„JEDYNA HISTORIA” Z PUNKTU WIDZENIA… „MALKONTENTA”

Uważam, że mnie, jako czytelnikowi nieustająco poszukującemu artystycznych, w tym nade wszystko literackich (i filmowych) arcydzieł, nie może umknąć żadne właśnie arcydzieło, ani jedna przynajmniej przyzwoicie napisana książka, a co dopiero mówić o powieści, którą „jakby czytała cała Polska”.  

„Co chwila spotykam kogoś, kto zachwyca się »Jedyną historią« Juliana Barnesa. Zupełnie jakby tę książkę czytała cała Polska. »Najpiękniejsza powieść o miłości« – można często usłyszeć. »Tak poruszająca, że po niej nie chce się czytać nic innego«. Dla pełnego obrazu odnotujmy istnienie malkontentów, których nowy Barnes rozczarował, ale ci są w mniejszości i działają jak szczypta soli dodana do potrawy: zaostrzają apetyt u tych, którzy jeszcze nie czytali, choć wkrótce to zrobią”.

Autorem felietonu pt. Jedyna historia jest Renata Lis. (Felieton ten został opublikowany w tygodniku „Polityka” nr 28 (3168), 11.07–17.07.2018, 75 s.).

Bardzo sobie osobiście cenię dwie książki Renaty Lis tj. W lodach Prowansji. Bunin na wygnaniu (2015) oraz Rękę Flauberta (2011). Obydwie książki są znakomite, a Ręka Flauberta – zachwycająca.

(Aż dziw, że żadna z tych książek nie otrzymała, pomijając nominacje, nagrody literackiej. O nagrodach literackich decydują absurdalne kryteria, a nade wszystko widzimisię kilkorga jurorów).

Ręka Flauberta jest taką książką, którą z żalem się odkłada. A przeczytawszy po raz drugi… sięga ponownie. To naprawdę wielka rzadkość w porównaniu z lekturami przeróżnych „arcydzieł” i „bestsellerów”, które przeważnie są nie do czytania.

(Natomiast najnowsza książka Renaty Lis tj. Lesbos najwyraźniej jej się nie udała. Ani tematyka, ani sposób, w jaki została napisana, nie zachęcają do czytania. Odłożyłem ją już po jakichś 30 stronach. Potem zaglądałam do niej jeszcze kilkakrotnie. Niestety, nie dało się Lesbos czytać.

Mam przyjaciela, który ma zazwyczaj odmienne zdanie na temat m.in. książek niż ja. Ofiarowałem mu Lesbos. Także uważa, że ta książka jest nieudana).

Wracając jednak do „Najpiękniejszej powieści o miłości”, czyli Jedynej historii Barnesa, to jakże jej nie przeczytać, jeśli zachwala ją Renata List, a szczególnie, jeśli ją „jakby czytała cała Polska”.

Natychmiast po przeczytaniu felietonu Renaty List udałem się do księgarń, aby tę książkę odnaleźć i ją kupić.

Jedyna historia została wydana przez Świat Książki w twardych okładkach, kosztuje 34,90 zł. Druk jest wyraźny i duży, zachęcający do czytania. Tekst książki zaczyna się na stronie 11, kończy na 286. Odejmując od tego jeszcze kilka „pustych” stron będzie to do czytania pozostaje jakieś 280 stron. A ponieważ czcionka jest powiększona książka ta liczy…  10-12 arkuszy autorskich.

Dlaczego także i o tym piszę? Otóż dlatego, że jako czytelnik z długim – i jeszcze dłuższym stażem – wiem, że jeżeli książka właśnie 10 arkuszowa nie „weźmie” mnie do 50 strony, to najzwyczajniej ją odkładam. Jeśli bowiem autor nie ma nic do powiedzenia przez pierwszych 50 stron, to cóż ciekawego może powiedzieć przez 286 stron?

Zaczynam zatem czytać Jedyną historię i od razu, od pierwszych zdań, coś zaczyna mi „zgrzytać”. Jestem bowiem uczulony na „Ale…” na początku zdań. (Ktoś mógłby powiedzieć, że jestem „przeczulony”, albo, że „się czepiam”). Niech mnie jednak ktoś przekona, że bezustanne zaczynanie bardzo wielu zdań, od „Ale…” jest konieczne.

