DWA MIESIĄCE

Dwa miesiące nie prowadziłem zapisków i wspomnień. I chyba nikt na to nie zwrócił uwagi. Mógłbym – tak jak wielu innych – codziennie, albo nawet kilka razy dziennie, coś wpisywać. Pisać jednak po to, aby pisać? Albo prowadzić „dyskusje” ma portalach społecznościowych? Nie, to nie jest w moim stylu. Wolę podzielić się z czytelnikami  zapisków, jeśli mam coś istotnego, tak mi się wydaje, do powiedzenia, do zapisania.

Dwa miesiące. Zdarzyło się bardzo wiele i zarazem niewiele. Nade wszystko był piękny, pełen obłoków srebrzystych, a poza tym upalny czerwiec. Nie cieszą się zapewne ci, którzy wzięli urlopy w lipcu, który jest bardzo grymaśny, bo: albo leje, albo jest parno, albo zapowiada się na deszcz.

Od 17 do 19 czerwca włącznie byłem w szpitalu. Operację urologiczną przeszedłem bardzo dobrze. Najgorsze było to wielomiesięczne czekanie na operację. Nie mogę się nachwalić szpitala, w którym byłem. Wszystko przebiegało bardzo sprawnie. Po powrocie do domu przez dwa tygodnie byłem rekonwalescentem. Przez ten czas starałem się dobrać jakąś lekturę, taką akurat dla rekonwalescenta, a także filmy.

Dość przypadkowo trafiłem, tuż przez pójściem do szpitala, na powieści Johna Grishama. Pierwsza – Kancelaria (2011 r.), ocena: 5+, nawet mi się podobała. Następne: Apelacja (2008 r.), ocena: 3+, Wezwanie (2002 r.), ocena: 2, Wyspa Camino (2017 r.), ocena: 2+ oraz Góra bezprawia (2014 r.) już znacznie mniej. Tę ostatnią powieść doczytałem tylko do 60 s. Grisham jest, moim zdaniem, bardzo sprawny warsztatowo i o ile pierwsze zetknięcie z jego pisarstwem zachwyca, to podczas kolejnych lektury już jednak rozczarowuje. Mnie sprawiło zawód. Być może kogoś  dzieła Johna Grishama zachwycają.

Tak jednak mogłoby wyglądać pisarstwo: pisarz – wydawca – czytelnik tj. bez żadnego zadęcia na arcydzieło. A nade wszystko bez łaski niekompetentnych, w sprawach literackich i wydawniczych, urzędników przyznających, według własnego widzimisię, stypendia twórcze, dofinansowania do wydawanych książek itd.

Teraz bowiem pisze się szybko: książka za książką. Dla popularności, dla „słaaawy”, dla kasy. Bez dbałości o formę i treść. Aby szybciej, aby więcej.

Odświeżyłem także sobie, podczas rekonwalescencji, Wielkiego Gatsby’ego (1925 r.) Francisa Scotta Fitzgeralda (1896-1940). Nie rozumiem zachwytów nad tą powieścią. Bo oprócz dość banalnego romansu nic w niej nie ma. Może podobać się sposób, w jaki została napisana, ale urok tej powieści ginie, niestety, w koszmarnym tłumaczeniu. Ileż bowiem ja się popodkreślałem w tekście: „Gdy…”, „Lecz…” oraz „Ale…” na początku zdań. No i jeszcze te… „powody”. Dużo bowiem dzieje się właśnie z „powodu”.

(Film Baza Luhrmanna z 2013 r. z Leonardo DiCaprio w roli Jay’a Gatsby’ego także mi się nie podobał. Za to z sentymentem wspominam Wielkiego Gatsby’ego Jacka Claytona z 1974 r. z Robertem Redfordem w roli głównej.

A tak nawiasem ostatni film Redforda Gentelman z rewolwerem jest najzwyczajniej słaby i w dodatku nudny. Jak tak dobry aktor mógł, na zakończenie kariery filmowej, w czymś tak beznadziejnym wystąpić?).

Nie będę pisał o filmach, które mi się nie podobały. Jest ich cały bezlik. Dużo radości natomiast sprawił mi serial (dwa sezony, czyli 18 odcinków) pt. Marseille (2016 r.) z Gérardem Depardieu jako Robertem Taro i Benoîtem Magimelem jako Lucasem Barresem. Naprawdę bardzo dobry serial.

Jeszcze jako rekonwalescent zacząłem oglądać amerykański serial (trzy sezony) Designated Survivor (2016-2019) z m.in. Kieferem Sutherlandem jako Tomem Kirkmanem, Italią Ricci jako Emily Rhodes i Adamem Canto jako Aaronem Shore. Serial jest bardzo sprawnie zrealizowany. Zdjęć „z ręki” jest tyle, ile trzeba. (Na marginesie chciałbym podkreślić, że odrzucam wszystkie rozchybotane filmy i seriale kręcone wyłącznie „z ręki”).

 

Jest to political-fiction, niektóre zdarzenia wydają się nazbyt fantastyczne, ale realizatorom nie brak scenariuszowych pomysłów. Serial zrealizowany został z nieprawdopodobną werwą, Kiefer Suherland stara się jak może, a Italia Ricci zachwyca urodą. Wprawdzie niekiedy widać „szwy” tego serialu, ale także mi się, jako kinofilowi, podoba.

