„GREEN BOOK”, CZYLI LATA SZEŚĆDZIESIĄTE XX WIEKU

Po oscarowym filmie Faworyta (The Favourite – 2018), 119 min., reż. Yorgos Lanthimos (Oscar, Złoty Glob, BAFTA oraz inne nagrody dla Olivii Colman nie wiadomo za co), zwątpiłem po raz kolejny w filmy – i aktorów – obsypywanych nagrodami, a także odechciało mi się chodzić do kina. (O czym szczegółowiej niedawno pisałem w moim zapisku pt. Zzz… bum! Zzz… bum! Zzz… bum…).

A tak naprawdę po raz pierwszy zwątpiłem w Oscary, gdy tą statuetką został wyróżniony – i to aż dziewięciokrotnie(!) – bardzo słaby film pt. Angielski pacjent (The English Patient – 1996), 160 min. reż. Anthony Minghella z nielubianymi przez mnie aktorami tj. Ralphem Fiennesem oraz Juliette Binoche (Oscar? Za co?).

Kiedy zatem usłyszałem werdykt, że film Green Book, który otrzymał trzy Oscary („Najlepszy film”, „Najlepszy aktor drugoplanowy” oraz „Najlepszy scenariusz oryginalny”) jest bardzo przeciętny, jakoś to na mnie nie podziałało, tym bardziej, że były to opinie różnych filmowych „recenzentów” i zawistników, którzy pod niebiosa wychwalają Zimną wojnę rzeczywiście bardzo przeciętny – by nie powiedzieć słaby – film. Zrażony jednak Faworytą odkładałem obejrzenie filmu Green Book z tygodnia na tydzień.

W końcu okazja się nadarzyła 27 marca br. Miałem w tym dniu rano do załatwienia jakąś sprawę w Sopocie. Sprawdziłem, że film ten jest grany w tamtejszym kinie o godz. 11.30.

Na molo w tym dniu było wietrznie, a zatem zrezygnowałem z dłuższego spaceru. Posiliwszy się zatem rzeczywiście smacznymi croissantami „wkroczyłem” do kina i już na wejście… „aż mnie cofnęło”. Straszny (dosłownie: straszny) bowiem smród wionął z wnętrza tego tak jeszcze niedawno eleganckiego kina. A kiedy w toalecie nie mogłem oderwać stóp o czegoś lepkiego miałem dość tego przybytku kultury. Bilet jednak miałem już kupiony. „Wkroczyłem” zatem na prawie pustą salę kinową.

Zaczęły się – jak zawsze – reklamy przy nieprawdopodobnym wręcz hałasie. (Kiedy wreszcie do tych wszystkich kiniarzy dotrze, że im jest głośniej, tym głupiej?). Potem jeszcze trzeba było przeżyć zwiastuny filmów przy potężnym łomocie płynącym z głośników.

Wreszcie zaczął się Green Book, 2018 r., 130 min., reż. Peter Farrelly z arcyświetnymi Vigo Mortensenem i czarnoskórym aktorem o nazwisku Mahershala Ali. I już od pierwszej sceny, pierwszej sekwencji film uwodzi atmosferą, muzyką (lata sześćdziesiąte XX wieku), znakomitym aktorstwem, wspaniałymi zdjęciami, słowem: wszystkim. A do tego można jeszcze zdrowo się pośmiać, otrzeć łezkę, bo jest i w tym filmie piękny liryzm. Wreszcie nieco zaskakujące zakończenie, po którym – wychodząc z kina – chce się żyć. Bo właśnie takie powinno być Kino. A nie takie jak nadęta Faworyta, czy aspirująca – nie wiadomo, na jakiej podstawie – do arcydzieła Zimna wojna.

To nie koniec miłych – dla kinofila – zaskoczeń. Bo oto na Netflixie udało mi się znaleźć uroczy film pt. Stowarzyszenie miłośników literatury i placka z kartoflanych obierek (The Guernsey Literary and Patato Peel Pie Society – 2018), 124 min., reż. Mike Newell, z m.in. Lily James oraz stareńkim Tomem Courtenay’em. Film jest trochę za bardzo… literacki, bo sytuacje przestawione, chociaż ponoć oparte na faktach, mogą zdarzyć się tylko na filmie. Można także przewidzieć jak cała historia się zakończy. Obraz ten ogląda się jednak z dużą przyjemnością, tym bardziej, że wiele scen plenerowych było kręconych na pięknej wyspie Guernsey.

(A tak nawiasem Mike Newell to reżyser co się zowie. Chciałbym jeszcze raz zobaczyć takie jego filmy jak m.in. Przebudzenie  z 1980 r., Taniec z nieznajomym z 1985 r., Czarowny kwiecień z 1991 r. oraz Nieprawdopodobną historię z 1995 r.).

Nie przepadam za serialami, które toczą się i toczą z odcinka na odcinek i w końcu naprawdę nie wiadomo, o co w nich chodzi. Obejrzałem zatem ze trzy i zdecydowanie przedkładam nad seriale pełnometrażowe filmy fabularne.

W ten sposób trafiłem na bardzo sprawnie zrealizowany kryminał z Pierce Brosnanem pt. The November Man, 2014 r., 107 min. reż. Roger Donaldson. Warto ten film zobaczyć także dla wspaniałych plenerów z Czarnogóry (Herceg Novi, Petrovac, Sveti Stefan).

Ciekawostką jest tytuł tego filmu. Otóż w którymś momencie ktoś mówi, że gdy pojawia się Peter Devereaux (tj. Pierce Brosnan), to zaczynają opadać liście. Ciekawe skojarzenie. Spodobało mi się, bo oto – jako urodzony w czerwcu – mógłbym być… June Man. Ciekawym, czy ktoś ujrzawszy mnie powiedziałby, że oto nadchodzi Jan, czyli czerwiec, tzn., człowiek przynoszący wiosnę?

Wystarczy jednak tych osobistych dywagacji. Nikt mnie nie przekona, że bardzo przeciętna Zimna wojna, która ponoć nawiązuje poetyką do lat sześćdziesiątych XX wieku mogłaby się równać z takimi dziełami jak m.in. Pociąg z 1959 r. (93 min.) Jerzego Kawalerowicza; Do widzenia, do jutra z 1960 r. (80 min) Janusza Morgensterna; Nóż w wodzie z 1961 r. (90 min.) Romana Polańskiego; Matka Joanna od Aniołów z 1961 r. (103 min) Jerzego Kawalerowicza; Rękopis znaleziony w Saragossie z 1964 r. (177 min.) Wojciecha Jerzego Hasa; Bariera z 1966 r. (87 min.) Jerzego Skolimowskiego; Żywot Mateusza z 1967 r. (76 min.) Witolda Leszczyńskiego; Ruchome piaski z 1968 r. (76 min.) Władysława Ślesickiego; Struktura kryształu z 1969 r. (74 min.) Krzysztofa Zanussiego; Sól ziemi czarnej z 1969 r. (99 min.) Kazimierza Kutza.

A na Green Book wybiorę się przy najbliższej okazji jeszcze raz. I kupię sobie ten film na DVD.

29 marca 2019 r.

 

Ps.

Kiedy kończyłem ten zapisek dotarła do mnie wiadomość o tym, że zmarła Agnès Varda (30 maja 1928 – 29 marca 2019) niezapomniana reżyser takich filmów jak m.in. Cléo od piątej do siódmej (Cléo de 5 à 7 – 1962), 90 min., czy Szczęście (Le bonheur – 1965), 79 min.

W tych zapiskach zawsze podaję daty urodzin i śmierci. Bo nawet najwięksi artyści Kina odchodzą.