2 MINUTY I 9 SEKUND

2 minuty i 9 sekund trwa scena, gdy detektyw David Loki (Jake Gyllenhaal) wiezie do szpitala Annę Dover (Erin Gerasimowich) w filmie Labirynt (Prisoners – 2013), 153 min., reż. Denis Villeneuve.

Scena wizualnie i realizatorsko jest zachwycająca, ale 2 minuty i 9 sekund to stanowczo za mało jak na film, który trwa przeszło dwie i pół godziny. Nie wiem jak to obliczać, ale zdaje się, że wychodzi to jakieś… 1% filmu. Można powiedzieć „dobre i to”, ponieważ teraz w filmach nie ma nawet owego 1%, dla którego warto jakiś obraz oglądać.

Nie ukrywam, że irytują mnie fabularne filmy 80 minutowe, kręcone z ręki. (Okazuje się, że w historii Kina jest wcale nie tak mało filmów nawet krótszych niż 80 minut, ale są to dzieła wybitne, nierzadko arcydzieła jak np. Żywot Mateusza Witolda Leszczyńskiego).

Z przeszło dwu i półgodzinnego filmu Villeneuve mógłby skroić przyzwoity 100 minutowy film, ale reżyser ten uwielbia filmy długie. (Sicario trwa 121 min.; Nowy początek – 116 min.; Blade Runner 2049 – 163 min.).

Od pierwszej sekwencji, od pierwszych scen Labirynt bowiem zapowiada się interesująco, a nawet klasycznie. Oto gdzieś w małym miasteczku istnieją trzy rodziny oraz detektyw i jego przełożony. Zaraz na początku filmu giną gdzieś dwie dziewczynki: Anna i jej koleżanka. Zaczynają się poszukiwania. Atmosfera niemal jak u Hitchcocka. W dodatku pada deszcz i deszcz ze śniegiem. Wydawałoby się, że może wyjść z tego znakomity wakacyjny kryminał albo dreszczowiec. Realizatorom jednak najwyraźniej zabrakło pomysłów. Film dłuży się coraz bardziej, ucieka w jakieś wątki poboczne z tytułowym labiryntem, który jak się okazuje nie ma żadnego znaczenia.

Prisoners, czyli „więźniowie” chyba bardziej pasowałby jako tytuł do tego filmu, chociaż nie za bardzo oddaje treść tego obrazu, w którym tak naprawdę nie widomo o co chodzi. Miota się bowiem przez cały film detektyw David Loki (Jake Gyllenhaal), miota się i niepodobny do siebie (bo brodaty) Hugh Jakckman jako Keller Dover. Z tego miotania się niewiele wychodzi, bo w końcu dziewczynki odnajdują się u… nawiedzonej sąsiadki. Aż dziw, że znakomity Roger Deakins podjął się trudu filmowania tak marnego filmu.

Rozczarował mnie także chiński thriller pt. Popiół. Po pół godzinie nie wiadomo było o co w nim chodzi, więc przestałem go oglądać

Zastanawiam się także, po co są kręcone takie seriale jak np. Jett? Przecież wszystko to już było, tyle że opowiedziane i sfilmowane znacznie sprawniej.

To by było na tyle filmowych wrażeń w pewien wakacyjny dzień Anno Domini 2019.

12-13 sierpnia 2019 r.

Ps.

Zapisek ten postanowiłem okrasić kadrem z filmu Ryszard III, który wspominam z wielkim sentymentem i co jakiś czas sobie odświeżam. Obraz ten bowiem ma kilka realizacyjnych mankamentów jak np. ta umowna teatralna scenografia, batalistyka trącąca myszką itd., w końcu nie ma się czemu dziwić, jest to dzieło z… 1955 r., ale bezustannie fascynuje mnie znakomitym, ponadczasowym aktorstwem.