„ALE…”

„Autor zgadzał się na skreślenie tu i ówdzie słowa „ale”, którym chętnie zaczyna nowe zdania, mniej chętnie na korektę interpunkcji.” pisze w posłowiu do Pamiętników Profesora Konrada Górskiego (Wydawnictwo Comer, Toruń,1995) Zefiryn Jędrzyński.

Przeczytałem po raz drugi Pamiętniki Profesora Konrada Górskiego, mojego uniwersyteckiego profesora, ponieważ wydawało mi się, że tępi on owo „ale…”, którego nie mogę znieść na początku zdań. A tu spotkała mnie niespodzianka. Pamiętniki dosłownie roją się od „ale…” na początku zdań.

Ponoć „ale…” na początku zdań ma swoje uzasadnienie jeśli rozpoczyna zdanie będące kontynuacją myśli w zdaniu poprzednim, niemniej wydaje mi się ono rażące, jeśli pojawia się zbyt często jak – przykładowo – w tym oto fragmencie:

„Pełen uznania dla mego pomysłu, ojczym wysłał ów artykulik do redakcji „Kuriera” w nadziei, że będzie to wydrukowane. Ale redakcja nie wydrukowała tego i nawet nie raczyła zamieścić o nim słówka w swych odpowiedziach. To był jeden biegun przeżywanego przez mnie chaosu myślowego.

Ale był i drugi, a owocem jego stał się inny tekst. Aby zrozumieć, jak do niego doszło, muszę powiedzieć słówko o zmianach w składzie naszych nauczycieli.

W poprzednim semestrze profesor Kozłowskij uczył zarówno historii, jak i literatury rosyjskiej. Obecnie zatrzymał dla siebie literaturę, a historię powierzono Fiszerowi. Ale Kozłowskij zadał nam jako ćwiczenie temat historyczny: »Znaczenie zagadnień religijnych w historii ludzkości«”. (s.64).

Owego „ale…” na początku zdań jest aż gęsto w Pamiętnikach Profesora Konrada Górskiego. I cóż ja mam teraz począć? Tłumaczyć Profesora… wiekiem, ponieważ spisywał te Pamiętniki u schyłku swego życia, około bodajże dziewięćdziesiątki, tłumaczyć manierą, czy też… upodobaniem?

Pamiętnikach irytuje mnie nie tylko „ale…”, lecz również bardzo często obecne „Gdy…” na początku zdań. Oto próbka ze s. 101:

„A drugi fakt taki. Gdy przyszło Boże Narodzenie 1914 roku, zawarto na froncie zachodnim rozejm 24-godzinny. Wojna stała się już wówczas pozycyjna. Przestrzeń dzieląca okopy francuskie i niemieckie była stosunkowo niewielka. Gdy przyszła godzina rozejmu, wylegli na ową przestrzeń żołnierze jedni i drudzy, pili razem, rozmawiali i traktowali się wzajemnie jak ludzie, których żadna wrogość nie dzieli”.

Pamiętam tak niedawne podobne moje wielkie rozczarowanie książkami Profesor Jadwigi Staniszkis. Słucha się Pani Profesor wspaniale. Natomiast jej słowo pisane to jakiś „uczony” żargon naukowy, którego zwykłemu czytelnikowi trudno pojąć, a wszystko podane w zakalcowatych zdaniach i składni.

Wprawdzie profesorowie nie są pisarzami, ale zapisują się np. do Związku Literatów Polskich. A zresztą ileż teraz mamy „pisarzy”, a zwłaszcza „pisarek”. Jakże często bowiem różne panie dodają sobie do posiadanych już zajęć np. publicystka, redaktorka, malarka, poetka także właśnie… „pisarkę”.  

Żadnego szacunku dla Słowa. Prawie wszyscy mogą być (ba! są!) pisarzami. To zupełnie tak samo jakby wszyscy mogli być np. chirurgami albo muzykami grającymi muzykę klasyczną na oboju.

