KSIĄŻECZKA

Nie ma tygodnia, abym nie otrzymał jakiejś paki z książkami albo przynajmniej pojedynczej książki. Do tego dochodzą różne m.in. literackie kwartalniki, które, o dziwo mimo epidemii i obostrzeń jednak się ukazują i do mnie docierają.

Bo wszyscy teraz chcą by ich chwalić. Nawet cokolwiek zamówisz w Internecie już przysyłają ci skalę ocen „od jednej do pięciu gwiazdek” i czekają, oczywiście, tylko najwyższej oceny, a gdy dasz jedną  gwiazdkę już żądają uzasadnienia, a potem dzwonią do ciebie (skąd mają telefon?) z pretensjami, że odważyłeś się usługę lub produkt źle ocenić.

Bo teraz nawet książka jest produktem. Wszyscy, niemal wszyscy piszą na potęgę, ani zastanawiając się o odbiorcę. Skutek jest taki, że książki w ogóle nie nadają się do czytania. Co mi bowiem po kolejnej byle jak wydanej, bo tylko sklejonej, sześćsetstronicowej (albo i jeszcze bardziej „wypasionej”) powieści, w miękkich okładkach, autora w dodatku wydanej przez niego samego za własne pieniądze.

Gdzieś niedawno wyczytałem, że jeśli autor kroi wielostronicowe powieści, to nie potrafi pisać. Jako przykład podał Agatę Christie, która pisała zwarte, nieduże objętościowo, acz interesujące kryminały.

Dlatego ucieszyła mnie jako czytelnika z długiem, i jeszcze dłuższym, stażem wcale nieduża książka, którą ostatnio otrzymałem pt. Zdarzyło się podczas spływu Łyną… Autor Waldemar Smaszcz, postać w literaturze polskiej powszechnie znana. A kto jej nie zna, powinien, czy też raczej mógłby, czym prędzej poznać, poprzez – że tak się wyrażę – jego dokonania literackie.

Nieduża książka, a więc… książeczka i to bez jakichkolwiek ujemnych konotacji. Zacznijmy od sposobu wydania tej książeczki. Format zgrabny, taki akurat do czytania i na siedząco i na leżąco, a nawet można z nią spacerować po mieszkaniu, wszak to książeczka, gdy za oknem epidemia, obostrzenia, a w dodatku zawieja i mróz. Mogę wręcz powiedzieć, że Zdarzyło się podczas spływu Łyną… jest bibliofilskim rarytasem, edytorskim cackiem. Już sama okładka przyciąga wzrok. Wprawdzie ostatnio pisałem, że nie wszystko, co ma okładki jest książką (to w zapisku o wydobytej z piwnicznej biblioteczki książce Beaty Tyszkiewicz), ale w przypadku najnowszego dzieła Smaszcza okładka nie tylko przyciąga wzrok, lecz jest także zapowiedzią, a właściwie zachętą do lektury i… zdziwień, o które teraz przecież tak bardzo trudno we współczesnej produkcji literackiej.

Na okładce wprawdzie nie ma słowa o Papieżu, ale są za to czarno białe zdjęcia, w pomysłowy sposób przestawione na taśmie 35 mm. (A swoją drogą, to „łza się oku kręci” za taśmą 35 mm i czarno białymi zdjęciami. Na takiej bowiem taśmie było 36, rzadziej 24, zdjęć. I naprawdę trzeba było się zastanowić co i jak fotografować, a przede wszystkim ręcznie dobrać: odległość, przysłonę i czas. A teraz? „Pstryka” się bezmyślne przeważnie jakimś smartfonem „fotki”).

Bardzo to intersujący dobór jakby w lekkiej sepii zdjęć nie tylko na okładce, ale także tych wewnątrz książeczki.

I taka też jest opowieść Smaszcza, jakby w lekkiej sepii, o Papieżu. Można by w tym miejscu zapytać, czy jeszcze jedna książka o Janie Pawle II jest potrzebna. Wszak powstało już ich tyle i na tak różnorodne tematy bardziej lub mniej z Papieżem związane, że czy jeszcze jedna pozycja przybliży, a może przypomni nam jego postać. Odpowiedź może być tylko jedna (a właściwie odpowiedź nie jest potrzebna), ponieważ nigdy dość słów o Papieżu tym bardziej, że refleksje Smaszcza są podane nie tylko w intersującej oprawie, ale także zajmujące w treści.

Zdarzyło się podczas spływu Łyną… tytuł przedni i intersujący. Czytamy zatem i czytamy, a tu o tytułowej Łynie ani słowa. Są piękne, z nostalgią i właśnie jakby w lekkiej sepii, podawane wspomnienia o Janie Pawle II i jego uwielbieniu dla gór, ale gdzież ta Łyna? Są w tej książeczce przepiękne poezje Karola Wojtyły, które, gdy je czytam, utwierdzają mnie w tym, że poezja polska nie ma sobie równych. (A tak nawiasem jak to możliwe, że Karol Wojtyła nie otrzymał za swoją twórczość literackiego Nobla? Jeśli otrzymał m.in. Winston Churchill za wspomnienia wojenne, to dlaczego nie został uhonorowana tak wspaniała poezja).

W tym  miejscu nie  mogę oprzeć się, by nie zacytować niewielkiego fragmentu mojego ulubionego Wiersza:

 

Dalekie wybrzeża ciszy zaczynają się tuż za progiem

Nie przefruniesz tamtędy jak ptak.

