II MIEJSCE. NA 236 ZESTAWÓW WIERSZY.

Był taki czas, że dość często brałem udział w różnego rodzaju konkursach literackich o zasięgu ogólnopolskim, regionalnym itd. A potem, któregoś dnia, przestało mi to być, z różnych względów, potrzebne. Jedna przyczyna jednak, której można się domyślać, mimo to przeważyła, że znowu wysłałem swoje utwory na konkurs. Każdy bowiem grosz, w tych także bardzo trudnych dla poetów czasach, może się przydać.

Po zatem długich zastanowieniach, i wahaniach, wysłałem na XXVIII edycję Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Władysława Broniewskiego „O LIŚĆ DĘBU” w Płocku, poniższy zestaw pięciu dotąd niepublikowanych, nowych wierszy.

Okazało się – według werdyktu Jury konkursowego – że zestaw ten otrzymał, na 236 zestawów wierszy nadesłanych na ten Konkurs, II nagrodę… ex aequo. Według werdyktu Jury konkursowego nie przyznano ani pierwszej nagrody, ani trzeciej nagrody, lecz właśnie trzy drugie nagrody[1]. Poza tym przyznano jeszcze wiele wyróżnień.

Moim zdaniem to bardzo oryginalny werdykt. Przyjmuję go, chociaż czytelnicy tych zapisków znają mój pogląd na drugie, i dalsze, miejsca. Przyjmuję go, ponieważ mimo wszystko sprawił mi on pewną satysfakcję.

 

PORANNE ŚWIATŁA NA NIEBIE

 

Ze środy (w Trzech Króli) na czwartek niemal całą noc nie spałem.

(Takie różne dzienne sprawy nie pozwoliły mi oka zmrużyć).

Prawie do szóstej coś tam – na pewno nie wiersz – pisałem.

A tuż zaraz przed wpół do siódmej do sklepiku po bułki szedłem.

 

Tu i tam ktoś gdzieś się śpieszył. Jak to o tej porze się zdarza.

A ja – mimo całkiem mocnego mrozu – stanąłem. Bo oto

gdzieś tak nad południowo-wschodnim niebie w nowiu, cienki

sierp Księżyca się żarzył. (Jakby dogasał w tym mrozie?).

 

A tuż obok świecił Saturn i – znacznie od niego jaśniej – Wenus.

Doprawdy, niemal w Trzech Króli… trzy jasne światła na niebie:

czyż mógłbym spodziewać się w ten świt piękniejszego widoku?

Pięknie także światło popielate na Księżycu było widoczne.

 

Dopiero, gdy mróz w policzki i nos zaczął mnie szczypać,

do sklepiku zaszedłem. Na dworze ten i ów gdzieś w swoich

sprawach się śpieszył. Na niebo nie miał czasu spoglądać.

Kto wie, czy dostrzegał więcej niż godzinę, dwie przed sobą.

 

„ŁĄCZĄCA ICH WIĘŹ

BYŁA ULOTNIEJSZA OD POWIETRZA”[2]

Albo: Czytając opowiadania Patricii Highsmith

 

Marzec. Pogoda jak zły sen: ciemno,

szaro i ponuro. Od miesiąca nawet

skrawka Słońca. Nie wiadomo także

co się dzieje na wieczornym niebie.

 

Kiedy te dni jak zły sen się skończą?

Kiedy powieje łagodniejszy wiatr

i będzie można odetchnąć słoneczną

przestrzenią? Czy kiedyś to nastąpi?

 

Oto opowiadania Patricii Highsmith

rozświetlające te dni. Już robi się

jasno od samych tytułów. Bo czyż

Poranki nieskończonych możliwości

 

to nie piękny tytuł? To jest historia

więzi – niespodziewanej – bardzo

samotnych osób: 32 letniego Aarona

Bentleya i 10 letniej Freyi Wolstnom.

 

Akcja dzieje się gdzieś w „zaszytym

w zieleni” miasteczku Clement u

podnóża „zielononiebieskich gór”.

No i jeszcze te poranki. Gdy Aaron         

 

„Pospieszył do okna i opierając się

na parapecie, spojrzał poprzez zieleń

na ociężałe słońce, które posuwało

się do góry w drgającym powietrzu”.

 

Zapomnienie o marnej pogodzie oraz

ucieczka przed „nieskończoną pustką’

marcowych, bezsłonecznych, zimnych

dni: opowiadania Patricii Highsmith.

 

AKWARELOWY GDAŃSK

 

W Gdańsku, na św. Ducha, „gruby” deszcz mnie zastał.

Lało tak, że o mało na strzępy parasola mi nie rozerwało.

Nie było gdzie się schować (chyba, że w… monopolowym).

Lecz kryć się przed majowym deszczem choćby i gwałtownym?

 

A wtedy nie zobaczyłbym, jak „rzygacze” – strumieniami

wody – rzygają aż na środek ulicy. Tak w ten dzień lało.

Ale wnet, jak to maju, ulewa jak przyszła, tak i nagle ustała.

Gdańsk tak piękny się zrobił, jakiego przedtem nie widziałem.