Pamiętników Prof. Gorskiego można jednak dowiedzieć się i rzeczy ciekawych. Ot chociażby ówczesna szkoła średnia, która kończyła się podwójną maturą zdawaną po polsku i, jak kto chciał dalej studiować, również po rosyjsku. A sama matura trwała, z wszystkich (!) przedmiotów, kilka tygodni. To dopiero byli maturzyści. Studia przebiegały jednak dość ciekawie. Otóż Profesor Górski podjął po maturze pracę nauczyciela i zapisał się (dosłownie: „zapisał się”) na studia prawnicze w Dorpacie. Egzaminy zdawał jako… ekstern. Dwa lata studiów prawniczych oraz późniejsze dwa lata polonistyki, już na Uniwersytecie Warszawskim, zakończyły się… doktoratem z filozofii. Przy czym warto zaznaczyć, że Profesor Górski znał język rosyjski, niemiecki, francuski, angielski, łaciński oraz grekę. Z Pamiętników wynika, że był… samoukiem. (No tak, ale jak nauczył się akcentu i wymowy angielskiej?). Po doktoracie z filozofii była habilitacja o arianach, a potem katedra profesorska w Wilnie. W 1945 r. Prof. Gorski przyjeżdża przez Nasielsk, Warszawę, Poznań do Torunia, gdzie jest Profesorem na Wydziale Humanistycznym na powstałym, po niemałych trudach, Uniwersytecie Mikołaja Kopernika.

Słuchałem wykładu monograficznego Profesora o dramacie romantycznym w latach 1968-1969. Sala nr. pięć Colegium Maius UMK, nosząca teraz jego imię, zawsze była wypełniona do ostatniego miejsca.

Profesor Górski był także członkiem… Związku Literatów Polskich. To być może dlatego jego Pamiętniki recenzuje na skrzydełku książki Wacław Sadkowski. Kto mu zrobił taką niedźwiedzią przysługę? Zefiryn Jędrzyński?

W sumie Pamiętniki to jednak rozczarowanie. Pomijając owe nieszczęsne „ale…” oraz „gdy…” to są owe Pamiętniki pisane, niestety, dość chaotycznie, wręcz nonszalancko. Być może taka jest natura wszelkich pamiętników, ale wolałbym o Profesorze nie wiedzieć tego, co wyczytałem niż m.in. bezustannie potykać się o „ale…”. No i jeszcze ten Sadkowski.

Na pewno i Profesor Artur Hutnikiewicz prowadził jakieś zapiski. Póki co publikowane są one bardzo skąpo. Może to i dobrze?

W nieustannym poszukiwaniu czegoś wartego czytania natrafiłem na książkę młodego ptasiarza Stanisława Łubieńskiego pt. Dwanaście srok za ogon wydaną właśnie przez Wydawnictwo Czarne. Z początku ujęła mnie lekka, prawie poetycka opowieść o ptakach, a także jej świeżość oraz, co mnie szczególnie ujęło, znajomość filmów przez autora. W pewnym momencie, podczas lektury, zaczęło mi coś w tekście jednak zgrzytać. No i znowu, czy trzeba, czy nie trzeba, to „ale…” na początku zdań.

Już nie mam siły buntować się przeciwko „ale…” na początku zdań w tekstach oraz „jakby” wypowiadanych chyba niemal we wszystkich zdaniach.

Ktoś czytając ten zapisek mógłby powiedzieć, że „się czepiam”, że ważna jest nade wszystko treść, a nie jakieś tam „ale”, „gdy” oraz „jakby”, „jak gdyby” itd.

A poza tym, a nade wszystko ważne jest nie tylko co, ale i jak. Pisałem już zresztą o tym wiele razy.

A ponadto jakże niektórzy czytelnicy potrafią rozdłubywać moje wiersze i doszukiwać się w nich sensów, które mi nawet przez myśl nie przeszły.  

6 maja 2016 r.

 

Ps.

Interesuję się fotografiką. Oto fragment wypowiedzi pewnego artysty fotografika z tytułem doktora, który pisze na temat fotografii.

„Użycie tradycyjnego czarno-białego materiału negatywowego ujawnia dążenie do prostoty, służącej klarownej prezentacji wizualnych dociekań dotyczących dwóch problemów: nieodwracalności połączenia kolejnych obrazów-sytuacji oraz relacji ogólnej formy porządkującej do bardziej szczegółowej treści.

Zastosowana metoda polega zatem na dialektycznej współzależności konturu będącego odzwierciedleniem tego, co ogólne i zarazem zjawia się jako zewnętrzne i obce, oraz wnętrza – prozaicznie oswojonego, wypełnionego zawikłaną a niekiedy chaotyczną zawartością”.

Zrozumieliście coś z tego? Bo ja – nic. No cóż, każdy pisać może. Każdy może być pisarzem. I pisarką.