„CIĘŻKO POWIEDZIEĆ” „TROSZECZKĘ” „PRZEPYSZNY”

Oglądam olimpiadę, nie opuszczam ani jednego biegu panczenistek i panczenistów, lecz zżymam się nieustannie na słownictwo sprawozdawców. Jeden z nich upodobał sobie słowo „troszeczkę” i nie ma chyba zdania żeby owego „troszeczkę” nie powiedział raz a nawet dwa razy.

Zresztą owo „troszeczkę” niemal wszędzie, coraz częściej, słychać. Skąd to się bierze? A przecież zamiast „troszeczkę” można powiedzieć: „trochę”, „bardzo mało”, „malutko”, „niedużo”, „odrobinę”. Nie, koniecznie musi być „troszeczeczkę”. A zatem i ja jeszcze „troszeczkę” pomarudzę.

Drugi wyraz, który doprowadza mnie „do szału” to „pyszny”, a ostatnio coraz częstszy „przepyszny”. Na przykład ciastko koniecznie musi być „przepyszne i przekruche”, a nie może być np. „wyborne”, „wyśmienite”, „zachwycające”, ba, „wykwintne” lub – najzwyczajniej – „smakowite”.

A jeśli już jestem przy „smakowitym”, to chciałbym podać kilka smakowitych powiedzeń jednego ze sprawozdawców podczas olimpijskiego zjazdu (biegu zjazdowego) mężczyzn: „wypuścił nogi spod siebie”, „ta pierwsza trójka wydaje się magiczna”, „slalomiści jak wkroczą tutaj do walki”, „za bardzo przysiadł na tyłach”, „stosunkowo niska ta prędkość”, „to też taka dobra równowaga” itd.

Na co jeszcze „się wściekam”? „Ciężko powiedzieć” – także ostatnio jest bardzo modne. Jeszcze modniejsze jest to rozdziawiane przed każdym wyrazem „aaa”. Załatwiałem ostatnio pewną sprawę u operatora telefonii komórkowej i, oczywiście, najpierw było to nieustanne „aaa”, „aaa”, „aaa” przed każdym wypowiedzianym wyrazem, a nade wszystko, zamiast kompetentnego załatwienia sprawy, stęknięcie… „ciężko powiedzieć”. Ileż ja tego stękania z „ciężko powiedzieć” muszę się nasłuchać. A „trudno powiedzieć”, „niełatwo powiedzieć” itd. to już jest takie… niepolskie?

A jeśli słyszę bezmyślne „jakby”, to od razu reaguję. No bo niby co to ma znaczyć, że „sprawa jest jakby pomyślne załatwiona” albo, że „otrzymuje pan jakby nowy abonament”?

Jeszcze inna sprawa to oszukiwanie klienta w kwestii marek. Oto w znanym sklepie (nazwy nie wymienię) postanowiłem kupić sobie na wiosnę buty z goretexem. Firma renomowana, ale buty… „Made in China”. Szukam kurtki, mam nietypowy rozmiar, więc nie zawsze mogę kupować tańsze rzeczy, ale wszystko…  „Made in China”. Dresy… „Made in China”. Koszulki z krótkim rękawem – „Made in China”. Ba, kalesony – „Made in China”. Sprzęt elektroniczny… „Made in China”.

„Denon”, „Canon”, „Sony” itd. to teraz wszystko chińszczyzna. Oglądałem jakiś czas temu aparat fotograficzny. „– Co mi pan tu chińszczyznę wciska – pytałem – za takie pieniądze?” „– Aaa – odparł konsultant – aaa prawdziwy aaa aparat, aaa „Made aaa in aaa Japan”, aaa kosztuje aaa dwa aaa razy aaa więcej” – usłyszałem.

W jednym z wielkich tomów towarowych byłem ostatnio na przecenach. Nagle słyszę, a wraz ze mną przynajmniej kilkadziesiąt osób, ryk: – „Henek, gdzie idziesz?” i odpowiedź: „ – „Idę coś wjebać do macdonalda i zaraz wracam”. Nikt nie zareagował na to „na luzie” odkrzyknięte” „wjebać”.

Przejmować się zatem „jakby” „troszeczkę” „trudno powiedzieć” „przepysznym”?

14 lutego 2014 r.