„EKSPLOZJA W TOALECIE PO UDERZENIU PIORUNA”

„Eksplozja w toalecie po uderzeniu pioruna” – oto taką informację na „dzień dobry” opublikowała – całkiem serio i jako wiadomość pierwszorzędną – jedna z ogólnopolskich stacji telewizyjnych.

Jeśli nie ma akurat wypadków, pożarów, afer itd. itd. to trzeba i z „eksplozji w toalecie po uderzeniu pioruna” uczynić najważniejszą informację letniego poranka.

Na świcie dzieje się przeogromna ilość zdarzeń, a jednak dla telewizji najważniejsza jest „eksplozja w toalecie po uderzeniu pioruna”. Staram się zatem nie oglądać telewizji również dlatego, że nie zdarzyło mi się jeszcze, abym po włączeniu telewizora nie natrafił na reklamę.       

Oglądać zatem coraz głupsze reklamy i pierwszorzędne wiadomości o „eksplozji w toalecie po uderzeniu pioruna”? Oglądać i… płacić? Dałem się nabrać i płacę jednemu z operatorów comiesięczny haracz za: wyłącznie reklamy, wiadomości jak powyższa oraz w 99% „filmy”, których nie daje się oglądać.

Ileż bowiem można oglądać „filmów” o gangach narkotykowych albo o brutalnej „nawalance po mordach” lub o skorumpowanych politykach i policjantach? Ileż można oglądać „komedii romantycznych” bez jakiegokolwiek sensu albo z prymitywnym seksem? Ileż można oglądać filmów fantasy i science-fiction złożonych wyłącznie z efektów specjalnych, którym towarzyszy potworny łomot?

Sądziłem, że jedyna nadzieja to jeszcze filmy dokumentalne. Tu jednak jest identycznie jak na kanałach oferujących „filmy fabularne”. Co kilka minut pojawia się reklama za reklamą i za reklamą… reklama.

A poza tym, dlaczego także we wszystkich filmach dokumentalnych słychać walenie w bębny, jako ilustrację muzyczną? Dlaczego scenie, gdy niedźwiedź łowi łososie towarzyszy walenie w bębny? Dlaczego, gdy koliber zbliża się do kwiatu słuchać walenie w bębny? Dlaczego, gdy delfiny ścigają się z łodzią słychać walenie w bębny? Itp. itd.         

Pozostają zatem już tylko media strumieniowe, chociaż i tu po pierwszym zachwycie  okazuje się, że jest także ogromna ilość filmowego śmiecia kręconego kamerą z ręki, a zatem z rozchybotanym obrazem, byle jak, aby więcej „sezonów”, aby więcej „seriali”, w których tylko się siedzi i gada, i gada, i gada, i gada.

Dość jednak narzekań. (Osobna kwestia to współczesne polskie filmy, o których wolałbym się nie wypowiadać, bo – z wyjątkami – nie ma o czym).

Owe 1%, bo – sadzę, jako kinofil z długim, i jeszcze dłuższym stażem – nie więcej, to takie m.in. seriale jak Marseille oraz naprawdę godne polecenia i oglądania Owieczki boże (Lambs of God), reż. Jeffrey Walker, czyli czteroodcinkowy mini serial, który każdemu kinofilowi może sprawić dużą radość oglądania.

Serial został nakręcony według dotychczas nieprzetłumaczonej na język polski powieści z 1997 r. Lambs of God australijskiej pisarki Marele Day.

Obraz ten zasługuje, moim zdaniem, co najmniej na 4+ (w skali od 1 do 6). Warto go mieć w swojej domowej filmotece. Przede wszystkim ciekawa jest historia, którą opowiada Marele Day. Rzadko, coraz rzadziej, zdarza się w filmach, w serialach, w powieściach, że widza, czytelnika – w tym przypadku piszącego te słowa kinofila – owo tak niezbędne, a oczekiwane: „co dalej, co dalej”. W Owieczkach bożych do końca nie wiadomo, co się zdarzy, ba! co się stanie za chwilę. I za to niewątpliwie wielki plus dla autorki, dla realizatorów, a także dla aktorów tego mini serialu.

Zdjęcia i plenery są zachwycające. Jak wielką pracę musiał wykonać operator, aby sfilmować te wszystkie miejsca akcji. A przy tym żadnego kręcenia „z ręki”, żadnych rozchwianych i rozchybotanych obrazów.

Miałbym oczywiście jakieś zastrzeżenia do może zbyt jednostronnego pokazania niektórych postaci, zwłaszcza osób duchownych, ale ostateczna ocena tego filmu może być tylko bardzo pozytywna. Teraz bowiem jest moda, czy raczej „temat”, aby niektórych księży pokazywać tylko wyłącznie w niekorzystnym świetle, ale w tym serialu chodzi o coś znacznie więcej.

A poza tym nade wszystko zachwyca on wizualnością, przemyślanym prowadzeniem aktorów i kamery. Tu nic nie dzieje się przypadkowo. To prawie wcale się teraz nie zdarza, aby po obejrzeniu filmu chcieć obejrzeć go jeszcze raz. 

Kończąc ten zapisek „bez pogłębionych refleksji” – jak moje notatki nazwał pewien zakompleksiony profesor filozofii, który rokrocznie tłucze książkę za książką i żadna, choćby ze względu na styl i gramatykę nie nadaje się do czytania – chciałbym zauważyć, że jak wiele pięknych miejsc jest na świcie wartych pokazania.

Ot, chociażby Góry Błękitne i miejscowość Bombo, gdzie były kręcone plenery Owieczek bożych. A ileż pięknych miejsc jest w Polsce.

Po co jednak je pokazywać, jeśli wiadomością dnia w telewizji  jest… „eksplozja w toalecie po uderzeniu pioruna”.

9-10 sierpnia 2019 r.