KILKA REFLEKSJI W PIERWSZY DZIEŃ KALENDARZOWEJ, TERMICZNEJ WIOSNY

W kalendarzu od rana jest już wiosna, a na dworze w dalszym ciągu trwa marcowa, chociaż bezśnieżna, zima. Onegdaj wyszedłszy na spacer czym prędzej wracałem przemarznięty na wskroś.

(Celowo użyłem słowa „onegdaj”, ponieważ wiele osób sądzi, że to… „dawno” lub „w zamierzchłych czasach”, podczas, gdy oznacza ono… przedwczoraj).

Wczoraj natomiast dość sprytnie zaproszono mnie na projekcję polskiego (!) filmu pt. Hans Kloss. Stawka większa niż śmierć. Wiłem się jak piskorz aby uniknąć uczestnictwa w tej projekcji, a potem dyskusji na temat Hans Kloss w kulturze filmowej, ale nie pomogły ani tłumaczenia, że jestem, po niedzielnym „spacerku”, podziębiony, ani to, że nie oglądam polskich filmów. Płacono jednak za udział w „panelu dyskusyjnym”. Poszedłem, wynudziłem się „za wszystkie czasy”, bo film, moim zdaniem, nie mieści się w żadnej ocenie. „Szkoda pieniędzy i czasu” tak go oceniam.

Wracałem wczesnym popołudniem „klnąc w żywy kamień” na ohydną marcową pogodę. A tu w domu od razu zastaje mnie kilka telefonów i e–maili z zapytaniem czy mogę przyjść i zabrać głos na temat Lema, a nade wszystko Niezwyciężonego. Pisałem pracę magisterską na temat Lema, co jakiś czas czytam ulubioną Solaris. Odnawiam także lekturę m.in. Niezwyciężonego. Tym razem czytałem to opowiadanie przez lupę i z ołówkiem w ręku. I oto co znalazłem: dokładnie sto zdań zaczynających się od „Ale…”, dziesięć zdań kończących się na „…się”, sześć zdań zaczynających się od „Gdy…”, pięć zdań z przedziwną konstrukcją z „który”. Jakoś nie mogę przejść obojętnie obok następującego fragmentu:

„Rohan chciał jeszcze o coś pytać, ale nie miał odwagi. Słowa zamarły mu na ustach. Horpach patrzał na niego, jakby na coś czekał. Ale Rohan nie wiedział nic – czyżby dowódca przypuszczał, że on sam, na własną rękę, potrafi wymyślić coś doskonalszego od wszystkich uczonych, od cybernetyków i strategów, razem z ich elektronowymi mózgami? A jednak patrzał na niego cierpliwe. Milczeli. Krople wody kapały miarowo z kurka, niezwykle głośno w zupełnej ciszy. I z tego milczenia pomiędzy nimi narodziło się coś, co chłodem ścięło policzki Rohana. Już cała twarz, jej skóra, od karku przez szczęki, zaczęła się kurczyć, stawała się jakaś ciasna, kiedy patrzał w załzawione, niewymowne teraz stare oczy Horpacha. Już nic nie widział prócz tych oczu. Już wiedział.

Skinął powoli głową. Jakby mówił „tak”. Rozumiesz? – pytał wzrok astrogatora. Rozumiem odpowiedział spojrzeniem Rohan. Ale w miarę jak ta świadomość stawała się w nim jawniejsza, czuł, że to nie może być. Że tego nikt nie ma prawa żądać od niego, nawet on sam. Milczał więc dalej. Milczał, ale teraz udając już, że się nie domyśla niczego, że nie wie, czepiał się tej naiwnej nadziei, że skoro nic nie zostało powiedziane, tego, co przeszło z oczu w oczy, można się wyprzeć. Można skłamać, że to niedomyślność – bo rozumiał, czuł, że Horpach nigdy sam mu tego nie powie. Ale tamten widział to, widział wszystko. Siedzieli nie poruszając się. Wzrok Horpacha zmiękł. Już nie oczekiwanie wyrażał ani naglącą natarczywość, ale tylko współczucie. Jakby mówił: „Rozumiem. Dobrze. Niech i tak będzie”. Dowódca opuścił powieki. Jeszcze chwila, a to niewypowiedziane znikłoby i obaj mogliby zachować się tak, jakby nic w ogóle nie zaszło. Ale ten odwrócony wzrok przesądził”. (Wytłuszczenia moje).

Z jednej strony podziwiam wyobraźnię Lema, jego pomysłowość i talent. Z drugiej strony domyślam się, że napisawszy (na maszynie do pisania) tekst chyba do niego już nie wracał. Już miał bowiem pomysł na następną książkę.

Jakże zatem pisarstwo jest trudnym i odpowiedzialnym zajęciem. Iluż, przez te kilkadziesiąt lat, poznałem pisarzy, ileż przeczytałem ich książek. Który z nich ostatnie dla potomności? Prawie żaden. Lem na pewno, dla jego wyobraźni, bo przecież nie kunsztu stylistycznego. A gdyby tak Lem cyzelował, także stylistycznie, swoje utwory? Ile by wtedy ich napisał i wydał?

Oto zachowałem kilka zdań, i bardzo często do nich wracam, z książki Wojciecha Karpińskiego pt. Lustro Innego świata: „Arcydzieła po tym zapewne się poznaje jak potrafią zmagać się z rzeczywistością, ile jej i z jaką siłą przekazują czytającemu. W Innym świecie uderza szerokość rejestru: styl, doskonale kontrolowany, umie wyrazić rozmyślania, emocje, stany duchowe i fizjologiczne, sceny gwałtu i modlitwy, odurzenie głodem, nienawiść, nadzieję i wierność”.

Gdyby podobnymi kryteriami ocenić Niezwyciężonego: czy jest arcydziełem? Wyobraźni na pewno tak, ale nie stylu.

A gdyby podobne kryteria zastosować wobec tych wszystkich książek, które zawalają księgarnie i biblioteki. Co by się ostało jako arcydzieło? Prawie – nic.

„Zapełniacze papieru”… No tak, ale ci, przynajmniej, próbują: a może się uda, że ich balonik nie pęknie? (Patrz zapis na temat balonika w: nasza profesja z 28 grudnia 2011 r.).

Dość jednak tych – „niepogłębionych” – refleksji w pierwszy dzień kalendarzowej, termicznej wiosny w, jeszcze, zimowej aurze.

20 marca 2012 r.