 

Szedłem – ze św. Ducha … Mokrą, a potem Grząską.

(Doprawdy nie wiem, skąd takie nazwy ulic, na których

nigdy mokro, ani, tym bardziej, grząsko nie było. Na pewno

za to wąsko, ale są to ulice na południe, ku Słońcu, zwrócone).

 

Skąd to się wszystko bierze – myślałem, idąc – i ten

„gruby” deszcz, i te światła, i barwy po nim, i również te

tłumy majowe? Przecież deszcz nie pada dla samego siebie.

A te kolory: jakby ktoś się śpieszył, zanim szybko wyschną.

 

No i jeszcze moja obecność w tym wodnym pejzażu.

Czy jestem w nim przez przypadek? A to niewyraźne, jakby

małym pędzlem, pacnięcie? To mam być ja? Kiedy mi

Malarz tę akwarelę, gdy już będzie gotowa, być może, pokaże.

 

OBRAZEK Z JARMARKU DOMINIKAŃSKIEGO

ANNO DOMINI 2016

 

Harmider. Harmider i tłok wokół krzykliwych

towarów, wyrobów „made in China”, zgromadzonych

w nieprzebranych ilościach. Przedzierając się przez

tłum i uważając by cię nie okradli, zastanawiasz się, czy:

 

jeśli już i lodowe wino potrafią wyprodukować

Chiny, to i czy te wszystkie starocie nie są również

„mejd in Czajna”? I po co komu aż tyle staroci?

Aż tyle nikomu i do niczego niepotrzebnych rzeczy?

 

Oto dwie warszawianki zachwycają się filiżanką.

„O, bez uszka!” – dostrzega jedna z nich mankament.

znaleziska. „Ale jest prześliczna” – druga się jednak

zachwyca. „Opuszczę no, 50 i za 450 będzie do wzięcia” –

 

namawia usilnie warszawianki, właściciel kulawej

filiżanki. „Mój Boże” – słychać tuż obok głośny szept

starszej, miejscowej, dystyngowanej pani – „przecież

450 to będzie jedna trzecia mojej miesięcznej emeryturki”.

 

„A więc 400 euro i filiżanka jest do wzięcia” – nieco

zniża cenę właściciel kolorowej skorupki, która kiedyś

była filiżanką. Ale starsza pani już tego „euro” nie słyszy.

Czego – niewiele młodsza? – szuka wśród tych staroci.

 

POD NIEBIESKIM KSIĘŻYCEM

 

Rozmawiamy z przyjacielem pod jabłonką-papierówką.

Godzinę jedną, drugą, trzecią, godzinę następną rozmawiamy.

Przyjaciel jest po zawale. („On? Zawał? Taki szczupły,

wysportowany, zawsze dbający o dietę?”. „A jednak zawał”).

 

„W końcu i mnie musiało coś się stać. Jak to w starym,

chociaż luksusowym samochodzie” – opowiada, co go spotkało.

„Trochę mnie wyremontują i znowu będę na chodzie” – dodaje.

A tymczasem – gdy tak rozmawiamy – wokół trwa lipiec jesiennie.

 

Wtem, cóż to? Czyżby jedna z papierówek: ta jedna

z największych, ta z najwyższych gałęzi, ta niedostępna,

zamiast w końcu spaść – uniosła się w niebo? Ależ nie,

to przecież w środku dnia… widać niebieską pełnię Księżyca.

 

Doprawdy, „cuda” dzieją się wokół nas i na niebie.

Czy ktokolwiek dostrzeże tę niebieską, tę drugą, już w tym

miesiącu pełnię Księżyca? I nie dziwi się, że to sam

środek lata a pogoda jakby pod późną, deszczową, jesień?

 

Zapewne od sinych chmur, od zimnych, lipcowych deszczy

ten Księżyc taki „niebieski”. Ściemnia się, będzie ulewa.

„Spróbuj Jan – prosi przyjaciel – jakoś tę papierówkę

strząsnąć lub zerwać, zanim ją szpaki wypatrzą, rozdziobią”.

 

Trzęsę zatem ze wszystkich sił na jakie mnie stać, raz i

jeszcze raz. Papierówka jednak „się trzyma”. Wolałbym –

jak to za dawnych czasów bywało – wspiąć się na drzewo.

I może zamiast papierówki zerwałbym ten Księżyc niebieski?

 

Papierówka w końcu wprost w ręce przyjaciela spada.

Patrzę, Księżyc zniknął. Zasłoniły go chmury? A może…

Papierówka złotawa, ale i w tym świetle dnia niebieskawa.

Niech ją przyjaciel sobie za-trzyma jako dar stamtąd, z nieba. 

 

[1] Drugie nagrody ex aequo także otrzymali: Pan Michał Witold Gajda z Wrześni i Pan Maciej Kotłowski z Wejherowa. Tą drogą składam im serdeczne gratulacje.

[2] Fragment opowiadania Patricii Highsmith (1921-1995) pt. Poranki nieskończonych możliwości (The Mightiest Mornings), w tłumaczeniu Magdaleny Słysz.