O czym owo bardzo częste „Ale…” na początku zdań świadczy? O bezmyślności, o nonszalancji, o bylejakości stylu, o braku znajomości podstawowych zasad gramatyki języka polskiego?  Chyba o tym wszystkim naraz.

Ciągnę zatem – właśnie „ciągnę” – lekturę tej „Najpiękniejszej powieści o miłości” i z rosnącym zdumieniem stwierdzam, że – strona po stronie – nie ma w niej nic ani „poruszającego”, ani „najpiękniejszego”, a nade wszystko nie ma w niej nic o „miłości”.

Jeśli gdzieś czytam lub słyszę o „najpiękniejszej powieści o miłości”, to od razu sobie przypominam dwie, co najmniej, książki, które do mnie nieustannie wracają. Jedna to wydana w 1961 r. Wyspa Róży Ostrowskiej (1926-1975), a druga to wydana w 1957 r. Wyspa Artura Elsy Morante (1912-1985). Książka Ostrowskiej to powieść maleńka, w dodatku kiepsko, moim zdaniem, napisana, ale jakiż w niej romans, jakiż klimat, jakaż atmosfera. Natomiast dużą powieść Morante, świetnie skonstruowaną, znakomicie napisaną, odkładałem na najbliższą półkę z największym żalem, aby za jakiś czas znowu do niej sięgnąć,.

A przecież należałoby jeszcze pamiętać o np. Madame Antoniego Libery.

Na tym tle „najpiękniejsza powieść o miłości” Barnesa wypada bardzo blado, jeżeli nie beznadziejnie. Nie będę tej książki streszczał, lecz ani do 50 strony, ani nawet do 100 – bo tyle ostatecznie wytrzymałem – kompletnie nic się w niej nie dzieje. Bo nic nie wynika z tego, że dziewiętnastolatek poznał czterdziestoośmioletnią panią, która w dodatku ma męża („z dwustupiętnastocentymetrową talią”) i dwie córki starsze od owego nastolatka. (Pamiętacie ileż się dzieje w filmowym romansie Absolwent[*] Mike’a Nicholsa?).

Jeśli treść jest nikła, to może autor zaskoczy czytelnika formą, ciekawie przedstawi głównych bohaterów, wreszcie – zachwyci stylem. 

Oto kilka fragmentów rozmyślań („strumienia świadomości”?), świadczących o mentalności głównego bohatera, czyli Paula Caseya:

„Niedawno zostały otwarte delikatesy z rewolucyjną zdaniem niektórych ofertą europejskich przysmaków: wędzonych serów i guzowatych kiełbasek dyndających w siatkach jak ośle kutasy. Ale co młodsze żony zaczynały gotować odważniej, a ich mężowie zazwyczaj przyjmowali to z aprobatą”. s. 13.

„Na przykład: pamiętam, jak pewnej nocy leżałem w łóżku i nie mogłem zasnąć przez jedną z tych obijających brzuch erekcji, których jakoby, według młodzieńczego przekonania – bezmyślnego lub beztroskiego miało starczyć do końca życia. Ale ta była inna. Widzicie, to była taka erekcja uogólniona, niezwiązana z żadną osobą ani snem, ani fantazją. Stanowiła raczej symptom radosnej młodości. Młodość głowy, serca, kutasa, duszy – i tak się po prostu składało, że akurat kutas wyrażał ten ogólny stan najlepiej”. s. 29-30.

„Nie pamiętam też tego, co, jak mi się wydaje, pamiętać powinienem, na przykład koloru austina Macleodów. Chyba był dwubarwny. Ale czy był szaro-zielony, czy może niebiesko-kremowy? I choć spędziłem wiele kluczowych godzin na jego skórzanych siedzeniach, nie potrafiłbym powiedzieć, jakiego był koloru”. s.50.

Po co zatem o tym pisać. Jeśli jednak spędził w tym samochodzie „wiele kluczowych godzin”, to powinien jednak kolor samochodu pamiętać.