Musisz stanąć i patrzeć coraz głębiej i głębiej,

aż nie zdołasz już odchylić duszy od dna.

Tam już spojrzeń żadna zieleń nie nasyci,

nie powrócą oczy uwięzione.

Myślałeś, że cię życie ukryje przed tamtym Życiem

w głębiny przechylonym.

 

Z nurtu tego? to wiedz? że nie ma powrotu.

Objęty tajemniczym pięknem wieczności!

Trwać i trwać. Nie przerywać odlotów

cieniom, tylko trwać

coraz jaśniej i prościej.

 

Tymczasem wciąż ustępujesz przed Kimś, co stamtąd nadchodzi

zamykając za sobą cicho drzwi izdeb­ki maleńkiej?

a idąc krok łagodzi

– i tą ciszą trafia najgłębiej.

 

2.

To Przyjaciel. Ciągle wracasz pamięcią

do tego poranka zimą.

Tyle lat już wierzyłeś, wiedziałeś na pewno,

a jednak nie możesz wyjść z podziwu.

 

Pochylony nad lampą, w snopie światła wysoko związanym,

nie podnosząc swej twarzy, bo po co –

– i już nie wiesz, czy tam, tam daleko widziany,

czy tu w głębi zamkniętych oczu –

 

Jest tam. A tutaj nie ma nic prócz drżenia,

oprócz słów odszukanych z nicości –

ach, zostaje ci jeszcze cząstka tego zdziwienia,

które będzie całą treścią wieczności.

 

„To Przyjaciel. Ciągle wracasz pamięcią / do tego poranka zimą. / Tyle lat już wierzyłeś, wiedziałeś na pewno, / a jednak nie możesz wyjść z podziwu”. Jakże te słowa pasują mi do tej sytuacji, gdy Anno Domini 10 lutego 2021, właśnie rankiem, wystukuję na klawiaturze ten mój zapisek na temat książeczki Smaszcza pt. Zdarzyło się podczas spływu Łyną…

No, właśnie: Jan Paweł II był zakochany w górach, a tu także okazuje się, że przestrzenie jezior i rzek także nie były mu obce.

Bo jak pisze Smaszcz: „Karol Wojtyła – człowiek gór, okazał się niemniejszym  miłośnikiem medytacji na wodzie, w jeszcze bujniejszej i znacznie pierwotnej przyrodzie niż ta, znana mu z dzieciństwa i wczesnej młodości u podnóża Beskidów”.

Majstersztyk to zatem formalny ze strony Smaszcza nie lada. Czytelnik bowiem naczytawszy się i o górach nareszcie schodzi ku nizinom, jeziorom i rzekom, wcale metafizycznie i medytacyjnie nie ustępującym. Oczekiwanie zatem „opłaciło się”, a przy tym dowiedział się wiele nie tyle nowych, co inaczej, w świeży sposób, podanych informacji o Papieżu.

(A swoją drogą także i piszący te słowo ma uwielbienie dla jezior, a także różnych stawów i sadzawek. Kiedyś nawet użyłem określenia, że jestem… „lakistą”, co została potraktowane jako szczęściarz od „lucky”, a przecież „lakista” jest od „lake”. Stąd także nie mogę się naczytać czy to m.in. Wordswortha, czy to Coleridge’a, czy to Waldena Henry’ego Dawid’a Thoreau).

Tytułowa Łyna pojawia się dopiero na s. 141, a sama książeczka tych stron ma 162, a więc prawie na końcu. Nie ona wszakże jest tu najważniejsza, lecz to, co „zdarzyło się” w 1958 r. podczas właśnie spływu Łyną. Otóż Karol Wojtyła, zwany Wujkiem otrzymał wiadomości, że został Biskupem. I to jest zwieńczenie, i punkt kulminacyjny Smaszcza  rozważań. Bardzo ciekawy formalny pomysł.

Na koniec chciałbym przestawić dwie osobiste refleksje dotyczące pośrednio książeczki Zdarzyło się podczas spływu Łyną…

Pierwsza to jest taka, że kilka lat temu, gdy wracałem z sanatorium w Inowrocławiu zajechałem, niejako po drodze, do miejscowości Parwółki leżące nieopodal miejsc, które opisuje Smaszcz w swojej książeczce. Zwabiono mnie tam, oczywiście pod pretekstem pięknych okolicznych jezior. Byłem tam od sobotniego popołudnia do poniedziałkowego poranku. Niedzielne popołudnie przeznaczyłem jednak nie na łowienie ryb, lecz na zwiedzanie Sanktuarium Matki Bożej Gietrzwałdzkiej i uczestnictwie w popołudniowej mszy świętej. Gdzieś tam zatem chodziłem śladami Ojca Świętego.

A druga refleksja to jest taka, że moja dziewięćdziesięciosześcioletnia Mama ma jeszcze książeczkę do nabożeństwa, którą otrzymała podczas Pierwszej Komunii Świętej, czyli już prawie dziewięćdziesiąt lat temu. Do tej książeczki często, swoim zwyczajem stojąc przy oknie, bo widniej, również i ja zaglądałem.

I pomyślałem, że czytaną przy oknie na stojąco dzieło Smaszcza także nazwę… książeczką.   

10-11 lutego 2021 r.