„KLAPY”

W cieniu olimpiady (XX Zimowe Igrzyska Olimpijskie, Soczi 2014) o mało nie przeoczyłem poniedziałkowego Teatru Telewizji tj. sztuki Nex–ex. Nawet nie wiedziałem czyja ta sztuka. I dopiero w napisach końcowych okazało się, że jest to dzieło Juliusza Machulskiego. Bardzo udane dzieło i bardzo udany spektakl telewizji.

Przyznam, że już dawno tak się nie ubawiłem jak w ten miniony poniedziałkowy (10 lutego bm.) wieczór. Wszystko bowiem było znakomite. Bo i treść samej sztuki, inscenizacja, a nade wszystko aktorzy. W roli Zyty wystąpiła Małgorzata Zajączkowska, w roli Karola – Krzysztof Stelmaszyk, w roli Eustachego – Jan Englert, w roli Kiki – Anna Seniuk oraz dwoje utalentowanych młodych aktorów tj. Julia Rosnowska w roli Marysi i Jakub Firewicz w roli Marcela.

A już myślałem, że Juliusz Machulski potrafi kręcić tylko kiepskie filmy. Bo zapowiadał się przecież jako naprawdę dobry reżyser. Mnie najbardziej podobał się jego film pt. Kingsajz (1987), który, niestety, bardzo szybko się zestarzał. (Podobie zresztą jak Seksmisja). Podobały mi się także jego utrzymane w stylu „amerykańskim” Vabank (1981) oraz Vabank II (1984). Juliusz Machulski „skończył się” jako dobry reżyser naprawdę niezłym filmem Szwadron (1992), którego ponoć nie lubi. No, a potem sypnęły się już tylko bardzo kiepskie jakieś Deja vu, Kiler, Vinci, Ile waży koń trojański itd.

Okazuje się, że Juliusz Machulski to bardzo energiczny człowiek. Bo nie tylko reżyseruje, nie tylko jest producentem, nie tylko prezydentował w Polskiej Akademii Filmowej (nawet nie wiedziałem, że taka akademia jest), ale także był jurorem festiwali itd. Osobiście wolałbym aby Juliusz Machulski zamiast aż tak niepotrzebnie się rozdrabniać co jakiś czas napisał tak dobrą sztukę jak Nex–ex.

A sama olimpiada? Mnie, osobiście, bardzo podobało się jej otwarcie, chociaż, oczywiście, „kiks” z zamkniętym piątym kołem olimpijskim był niewybaczalny. A poza tym rzeczywiście organizatorzy nie mieli pomysłu na zapalenie znicza olimpijskiego. A przecież przy współczesnej technologii można było wymyśleć cuda, albo, ostatecznie, z fasonem podjechać do znicza… trojką.

Natomiast czułem się zniesmaczony niemal totalnym krytykanctwem otwarcia olimpiady. Wszystko co rosyjskie musi być od razu złe. Szczególnie mnie „wkurzyło” dwoje „znawców”: jakiś nieogolony gość z kępkami włosów sterczących z kącików ust oraz „kobieta wszystkowiedząca”, dla której otwarcie olimpiady w Soczi było: za długie, za nudne, nie udane, w ogóle „tylko dla ruskich”.

Olimpiada to dla mnie cudowne święto nie tylko sportu. Ze szczególnym zainteresowaniem oglądam biegi panczenistek i panczenistów. Holendrzy nie mają sobie równych. W końcu to ich narodowy sport. Co jakiś czas M. zaprasza mnie do Amsterdamu. Odpowiadam jej, że jeśli przyjadę to chyba tylko zimą aby tam pojeździć na panczenach. Swoich starych hokejówek, które jeszcze czasami wkładam, gdy A. zaprasza mnie nad jezioro, kiedy już zamarznie, do Amsterdamu chyba bym nie wziął.

A nowoczesne panczeny „klapy”, to już, niestety, „nie moja bajka”.

12 lutego 2014 r.