Podczas rekonwalescencji bardzo dużo czytam. Właściwe nie wyobrażam sobie dnia bez czytania. Wiele jednak książek mnie rozczarowuje. Bardzo słaba jest książka Barbary Kanold o założycielce Cappelli Gedanensis prof. zw. dr hab. Alinie Kowalskiej-Pińczak pt. Z batutą i Cappellą. Prof. Kowalska-Pińczak to utalentowana i ciekawa postać artystycznego Gdańska. Z ogólnikowej i jakby na chybcika napisanej książki nie dowiaduję się nic ponad to, czego bym przed jej lekturą o prof. Kowalskiej-Pińczak nie wiedział.

Nie podobała mi się także książka pt. Moje skrzydła podtytuł Drugi znaczy ostatni tj. wywiad z wielokrotnym m.in. mistrzem świata w szybownictwie Sebastianem Kawą. Wywiad ten liczy w sumie, ze słowniczkiem terminów szybowcowych, 193 s. Doczytałem do s. 92 i nic się ciekawego na temat szybownictwa nie dowiedziałem. Za to zraziła mnie zastraszająca wprost ilość zdań zaczynających się, od „Gdy…” i „Ale…” na początku zdań. No i znowu wiele zdarzeń dzieje się z „powodu”.

Odłożyłem także, z nieukrywanym zawodem, Miasto uśpionych kobiet Gyuli Krúdego (1878-1933), ponoć porównywanego do naszego Brunona Schulza. Nie podszedł mi także Dziennik galernika Imre Kertésza.

Byłem także coraz bardziej skonsternowany czytając dwa ostatnie tomiki wierszy Krzysztofa Rejmera (1955-2019).

Mając dość współczesnych polskich, pozbawionych cienia poezji, wierszy zamówiłem Theologie vegetali (2018 r.) oraz Zatrutą pieśń maku (2019 r.) tego autora. Słyszałem bowiem o nim wiele ciepłych i ciekawych opinii.

Tomiki te wydało gdyńskie wydawnictwo, które za, oczywiście, pieniądze autora gotowe jest wydać niemal wszystko. Oba tomiki to produkty jednorazowego użytku: nie wiadomo jak zagiąć okładki, a poza tym tylko sklejone kartki mogą rozpaść się już przy pierwszej lekturze. W środku wiele tekstów pisanych tzw. szeroką frazą, potraktowano ściślejszą czcionką tak, że bardzo utrudnia to czytanie.

A treść? Rejmer to autor o niesamowitej wyobraźni i do pozazdroszczenia pracowitości. To niemal naukowy erudyta. Podziwiam go za te wszystkie wiadomości, które cytuje, przytacza albo popisuje się nimi w swoich utworach.

Z tej wielkiej pracy kolekcjonerko-naukowej przebłyskuje jednak tu i ówdzie poezja. 100% talent literacki zdarza się tylko nielicznym. A tak pozostaje – jeśli ktoś chce uprawiać pisarski zawód – ciężka, rzemieślnicza praca w słowie i ze słowem. Efektem bywa, jak to w przypadku Rejmera, właśnie poezja. Szczerze go za to podziwiam. I zazdroszczę mu.

Zniechęcony różnymi „powieściami” przypadkowo trafiłem na książkę pt. Brzechwa nie dla dzieci Mariusza Urbanka. To jest właśnie książka o 100% talencie literackim. Z wielką przyjemnością czyta się o twórczości tego pisarza, a także o życiu literackim, jakie to dawniej było. Teraz nie ma ani talentów literackich, na miarę tych chociażby z Dwudziestolecia Międzywojennego, ani nawet namiastki tamtejszego życia literackiego.

(W książce Urbanka wiele, bardzo wiele zadań zaczyna się od „Ale…”. Czyż mania pisania „Ale…” na początku zdań weszła już na stałe do, ubożejącego już niestety coraz bardziej, warsztatu pisarskiego?).

Jan Brzechwa chciał bardzo opublikować swój wiersz w „Skamandrze”. Według Urbanka „Umieszczenie wierszy w miesięczniku, w którym publikowali Tuwim, Lechoń, Słonimski, Wierzyński i Iwaszkiewicz, było jak pasowanie na rycerza, ale progi okazywały się wciąż za wysokie.

– Synku, niedobre są to wiersze – powiedział mu kiedyś Tuwim, choć, jak wspomniał, »z wyrazami najwyższego zakłopotania«”.

A teraz niedobre wiersze są honorowane najwyższym nagrodami literackimi. 100.000 zł (sto tysięcy złotych) za cienki tomik, w którym nie ma cienia poezji. Cóż, jakie czasy, taka poezja.

Zacząłem ten zapisek o pisaniu dla samego pisania. O obecności, za wszelką cenę, na portalach społecznościowych. Bo niemal każdy chciałby zaznaczyć swoją obecność na m.in. Facebooku. Stąd powódź zdjęć z kwiatkami, pieskami oraz informacjami: „patrzcie i podziwiajcie: dzisiaj przebiegłam 6 km w godzinę i dwadzieścia minut”, albo: „pieskowi wycięto jaja, a wydawało mu się, że idzie na spacer, czyż to nie śmieszne”, lub: „nareszcie kupiłem sobie motór i teraz mogę jeździć gdzie chcę, z kim chcę i kiedy chcę” itd.

26-27 lipca 2019 r.

Postscriptum.

Zapisek ten postanowiłem okrasić fotosem Itali Ricci z serialu Designated Survivor.