KSIĘGARNIA

Jest w Gdańsku Księgarnia, której – ile razy zachodzę do śródmieścia – staram się nie ominąć. Ba! Specjalnie nadkładam drogi lub zmieniam marszrutę swojego spaceru by albo na początku, albo na końcu zawsze, obowiązkowo o tę Księgarnię „zahaczyć” i, jeśli jest to niedziela, przynajmniej popatrzeć na wystawę. A jeśli zachodzę do środka, to kupiłbym i z dziesięć książek.

Z kupowaniem książek staram się jednak bardzo uważać. Po pierwsze dlatego, że, niestety, prawie wszyscy piszą w kółko o tym samym. Prawie każdy chce być jak nie filozofem, to „teologiem” albo w jakiejś bardzo wąskiej dziedzinie mądralą. Przeważanie są to nudziarstwa pisane okropnym stylem. A po drugie ciekawych książek mam w swojej domowej biblioteczce, co niemiara, więc nowych tak naprawdę nie ma gdzie kłaść.

 

Bardzo dużo książek wypożyczam w bibliotekach, ale wolę te kupowane. Na bibliotecznych nie wypada pisać uwag. A na tych kupowanych mogę swoim ołóweczkiem pohulać do woli. Właściwie nie wyobrażam sobie lektury bez lupy i ołówka.

Mimo „domowania” i antybiotyku, wychynąłem jednak do biblioteki po nowe książki. Zajrzałem także do mojej Księgarni. W pewnej chwili, gdy zastanawiałem się: czy kupić trzy, a może pięć książek bardzo miła Pani (w owej Księgarni są tylko mili i znający się na książkach ludzie) podsunęła mi, jako bibliofilowi (podkreśliła to: „bibliofilowi”) obsypany nagrodami bibliofilski tomik poezji pt. Minimum Urszuli Zajączkowskiej, która jest nie tylko adiunktem botaniki, ale także artystką wizualną oraz poetką. Otwieram zatem, na chybił trafił, ową tak wychwalaną książkę i czytam utwór pt.

Wątroba: „Bardzo mnie rozwesela / ta moja wątroba, / niby taki krwisty i ciężki / kawał czyjegoś późniejszego / żarcia / na jelitach siedzi / psia krew królowa / rządzi / narządami / bez przerwy łapą je trzyma, / nie mówiąc nic / trzyma, / ale dziś to ja jej rozkazuję, / a ona mnie posłucha / przez gardło, posłucha, / bo nie po pierwszym, / nie po drugim, / ale po trzecim / ma być kurwa optymizm / i optymizm jest”.

I co to – wczuwając się w klimat i poetykę tego utworu – kurwa, jest? (Przepraszam za to „kurwa”, ale nic innego w tym miejscu mi nie pasuje). I to ma być współczesna, polska, nagradzana(!) poezja? Czyżby poezja aż tak nisko upadła? Dlaczego takie utwory są drukowane, nagradzane? Czyżby nie było już żadnych kryteriów: co poezją jest, a co nią nie jest? Czyżby osoby, które taką Wątrobę drukują i nagradzają nigdy nie czytali np. Emily Dickinson, Roberta Frosta, Tomasa Hardy, czy „naszych” Stanisława Balińskiego i Kazimierza Wierzyńskiego?

A w bibliotece wypożyczyłem sobie także przecież nagradzany Koniec lata w zdziczałym ogrodzie, tym razem nestora-poety Jarosława Marka Rymkiewicza. Pani bibliotekarka bardzo się zdziwiła widząc mój wybór:

– „Panie Janie, opłaca się panu wypożyczać tę książkę? Przecież można ją przeczytać w godzinkę. A poza tym są tam same błahostki, farmazony i dyrdymały.” – I dodała żegnając mnie – „To nie jest poezja. Przekona się pan: błahostki, farmazony i dyrdymały”.

– Pozwoli pani, że sam się przekonam – odparłem i czym prędzej wróciłem do domu.

Nie mogłem sobie, niestety, pohulać z ołóweczkiem. Zresztą, co miałbym podkreślać? Istotnie bowiem w miarę szybko postępującej lektury przekonałem się, że pani bibliotekarka ma rację. Także i dla mnie te utwory to błahostki, farmazony i dyrdymały.

Piszę o tym wprost i tym razem „po nazwiskach”, ponieważ nie mogę już zdzierżyć tych poetyckich absurdów. Tego kreowania na „poetów” na „pisarzy” osób, które o Pisarstwie nie mają żadnego pojęcia

A poza tym: albo jest się pracownikiem nauki, albo artystą i poetą. Moim zdaniem jedno wyklucza drugie. A ponadto nie mogę zrozumieć tej łatwości w „pisaniu wierszy”.

Ostatnio znajomy poprosił mnie abym ocenił tomik poezji… doktora psychiatrii. Mój Boże – pomyślałem sobie – to i doktorzy psychiatrii także piszą wiersze?  A czyż ja – od czterdziestu lat zajmujący się twórczością literacką i wydawniczą – kiedykolwiek chciałem być psychiatrą?

Albo jakbym nagle zechciał być chirurgiem albo oboistą. Ot, kupię skalpel, wywieszę ogłoszenie, otworzę gabinet i będę ciachał i zszywał każdego, kto wyrazi na to ochotę.

Moje marzenie to gra na oboju. Kupię zatem obój i zacznę sobie grać. Czemu nie. Chcielibyście posłuchać jak bez znajomości instrumentu, bez słuchu muzycznego, bez talentu muzycznego gram na oboju?

Tak samo jest z pisaniem wierszy, w ogóle z twórczością literacką, z jakąkolwiek twórczością. (Wspominałem o tym w zapiskach już przecież nie raz).  

Co zatem pozostaje? Chyba dalsze poszukiwanie po księgarniach, po bibliotekach, w Internecie autorów, którzy mają „Coś” istotnego i odkrywczego do powiedzenia.

A także… wracanie do przeszłości. Jeszcze raz warto przeczytać chociażby Życie Arsieniewa (1938) Ivana Bunina (1870-1953).

Jeszcze raz warto przypomnieć sobie arcydzieło – to notuję nie jako bibliofil lecz kinofil –  Bitwę o Algier (La battaglia di Algeri – 1966), 121 min., reż Gillo Pontecorvo (1919-2006) ostatnio wyświetlaną w jednym z telewizyjnych kanałów filmowych.

18 listopada 2017 r.