„ABSTRAKCYJNA SFERA DUCHOWEJ ARBITRALNOŚCI”

„No i nasi chłopcy umoczyli” w ten sposób można by podsumować udział polskiej drużyny piłkarskiej na Euro 2016. Słowa te usłyszałem dzisiaj rano, kiedy codziennym zwyczajem dnia powszedniego udałem się do mojego sklepiku po bułki. Owe chodzenie po bułki i po gazety jest – gwoli ścisłości – bardziej dla porannego spaceru niż dla samych bułek, czy gazet.

Po golu w pierwszych minutach strzelonym przez Lewandowskiego, rzeczywiście uwierzyłem, że nareszcie „chłopcy się rozstrzelają” i padną, oczywiście dla nas jeszcze ze dwie bramki. Portugalczycy nie pozostaną dłużni i wbiją nam dwie bramki. Mogłoby być zatem 3:2 jak w tym pamiętnym meczu Orłów Górskiego z Argentyną. Na tym jednak jedynym golu możliwości „naszych chłopców” się skończyły. I było to, co zawsze, czyli kopanina piłki wszerz boiska, obrona do upadłego i nieudane próby strzelenia jeszcze jednej bramki.

Alex-Conu,3

Przed meczem żartowałem ze znajomym, że „nasi chłopcy” mogą zagrać w finale z… Niemcami. Komentatorzy telewizyjni w czasie meczu robili przymiarki do tego, który z polskich piłkarzy zagra w półfinale, i czy damy radę Belgii lub Walii. Tymczasem z boiska zaczęło wiać coraz większą nudą. Rzuty karne stały się niemal pewne. Ileż jednak razy ma nam dopisywać szczęście. Stało się to, co się stało: „chłopcy umoczyli”. I po co te łzy i rozgoryczenie, że „przecież nie przegraliśmy żadnego meczu”. W sporcie (podobnie jak i w literaturze) nie sztuka nie przegrać, lecz właśnie wygrać. I ważny nie jakiś tam medal, lecz pierwsze miejsce.

Z pompowaniem balona wielkości mamy zresztą do czynienia nie tylko w pilce  nożnej. Oto niedawno „Tygodnik Powszechny” zapowiedział, w ramach „Biblioteki Tygodnika Powszechnego” IX tom znanego gdańskiego pisarza. (Znanego głównie z białej brody proroka i kapelusza. Nosi kapelusz, znaczy się, że jest ważnym pisarzem).

(Tu na marginesie chciałbym podkreślić, że kiedyś bardzo lubiłem „Tygodnik Powszechny”. Wraz ze zmianą formatu nastąpiła także radykalna zmiana jakości i zawartości tego tygodnika. Zmienił bowiem orientację światopoglądową dla mnie nie do zaakceptowania, a poza tym, a nade wszystko jest bardzo, ależ to bardzo nudny).

Alex-Conu,2

Kupiłem jednak ów tom, który jak się okazało jest tylko broszurką formatu mniej więcej A-6. Czytając „esej” zawarty w tej broszurze przekonałem się, że znowu dałem się „nabić w butelkę”. Oto bowiem za 12,60 zł czytałem o rzeczach mi znanych. A już w zupełne zdumienie wprawił mnie taki oto m.in. fragment:

„To chyba nie przypadek, że atlas zjawisk astronomicznych dość mocno przypomina encyklopedię schorzeń dermatologicznych. Trzeba wiele samozaparcia, żeby nieskończoną nudę kosmicznych podróży uznać za euforię poznania. Patrzenie przez teleskop może duszę zranić do krwi. Uporczywa powtarzalność kosmicznych obiektów, wciąż kule, wciąż obręcze, wciąż postrzępione pasma ognia, kurzawa pyłu, mniejsze i większe spirale, wiry w kleistej zawiesinie galaktyk, brudna czerwień gwiazd, chora żółtość, paraliżująca czerń, kaleczące gejzery iskier, siarkowodór, trujące gazy, którymi nie można oddychać…”.

Aż nie chce się wierzyć, że takie rzeczy może wypisywać pisarz (chodzący przecież w kapeluszu).

Alex-Conu,1

Pożną już nocą, kiedy to jacyś panowie bredzili o tym, że „przecież nie przegraliśmy ani jednego meczu”, wyszedłem na balkon. Jeszcze trwają „białe noce”, niewiele mi ponadto zastało z nieba ograniczonego murami bloków, ale nawet na tym niezabranym mi jeszcze skrawku zobaczyłem cuda lipcowego już nieba. Wziąłem lornetkę. I to, co ujrzałem jak zawsze wprawiło mnie w zachwyt.

A jeszcze później nie mogąc zasnąć (to z przyczyny przeziębienia i antybiotyku) puściłem sobie, po raz kolejny 2001: Odyseję Kosmiczną Stanley’a Kubrick’a.  I jak zawsze oglądałem do końca w zachwycie.

1 lipca 2016 r.

Ps. À propos „brudnego” Kosmosu, o którym pisze autor w. wym. „eseju”,  postanowiłem okrasić ten zapisek trzema zdjęciami astrofotografa Alexa Conu.