A teraz może fragment o urodzie Susan Macleod z punktu widzenia głównego bohatera::

„Muszę opowiedzieć wam o jej zębach. W każdym razie o dwóch. O górnych jedynkach. Nazywała je swoimi „króliczymi zębami”, bo były może o milimetr dłuższe niż średnia krajowa; ale w moich oczach to czyniło je jeszcze bardziej wyjątkowymi. Miałem w zwyczaju stukać w nie delikatnie środkowym palcem, sprawdzając, czy są na miejscu i czy są bezpieczne, tak jak ona. Był to mały rytuał, jakbym sporządzał inwentarz tej osoby”. s. 61.

„Myślicie, że wykazuję się naiwnością? Chcielibyście zaznaczyć, że motywacja ludzka jest przebiegle pogrzebana i skrywa swoje zagadkowe mechanizmy przed tymi, którzy ślepo się jej poddają? Może i tak. Ale nawet – przede wszystkim – Edyp nie chciał zabić swojego ojca i kochać się z matką, nieprawdaż? Ależ chciał! Ależ nie chciał! Tak, niech ta rozmowa pozostanie pantomimą.

Nie żeby pre-historia nie miała znaczenia. Naprawdę uważam, że pre-historia jest kluczowa dla wszystkich związków.

Ale wołałbym opowiedzieć wam o jej uszach”.  s. 69.

Znowu to „Ale…” i znowu „kluczowe”.

Tych kilka fragmentów może chyba świadczyć o tym jak bardzo trudnym zajęciem jest pisarstwo. „Cokolwiek robisz, staraj się robić jak najlepiej” – niedawno słyszałem, podczas mundialu, o grze w piłkę nożną i beznadziejnym występie „naszych chłopców”. Można też byle jak. Byle jakimi jednak powieściami zawalone są – jako „bestsellery” – księgarnie.

Aby nie kończyć tego zapisku w minorowym nastroju powrócę jeszcze na chwilę do niedawno odświeżonej lektury, czyli do m.in. Soli ziemi (1935) Józefa Wittlina (1896-1976). Można by powiedzieć, że fabuła tej powieści jest także nikła, główny bohater to zwykły, prosty człowiek, ale jak to arcydzielnie jest napisane.

Jeszcze słówko o… malkontenctwie. Otóż nie jestem malkontentem. (Według Słownika Języka Polskiego: „malkontent to osoba stale niezadowolona, we wszystkim doszukująca się ujemnych stron”).

Nie znoszę jednak bylejakości oraz wmawianiu mi – bez merytorycznych argumentów – że jakaś książka jest „Tak poruszająca, że po niej nie chce się czytać nic innego”. Otóż czym prędzej muszę wypożyczyć sobie chociażby wakacyjnie – wyżej wspomnianej Elsy Morante – powieść Klamstwo i czary (1948), której jeszcze nie czytałem

Być może komuś chichotanie przy czytaniu o m.in. „kutasach” w Jedynej historii Barnesa odpowiada, ale żeby oceniać tę książkę, jako „Najpiękniejszą powieść o miłości”, to naprawdę bardzo, bardzo wielka przesada.

22 lipca 2018 r.

Ps. Do numeru „Polityki”, w której znajduje się felieton Renaty Lis załączony jest film pt. Fantastyczna kobieta (Una mujer fantástica – 2017), 104 min., reż. Sebastian Lelio. Bardzo, w sumie, przeciętny film, chociaż został porządnie zrealizowany. Wątpię jednak by tematyka tego obrazu kogokolwiek zainteresowała, mimo że scenariusz został nagrodzony Srebrnym Niedźwiedziem.

(Srebrnymi Niedźwiedziami są także obsypywane polskie filmy. Cóż jednak z tego).

Natomiast bardzo mi się podobał film Carol, 2015, 118 min., reż. Todd Haynes według powieści Patricii Higsmith (1921-1995), w której utworach jakiś czas temu się zaczytywałem.

[*] Absolwent (The Graduate – 1967), 105 min., reż. Mike Nichols.