia, i korzystając z różnych dojść, wiedział, że i tak wszystko „rozejdzie się po kościach”. Wkrótce sprawę zalegalizowano i od tamtego czasu miał dom z widokiem na drzewa i otwartą ponad nimi przestrzeń.

I oto na tę przestrzeń zaczął się niepostrzeżenie wspinać będący akurat w apogeum coraz bardziej krwistoczerwony, niemal krwawy, Księżyc.

January szybko kończył swoją porcję skrzydełek, popił je wodą mineralną, po czym chyżo pobiegł do samochodu. Wytaszczył stamtąd wielką lornetkę, statyw do niej i coś jeszcze. Z hukiem postawił także wielką butelkę jakiegoś musującego wina. Na chwilę zniknął w kuchni, widocznie czuł się w niej swobodnie, i już po chwili żonglował niewielką tacką z trzema jakimiś kieliszkami ściągniętymi z kuchennego kredensu. Postawił z trzaskiem tackę aż zabrzęczały na niej kieliszki. Wróciwszy z kuchni, z kieliszkami zaczął montować statyw do lornetki.

– O proszę, spójrzcie: na tle tarczy Księżyca można zauważyć obraz warstwy ozonowej ziemskiej atmosfery.

– To jest to pojaśnienie? – zapytał któryś z nich Januarego, gdy po kolei, każdy przez dłuższą chwilę, patrzyli na Księżyc. – To ten gołębi kolor zbliżający się jakby do indygo?

– Nie, raczej, do subtelnego fioletu – January chwilę dłużej przypatrywał się kolorom, po czym zaczął objaśniać, że jest to efekt przejścia promieni słonecznych przez ziemską warstwę ozonową. Podczas tego zjawiska – kontynuował – czerwień jest rozpraszana, natomiast błękit oraz barwy pokrewne, biegną dalej w przestrzeń, delikatnie wyświetlając się na tarczy Księżyca.

– Skąd ty to wszystko wiesz? – zapytał go Krzysztof.

– Takie tam zainteresowania – January starał się całą rzecz zbagatelizować. – Nie można żyć tylko zarządzaniem, albo sprawami firmy. – Może byśmy to zjawisko jakoś podkreślili, tym bardziej, że to jeszcze nie koniec „kosmicznego show” – wskazał na wielką butlę musującego wina, po czym wyszarpał z niej plastikowy korek. Wino zapewne przedtem nieschłodzone wybuchnęło obfitą fontanną, wydawać by się mogło, aż pod niebo.

I nagle stała się rzecz niezwykła: nie wiadomo czy to krople musującego wina zabłysły na niebie, czy to też niebo rozbłysło rojem iskier jaśniejszych niż gwiazdy. To były pojawiające się z konstelacji Wolarza, znad południowo-wschodniego horyzontu, południowe delta Akwarydy, które zaczęły strzelać w kierunku księżycowej tarczy.

Poruszały się bardzo wolno, jakby w zwolnionym tempie, docierały do Księżyca, do widniejącego pod nim Marsa, także w tę noc zaćmienia szczególnie dobrze widocznego i stamtąd zaczęły spadać poprzez otwartą przestrzeń lipcowego nieba na las, drzewa i stojących na tarasie Krzysztofa, Ambrosa i trzymającego opróżnioną w dwóch trzecich butelkę Januarego.

– Cóżeś ty najlepszego zrobił – żartował sobie z niego Krzysztof.

– Ja tylko otworzyłem butelkę – tłumaczył się January.

– No, co ty nie powiesz. Gdybyś nie otworzył tej butli, to zapewne nie pojawiłyby się Akwarydy – żartował Krzysztof.

– Spójrzcie, a Księżyc jest jak ciemny bursztyn – wtrącił się Ambros.

– Raczej… miedziany, jak kolor wina któreśmy wypili – uzupełnił go Krzysztof.

– To żółte wino, któreście beze mnie wypili, zapewne ma nie tylko niezwykły kolor, ale i właściwości – dodał nie bez zazdrości January. – Ja widzę, że Księżyc jest krwistoczerwony, niemal krwawy.

– Może tak jest – zgodził się Krzysztof. – Skosztujmy zatem tego twojego trunku. Cóżeś otworzył?

Spojrzeli na tackę z kieliszkami niemal napełnionymi po brzegi.

– Wydaje mi się, że ja nie zdążyłem nalać – dziwił się January spoglądając to na butlę, to na napełnione kieliszki.

Trunek, który spróbowali wydał im się krystalicznie zimny o niespotykanym zapachu i smaku.

– Próbowałem różnych szampanów, nawet tych najprzedniejszych francuskich, ale takiego w smaku, niemal niebiańskim, jeszcze nie spotkałem.

– Akwarydowy, powiedziałbym – dorzucił Ambros.

– Akwarydowy z posmakiem księżycowym – uzupełniał Krzysztof. – I jakby była w nim nuta poblasku z Marsa. W końcu ja jeden z nas trzech najlepiej znam się na winach.

– Przestańcie sobie ze mnie, a raczej z tego musującego wina, które przywiozłem, żartować. Kupiłem je gdzieś w przydrożnym sklepie. Kosztowało grosze. Spodobała mi się za to ta duża butla. Pomyślałem sobie, że i ja zaszaleję tej nocy i wystrzelę jak te Akwarydy – rzekł, po czym wymownie spojrzał na Ambrosa. – Widziałem cię ostatnio ze dwa albo trzy razy z piękną, młodą kobietą. Tak byłeś z nią zajęty rozmową, że nawet nie zwróciłeś na mnie uwagi. Pewnie jakaś studentka, magistrantka? – zaczął się dopytywać.

– Zrobiła doktorat z Frosta – odpowiedział Ambros.

– A? Z Frosta?! – nie za bardzo skojarzył.

– To jeden z najwybitniejszych poetów amerykańskich. Ta „magistrantka”, jak powiadasz, od początku września obejmuje profesurę na polskiej katedrze w Columbia University. Tymczasem pomaga ciotce w prowadzeniu butika, w tym nowo otwartym centrum handlowym.

– O! – nie krył swojego zaskoczenia January.

– O! Spójrzcie. Spójrzcie. O! – to wołał z drugiego końca tarasu Krzysztof pokazując  tym razem na zachodni horyzont. Widzicie?!

Śledzili na niebie powolny, majestatyczny lot Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS).       Była wyraźniejsza i jaśniejsza w tę noc niż nawet Mars. To tak świeciły odbijając promienie słoneczne panele i inne moduły ISS”.

           

„Księżyc jak Vin Jaune” jest to fragment opowiadania, którym ostatnio się zajmuję pod „roboczym” tytułem: Agistri[1].

29 lipca 2018 r.

[1] Grecka wyspa, położona na zachód od Eginy, wchodząca w skład Wysp Sarońskich.